Wspinaczka po orlich szlakach [sprzęt + poradnik]

Na orlich szlakach

Na orlich szlakach (Fot. archiwum autora)

Pod nogami i za plecami mam przepaść. Bez metalowej liny, w którą jestem wpięty, raczej nie zdecydowałbym się na wejście. Ale nie myślę o niebezpieczeństwach trasy. Jestem w górskim raju.

Nogi mam jak z waty. Kolana rozpaczliwie sygnalizują, że zaraz odmówią współpracy. Buty ważą chyba tyle, co te betonowe z mafijnych filmów. Z prysznicem ostatni raz widziałem się ponad cztery dni temu. Zapomniałem już co to czysty T-shirt, więc wokół mnie musi roznosić się zgoła niealpejski zapach. Rzadko mam dość wędrówki, ale tym razem jestem blisko, żeby powiedzieć: "Wystarczy". Ratuje mnie nieziemski widok - przy szlaku dostrzegam wydrążony pień, do którego wpływa lodowaty górski strumień. Laguna z palmami to nie jest, ale długo się nie zastanawiam. Rozbieram się i w stroju Adama (to też rzadko mówię, ale dobrze, że w pobliżu nie ma żadnej Ewy, bo woda jest cholernie zimna) wskakuję do tej naturalnej balii. Leżę. Nogi wywalam na zewnątrz, bo nie jestem w stanie upchnąć moich 176 cm w tym jacuzzi: "O, tak. Tego mi było trzeba!".

Elektryzujące pieszczoty

A jeszcze kilka dni temu siedziałem na wydmach w Jastarni, gdy Paweł, mój kumpel niezobowiązująco rzucił: - Wiesz co to ferraty?

Szybko obejrzeliśmy w "google images" zdjęcia pod hasłem "Königsjodler" i kilka filmików na YouTubie i postanowiliśmy, że trzeba startować. Okazało się, że chętnych na wędrówkę ferratami jest więcej (za paliwo na twarz wyszło po 200 zł) i już po kilkunastu godzinach byliśmy za Salzburgiem. Noc przespana w samochodzie, śniadanie na stacji benzynowej. "Wypoczęci" pojechaliśmy do Weissenbach nad piękne jezioro Attersee. Stamtąd wykonaliśmy krótkie podejście pod Klettersteig Attersee i po chwili pierwszy raz w życiu dotykałem stalowej liny via ferraty. Zadzieram głowę. Widok mnie nieco oszołomił. Trasa wijąca się wśród stromych skał wydaje się nie mieć końca. Przezornie sięgam ręką do lonży (służy do wspinaczki i rozciąga się przy odpadnięciu od skały, tym samym chroniąc ciało przed urazami przy intensywniejszych szarpnięciach). Jest na miejscu. To naprzód.

Lina. Skała. Lina. Dźwięk przepinania karabinków szybko staje się nieodłączną częścią wędrówki, tak jakby mówiły do mnie: "Jesteśmy z tobą na dobre i na złe. Się nie martw".

Choć się sporo wspinałem po moich dolnośląskich skałkach, ferraty stanowiły zupełnie nowe doświadczenie. Przed wyjazdem nie sprawdziliśmy pogody, bo był to jedyny dostępny dla nas termin, a nie chcieliśmy osłabiać naszej motywacji. Kiedy zobaczyłem nisko wiszące chmury, mżawkę i średnio zadowalającą temperaturę, cicho przekląłem. Bo z ferratami nie ma żartów. Kiedy jest mokro, nie powinno się wychodzić w góry - łatwo pożegnać się z jedynkami. Myślę sobie: "Szczerbaty Spajnajgor, tego jeszcze nie grali", i dodaję: "Żeby tylko nie było burzy". To dlatego, że kiedy walą pioruny, stalowe liny działają jak piorunochrony i łatwo mogą popieścić śmiałków. Burzy nie było i Klettersteig Attersee zaliczyliśmy szybko, a każdy z naszej szóstki wpisał się do książki na szczycie, mając na twarzy szeroki uśmiech.

Witaj, KróluFot. archiwum autora

Witaj, Królu

Wieczór zaplanowaliśmy w schronisku w Mühlbach pod Königsjodlerem (Król Jodlarzy), tym który rozpalił moją wyobraźnię. Dotarliśmy tam późnym wieczorem. Na szczęście były jeszcze wolne miejsca. Świeżo wyremontowane schronisko, z charakterystyczną regionalną stolarką, kuchnią, kominkiem. Ogrzaliśmy się, pogadali. Przy jägermeistrze zintegrowaliśmy się z lokalsami. Czekały na nas jednak dwie niespodzianki. Pierwsza - od właściciela usłyszeliśmy: "Keine Dusche". Obstawiałem, że facet wypił o jednego sznapsa za dużo i dziarsko wyruszyłem na poszukiwanie prysznica. Bezowocnie, gość nie zmyślał. Druga - bardziej przykra - czekała rankiem, gdy obudziłem się w przepoconym T-shircie. Okazało się, że cały Königsjodler jest w chmurach, z których intensywnie pada śnieg. To burzyło nasze plany. Jeden telefon do schroniska na końcu trasy, zła informacja, drugi potwierdzający - nie ma szans, żebyśmy wyszli. Austriacy kategorycznie odradzają wędrówkę, ba, wręcz jej zakazują. Według nich w takich warunkach najdłuższa austriacka via ferrata (1700 m, przejście od 6 do 7 godzin) staje się niebezpieczna na tyle, że zagraża życiu. Początkowo buntujemy się. Chcemy zbagatelizować zakazy i przeprowadzić szarżę ułańską na szlak. Na szczęście po chwili rozsądek przestaje bawić się w chowanego z rozumiem i zdajemy sobie sprawę, że żartów faktycznie nie ma. Choć naprawdę trudno się pogodzić, że główny powód naszego przyjazdu do Austrii jest niedostępny. Pogoda ma się poprawić dopiero za kilkadziesiąt godzin. Nie mamy tyle czasu, bo w poniedziałek wszyscy musimy być z powrotem w Polsce. Paweł, szef naszej wyprawy, zabiera nas w okolice Kaprun. Tam pogoda jest dużo lepsza i zaliczamy piękne ferraty Grandlspitz i Kitzlochklamm z wodospadami pod nogami i z mostami linowymi. Sprawdzamy prognozy. Okazuje się, że pojawia się szansa na zaliczenie Königsjodlera, a to cholernie kusi. Głosujemy, co robić. Większość jest za tym, żeby zadzwonić do kraju i załatwić sobie urlopy. Udało się. Następnego dnia walimy w kierunku "keine Dusche" i już wczesnym rankiem jesteśmy powyżej schroniska. Z Pawłem uciekamy naszemu minipeletonowi, bo chcemy pokonać proponowane przewodnikowe 3 godziny samego dojścia do ferraty. Tempo mamy niezłe. Paweł, choć jest na początku czterdziestki, ma moc młodzika. Idzie mu tak dobrze, że chciałem "pożyczyć" mu swój plecak, żeby nie miał aż tyle mocy. Dziwne, jakoś nie chciał się zgodzić.

Alpejski El CapitanFot. archiwum autora

Alpejski El Capitan

Im wyżej, tym wspanialsze widoki. Dookoła wyrosły ciągnące się po horyzont kamienne wieże. Uśmiechaliśmy się na ten widok od ucha do ucha. Korzystając z pierwszego w sezonie śniegu, ulepiliśmy motywującego bałwana dla goniących nas kumpli. Podchodzimy pod tablicę informacyjną "klettersteig Königsjodler". Jak na każdej innej ferracie podana jest jej długość i to, kto się nią opiekuje. Jedyną różnicą był dopisek: "Jeżeli jesteś później niż 11 rano, nie idź dalej, zawróć". W porządku. Mamy jeszcze dużo czasu. Wpinam pierwszy karabinek, łapię linę, drugie kliknięcie metalowego pomocnika i zaczynam jedno z najsolidniejszych ferratowych przejść.

Wychodzę na pierwszy szczyt. Z dołu wyglądał na najwyższy w kompleksie, a okazuje się, że jest najniższy. Odczucia? Wyobraź sobie coś, co sprawia ci największą radość i pomnóż to razy dziesięć. Piękno tej ferraty polega na tym, że idzie się cały czas granią. Wchodzi się na jedną skalistą wieżę Eiffla, a schodzi się z niej tylko po to, żeby od razu zacząć wspinaczkę na kolejną. Czasami zatrzymuję się i siadam na szczycie. Pod nogami i za plecami mam przepaść. Bez metalowej liny, w którą jestem wpięty, raczej nie zdecydowałbym się na wejście. Wrzucam drugi bieg. Rozglądam się za Pawłem, ale on zdecydował się poczekać na resztę ferajny. W sumie dobrze, bo to sprawiło, że mogliśmy sobie robić nawzajem fotki. Zasuwam więc sam i pokonuję kolejne mosty linowe. Niektóre przechodzi się zwyczajnie, po innych trzeba zsuwać się na linie, a wtedy z karabinków sypią się wióry metalu. Widokowo? Bajka. Wysiłkowo? Prawie piekło. Zaczynam to czuć w plecach, rękach i nogach. Stopy też chcą trochę odpocząć mimo, że buty mam ze sztywną podeszwą. Żeby trochę odetchnąć, zatrzymuję się przy Biagio, sympatycznym Włochu, który wiekiem przynajmniej mnie dubluje. Nazbierał śniegu i robi sobie zupę na kuchence turystycznej. Rozmawiamy z 40 minut. To wystarczyło, żeby dogonił mnie Paweł. Chwilę odsapnął i rzucił: - Naprzód.

Nieco się ociągając, zawiązałem buty, założyłem kask i ruszyłem na powtórkę z rozrywki. Całość wędrówki wbrew pozorom jest bardzo zróżnicowana, chwyty i stopnie są na każdym podejściu i zejściu inne. Przepinanie karabinków w pewnym momencie staje się automatyczne. Są miejsca, gdzie nie dotykałem liny w ogóle, a poruszałem się tylko po skale - spokojnie do zrobienia.

Byłem już potwornie spragniony.

  • Prezes, ile masz wody jeszcze? - rzuciłem do Pawła.
  • Ostatnie łyki.

W mojej butelce też były już tylko jakieś resztki, więc wznieśliśmy wyjątkowo skromny toast (to są te chwile, gdy zwykła mineralna nabiera niezwykłego smaku) i zaatakowaliśmy ścianę, która jako żywo musiała być bliźniakiem słynnego El Capitana z amerykańskiego Yosemite. Resztkami sił wdrapaliśmy się na jej szczyt, a z naszych piersi wyrwało się równocześnie: - O w mordę!

To dlatego, że okazało się, że to dopiero połowa ferraty. Pozostała część komentarza, który kotłował się w mojej głowie, nie nadaje się do publikacji. Paweł dorzucił jeszcze: - To się chłopaki ucieszą.

Ruszyliśmy dalej. Nagrodą był zachód i wschód słońca na szczycie Hochkonig na prawie 3000 m n.p m. To widok wart zobaczenia, na pewno jeden z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek widziałem. Humoru nie zepsuło mi nawet to, że schronisko na tej wysokości oferowało jedynie pokoje wieloosobowe. Z zasypianiem nie było najmniejszego problemu, bo każdy, któremu uda się tu dotrzeć, zasypia jak zarżnięty. A jak jeszcze wszyscy ściągną buty... Cóż, filozofia "keine Dusche" jest przecież nieodłączną częścią ferratowej gry.

O tym musisz pamiętać:

  • Przed wyruszeniem na szlak sprawdź koniecznie prognozę pogody. Zapowiadają opady? Odpuść sobie.
  • Na jednym odcinku liny (szczególnie przy ostrych podejściach) powinna znajdować się tylko jedna osoba.
  • Tracisz siły? Koniecznie odpocznij, przecież nie jesteś na wyścigach.
  • Przepinaj się tylko wtedy, gdy stoisz stabilnie .
  • Podczas wspinaczki wykorzystuj siłę nóg. Bazując głównie na rękach, szybko się zmęczysz.

Via ferrata

Nazwa pochodząca z języka włoskiego przyjęła się niemal w całej Europie. Oznacza po prostu żelazną drogę. Pierwsze via ferraty (w Niemczech to klettersteig) powstały w Dolomitach na początku ubiegłego wieku. Charakterystyczne są występujące na tych trasach drabiny, klamry, stopnie, kładki i mostki.

W czasie wojny ferraty służyły jako drogi ewakuacyjne. Obecnie zarządzający regionami turystycznymi wykorzystują te trudne szlaki jako atrakcję turystyczną. Przed każdą ferratą jest tabliczka z informacją, kto się nią opiekuje: gmina, firma czy po prostu prywatny inwestor. Innymi słowy tabliczka informuje, kto wykłada na to pieniądze. Jeśli na danej ferracie doszło do wypadku, tabliczka również o tym informuje (takie swoiste dzień dobry zachęcające do myślenia na szlaku).

To musisz mieć:

Lonżę z dwoma karabinkami i absorberem energii w razie odpadnięcia; uprząż wspinaczkową; kask; rękawiczki; buty górskie za kostkę (w podejściówkach też można próbować, ale gorzej ze schodzeniem po szlaku po luźnych kamieniach).

Skala trudności

Stopień trudności ferrat w Austrii określony jest w skali od A do F.

A - możesz spokojnie zabrać na taką wycieczkę dziewczynę lub nawet dziecko. Wrócicie w jednym kawałku uśmiechnięci od ucha do ucha.

B - poradzisz sobie nawet jeśli jesteś tylko przeciętnie sprawnym facetem.

C - nieco bardziej wymagająca od B. Oznacza, że poradzisz sobie bez problemów, tylko nieco bardziej się spocisz.

D - takie odcinki dostarczą już sporo rozrywki nawet tym, dla których wspinaczka nie jest obca. Nie dla początkujących.

E - tu żartów nie ma. Zdecydowanie dla fachowców. Zdarzają się nawet lekkie przewieszenia, które przechodzi się wtedy na samych rękach, bo but górski nie klei.

F (E x 2) - sporadycznie.

Pamiętaj: ferraty oceniane są w oparciu o najtrudniejszy odcinek. Czyli jeśli ferrata jest wyceniona na D, to odcinki A, B, C też się w niej często pojawiają. Pewne jest natomiast, że w ferracie D nie znajdziesz odcinków o wyższym stopniu trudności.

Dla kogo ferratyFot. archiwum autora

Dla kogo ferraty

Przede wszystkim dla tych, którzy potrafią ocenić właściwie swoje siły i zadbać o bezpieczeństwo, bo ferraty to coś pośredniego pomiędzy łatwymi a ciężkimi drogami wspinaczkowymi. Idealne dla kogoś, kto niekoniecznie się wspina, a chciałby pobyć w skałach dzień lub kilka i poruszać się częściej w pionie niż w poziomie.

Do każdej ferraty istnieje podejście normalnym szlakiem turystycznym - do jednych krótsze, do drugich dłuższe, bywa, że sakramencko długie.

Specyfika wędrówki ferratami

Grube metalowe liny rozwieszone są na całej długości trasy. W odległości 1-2 metrów od siebie (w zależności od trudności trasy) w skałę wbite są metalowe koła, co wymusza systematyczne przepinanie karabinków (jedyna forma asekuracji). Odległość pomiędzy wędrującymi w grupie musi wynosić przynajmniej jedno przepięcie, żeby w razie spadania poprzedzającego zawodnika nie dostać jego rozpędzonym ciałem po głowie i nie zafundować sobie wspólnego lotu w dół. Wędruje się obowiązkowo w kasku, bo zdarzają się spadające kamienie i dziura w głowie jest wtedy w cenie wejścia. Większość ferrat jest bezpłatna. Sporadycznie trzeba zapłacić, ale to groszowe sprawy (tak naprawdę płaci się nie za korzystanie z ferraty lecz za wstęp np., do parku narodowego).

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Plecak z kolekcji YKRA. Cena: ok 350 zł Plecak dla indywidualistów
  • Plaża na Zakynthos, Grecja fot. Victor Maschek / shutterstock.com Aktywny wypoczynek w Grecji: szkoda czasu, by siedzieć na plaży!
  • zegarki z wysokościomierzem Zegarek na wysokościach

Polecamy