Nie róbcie tego dziecku! Jakiego imienia nie nadawać?

- Był taki okres, kiedy w Polsce rodziły się Isaury. To było dość dziwne, bo ta Isaura była niewolnicą i trudno było życzyć własnemu dziecku takiego losu - mówi Michał Ogórek.
Z Michałem Ogórkiem, współautorem książki "Na Drugie Stanisław - Nowa Księga Imion", którą napisał z profesorem Jerzym Bralczykiem, rozmawiamy o imionach i zanikającej sztuce rozmowy

Lubi pan swoje imię?

- Nie mam z nim problemu. Jeśli mam jakiś problem, to bardziej z nazwiskiem. Zresztą traumy związane z imieniem mamy raczej w czasach szkolnych, wtedy głównie cierpimy z powodu imienia. Nie wyobrażam sobie, żeby dziś dziewczynkę nazwać Rebeka, bo beka byłaby z niej straszna.

http://www.logo24.pl/Logo24/1,125390,19349767,nie-robcie-tego-dziecku-jakiego-imienia-nie-nadawac.html

A na drugie Stanisław który z panów ma?

- Profesor ma na drugie Stanisław. Ale nie tym się kierowaliśmy, wybierając tytuł naszej książki. Wziął się z tego dowcipu, który zresztą cytujemy: Przychodzi pacjent do lekarza i mówi: Panie doktorze, nie słyszę na jedno ucho. A lekarz się pyta: A na drugie? Na drugie Stanisław.

To już druga pana wspólna książka z prof. Bralczykiem, tym razem poświęcona imionom. Dlaczego właśnie taki temat rozmowy panowie wybrali?

- Kiedyś brałem udział w programie telewizyjnym, gdzie rozmawialiśmy o tym, które imiona są popularne, które są niepopularne i dlaczego. I ten program miał niesamowity odzew wśród widzów. Wtedy uświadomiłem sobie, że imiona mają aż takie znaczenie. Mówiliśmy, że w dzisiejszych czasach osoby publiczne nie są inspiracją do tego, jak rodzice nazywają swoje dzieci. Kiedyś to było ważne i właściwie naturalne, że jak był Tadeusz Kościuszko, to w Polsce się rodziło bardzo wielu Tadeuszów. Jak był Józef Piłsudski, to dużo się rodziło Józefów. Potem był jeszcze Józef Stalin i już nie do końca było wiadomo, o którego Józefa chodzi, więc czasem bywało to ryzykowne. A dzisiaj już tego nie ma. Kiedy premierem był Donald Tusk, to się nie rodziły żadne Donaldy. Imieniem Jarosława, który przecież zdobył sobie bardzo wielu fanów, dziecka nikt nie nazwie. A przynajmniej nie dlatego.

Skąd teraz czerpiemy inspiracje?

- Raczej z kultury masowej, choć to idzie dziwnymi drogami. W książce piszemy o tych przejściowych modach, po których potem zostaje sam wstyd, zwłaszcza dla dzieci. Te wszystkie szaleństwa rodziców potem przecież one muszą na siebie brać. Był taki okres, kiedy w Polsce rodziły się Isaury. To było dość dziwne, bo ta Isaura była niewolnicą i trudno było życzyć własnemu dziecku takiego losu. Był też film o markizie Andżelice, bardzo popularny swego czasu, o którym dziś nikt nie pamięta, a ta Andżelika już z nami została. Zresztą zapisywana na różnorakie sposoby. Profesor spotkał się nawet z zapisem Andrzelika, co można uznać za żeńską formę imienia Andrzej. Te mody są więc dosyć nieoczekiwane. W ostatnim roku najbardziej popularnym imieniem nadawanym dziewczynkom była Lena, co jest dziwne, bo takiego imienia w języku polskim nie ma. W języku rosyjskim jest, a u nas to właściwie zdrobnienie od Magdaleny. Mężczyźni jak zwykle są mniej podatni na modę i tutaj od wielu lat Jakub jest na czele. Też w sumie trudno powiedzieć dlaczego.

Lubimy wierzyć, że imię oddaje nasz charakter?

- Czasem przeczytanie o tym, co znaczy nasze imię, ma funkcję terapeutyczną. Jak się dowiadujemy, że ono pochodzi od słowa "waleczny" czy "szlachetny", to robi nam się lepiej. Staraliśmy się nie podtrzymywać takich złudzeń i o wszystkich imionach piszemy dość chłodno. Bo przecież to, jak mamy na imię, nie ma żadnego przełożenia na nasze życie. W książce nie rozmawiamy zresztą o samych imionach, tylko o tym, co one znaczą dla nas dzisiaj, w kulturze, w mentalności, z jakimi znanymi osobami się kojarzą. Są imiona, które odcisnęły piętno na tym, jak myślimy.

Dla mnie to też jest książka o tym, jak rozmawiać. Mało jest dziś takich prawdziwych rozmów.

- Sztuka, przyjemność rozmowy rzeczywiście zanika. Mimo że my przecież bez przerwy gadamy. Ale proszę zauważyć, że na ogół tylko wymieniamy informacje. Gdy na przykład pociąg rusza ze stacji kolejowej, to wszyscy wyciągają telefony komórkowe i mówią: Już jadę. To jakaś mania. Brak nam rozmów, które wykraczałyby poza sferę informacji. Nie byłyby paplaniem. Wszystkie te komórki, facebooki tylko tę paplaninę ogólnooświatową do gigantycznych rozmiarów rozdymają. A kiedy trzeba by o czymś poważniejszym porozmawiać, wykraczającym poza codzienność, to już nie mamy siły ani ochoty. Zresztą telefon raczej nie nadaje się do takich bardziej egzystencjalnych czy ogólnoludzkich rozmów. A o spotkanie jest trudno. Rzadko się ze sobą widujemy, tylko rozmawiamy gdzieś w eterze. Jeśli chcemy odbyć rzeczywiście głęboką rozmowę, to trzeba się spotkać.

Wasza wspólna książka to świetny przykład, jak można ze sobą rozmawiać: mądrze, dowcipnie, interesująco.

- Erudycja profesora jest tu główną zaletą, ja staram się nie przeszkadzać. Profesor uważa, że wymyślił nowy rodzaj książki, takiej, którą się nie pisze, tylko którą się mówi. Jak określiła jedna z recenzentek, to publikacja dla tych, którzy lubią podsłuchiwać czyjeś rozmowy. One niewątpliwie mają walor edukacyjny, bo wiadomo, że jak rozmawia się z profesorem, to trudno tego uniknąć, a wręcz przeciwnie, trzeba to wykorzystać. Profesor naturalnie mówi dużo na temat języka, ale on tak opowiada, że ja, który zresztą przyznaję się, że nie do końca wiem, co to jest przyimek, a co dopiero przysłówek, wszystko chłonę i zupełnie mnie to nie nudzi.

Zapewniam, że czytelnika też nie. Szykują panowie kolejną wspólną rozmowę?

- Profesor mi zaproponował, żebyśmy porozmawiali o "Panu Tadeuszu", a ja przyznaję, trochę się krępuję. Mogę rozmawiać z profesorem o różnych rzeczach, nawet o przysłówku, o którym nie mam pojęcia, ale o "Panu Tadeuszu"? Z takim ekspertem, który zna ten utwór na pamięć? Profesor zaproponował, żebyśmy pojechali razem do Nowogródka, gdzie, o dziwo, nigdy nie był. No więc dla tej podróży jestem w stanie napisać z nim tę książkę.

Więcej o: