Poznajcie Roberta, który ma nowy pomysł na wiejskie spożywczaki

W Szwecji podobnie jak w Polsce narzekają na spadającą liczbę małych sklepów, wypieranych przez duże supermarkety. Najbardziej odczuwają to małe szwedzkie wsie i miasteczka, gdzie większość mieszkańców od lat wolała jeździć do odległych dużych sklepów co doprowadziło wiejski szwedzki handel do bankructwa.
Nic dziwnego, że gdy okazało się, iż w jednej z takich dziur ma powstać nowy sklep, w mig zrobiło się o nim głośno na całą Skandynawię. Bo i sam spożywczak nie jest zwykłym sklepem. - Pewnego wieczoru stłukłem słoiczek z jedzeniem karmiąc dziecko. Gdy okazało się, że to ostatni nie miałem innego wyjścia jak jechać 20 km do najbliższego otwartego sklepu - mówił niedawno Robert Ilijason szwedzkiej regionalnej gazecie, Helsingborgs Dagblad. I zdradził, że nie minęła doba jak wpadł na pomysł, by w swoim Viken otworzyć własny spożywczak. Jak mówi "bezzałogowy".



W niespełna 5-tysięcznym miasteczku leżącym na południu Szwecji ostatni sklep z żywnością zamknięto wiele lat temu, bo zarobek z niego nie był w stanie pokryć nawet wynagrodzenia jakie trzeba było zapłacić sprzedawcy. - Myślałem jak to rozwiązać i doszedłem do wniosku, że pracownicy są zbędni - mówi.

"Bezzałogowy" spożywczak mieści się w starym budynku dawnej poczty w Viken. Jest otwarty przez całą dobę, 365 dni w roku. Wykorzystuje aplikację, która nie tylko otwiera drzwi sklepu dla zarejestrowanych klientów, ale również działa jako skaner zatwierdzając każdy zakup. Klienci otrzymują tylko co miesiąc rachunek do zapłacenia.



Za pomocą aplikacji Ilijason zbiera też od klientów informacje o towarach, których w stałym asortymencie nie ma, a według nich przydałyby się.

39-latek, który jest specjalistą z branży IT, ma nadzieje, że jego pomysł sprawi, że do małych skandynawskich wsi i miasteczek wrócą spożywaczaki. Przedsiębiorca już ma plan by podobne placówki otworzyć w kolejnych pobliskich małych miejscowościach.

Czy model sprawdziłby się na polskiej wsi, albo nawet w miastach? Rodzimy przedsiębiorca, któremu zamarzyłoby się aby wdrożyć format na polskim gruncie, powinien najpierw znaleźć odpowiedź na pytanie, jak w polskich warunkach uniknąć "klientów", którzy wpadliby na pomysł by zapominać zatwierdzania zakupów i skanowania kodów telefonami. Mogłoby się okazać, że nie obyłoby się bez potrzeby stałego monitoringu, a to już dodatkowy koszt, który mógłby pogrążyć całą ideę spożywczego "bezzałogowca".

Więcej o: