Kamil Durczok wraca do świata gwiazd

Rok po aferze Kamil Durczok stara się zaistnieć publicznie. W rodzinnych Katowicach o zarzutach wobec niego nikt nie wspomina
- Durczok to człowiek, który zderzył się z tirem, ale wstał - mówi w najnowszym "Newsweeku" Monika Bochenek, przewodnicząca kapituły Ogólnopolskiego Konkursu Dziennikarskiego im. Krystyny Bochenek, w jury którego - po przerwie - ponownie zasiądzie były szef "Faktów" TVN.



Kamil Durczok, rok po wybuchu afery wokół swojej osoby, powoli wraca do życia publicznego - pisze tygodnik. Gdy w zeszłym roku "Wprost" opublikował serię tekstów, w których sugerował, że Durczok dopuszczał się mobbingu i molestowania podwładnych, dziennikarz wyjechał z Warszawy i zaszył się w domu w Katowicach. Obok zarzutów dotyczących pracy jego wizerunek zdemolował insynuacyjny tekst "Wprost" opisujący mieszkanie na warszawskim Mokotowie, w którym znajdować się miały prywatne rzeczy Durczoka, erotyczne gadżety i resztki "białego proszku" sugerujące narkotyki. Wielokrotny zdobywca nagród dziennikarskich i jeden z najbardziej wpływowych ludzi mediów przedstawiony został w tekście jako degenerat, erotoman i narkoman. - Był zdruzgotany. Chodził na terapię, przyjmował leki. Gdy wychodził z domu, wkładał czapkę, ciemne okulary i bluzę z kapturem. Ukrywał się - opisuje znajomy Durczoka pierwsze miesiące po wybuchu afery.

TVN: było molestowanie i mobbing

W marcu 2015 r. zarząd TVN, po rozmowach z 37 obecnymi i byłymi pracownikami i współpracownikami redakcji "Faktów" "zidentyfikował przypadki niepożądanych zachowań włącznie z mobbingiem i molestowaniem seksualnym". Narażone na nie zostały trzy osoby. TVN zaoferował im kwoty do wysokości 6-krotności ich miesięcznego wynagrodzenia. Z Durczokiem firma rozstała się za porozumieniem stron. Sam dziennikarz po artykułach "Wprost" zaprzeczał zarzutom: - Nigdy nie molestowałem żadnej kobiety. Czym innym jest styl zarządzania. Ja jestem cholerykiem, czasem wybuchałem w pracy - mówił w Radiu TOK FM.

Dziś Durczok z prasą nie rozmawia - zabrania mu tego porozumienie, jakie zawarł ze stacją telewizyjną. Udziela się jednak na Twitterze, gdzie komentuje polityczną bieżączkę.

Pracownicy redakcji "Faktów" anonimowo przyznają, że nie tęsknią za dawnym szefem.

- Nawet jeżeli "Wprost" przegiął, to i tak mu się należało (...) Życzę Durczokowi jak najlepiej. Byleby był od nas daleko - mówi w "Newsweeku" jeden z dziennikarzy. Ekipa wypomina mu ciężki charakter, sporadycznie przerywany zainteresowaniem drugą osobą. - Od poniedziałku do czwartku Kamil był zły. Apodyktyczny, despotyczny, nieszanujący zdania innych. A w piątek potrafił zaskoczyć. Na przykład bezinteresownie komuś pomóc. On był gwiazdą, numer one - cytuje magazyn.

Sprawa została wyparta

Durczok powrót do życia publicznego zaczyna od swojego rodzinnego Śląska. Udziela się na konferencjach i imprezach dobroczynnych. Wziął udział m.in. w katowickiej Wigilii dla Samotnych, podczas której serwował gościom barszczyk i zapewnił catering na kolację. Już zapowiedział swój udział w podobnej imprezie wielkanocnej.

W relacji "Newsweeka" zwraca uwagę, że nikt ze Ślązaków komentujących aktualne działania Durczoka nie komentuje jego wyczynów w Warszawie, nie stawia pytań o rzeczywistą winę. Większość rozmówców "Newsweeka" jest Kamilem po prostu zachwycona, kochają go i podziwiają.

- Warszawka może się zastanawiać, czy był winny, czy niewinny, ale tutaj nikt tak nie robi. Nikt go nie wytyka palcami, nie uśmiecha się za plecami. Sprawa Durczokgate została wyparta - mówi katowicki dziennikarz.

Znajomi byłego szefa "Faktów" sugerują, że kiedy Durczok całkiem stanie na nogi, będzie chciał "wyrównać rachunki" z ludźmi, którzy go zaatakowali. Od "Wprost" domaga się 9 mln zł odszkodowania za naruszenie dobrego imienia. - Znajdzie tego kogoś, kto mu zniszczył życie. Nie tylko zawodowe, ale też prywatne. Jego żony i dziecka - mówi jego kolega.



Więcej o: