Wilki wracają z nową płytą! Robert Gawliński: raz jeszcze chciałem poczuć się młodo

Z powodu płci pięknej Robert Gawliński został muzykiem, a teraz razem z Wilkami wydał płytę z nowymi piosenkami. Wszystko ?Przez dziewczyny? - brzmi tytuł
z Robertem Gawlińskim rozmawia Konrad Wojciechowski



Czy dojrzały muzyk, od dawna żonaty, cokolwiek ryzykuje śpiewając piosenki o dziewczynach?

- Po prostu raz jeszcze chciałem poczuć się młodo. Martwiłem się tylko, czy tekst o dziewczynach zostanie dobrze zrozumiany. Ale przecież Rolling Stonesi w wieku 70 lat piszą gorsze rzeczy, więc nie mam poczucia obciachu.

Czyli nie wpasowujesz się w archetyp rockmana, który woli pić, palić i bawić się, niż wieść stateczny żywot?

- W tej chwili nawet ekstremalnie rockandrollowe zespoły żyją zdrowo na trasach. Podobno najwięcej rozrabiają popowi artyści, natomiast rockmani - jeśli muszą następnego dnia wypocić kilka kilogramów na scenie - zachowują się spokojnie i dbają o kondycję.

Cały ten rock to pokazówka przed dziewczynami? Ty, zdaje się, przez nie zacząłeś śpiewać i grać?

- Zdecydowanie tak.. Na ławce na podwórku modne były piosenki Dwa Plus Jeden, Budki Suflera, "Stairway To Heaven" Zeppelinów i "Smoke On The Water" Deep Purple. To rzeczywiście robiło wrażenie na kobietach i stymulowało do dalszych ćwiczeń [śmiech].

Lista kobiet, którym coś w życiu zawdzięczasz, jest chyba bardzo długa? Wymieńmy niektóre: "Baśka miała fajny biust, Ania styl, a Zośka coś, co lubię.".

- Ale tylko jedna kobieta jest w moim życiu naprawdę ważna - żona Monika. Jak każdy facet prężę się, wciągam brzuch, ale już dawno temu znalazłem swoją wielką miłość. Jesteśmy z Moniką także parą przyjaciół. Na płycie "Przez dziewczyny" są jej cztery teksty. Pamiętam, że napisałem z sześć kawałków, a przy siódmym nie byłem w stanie niczego wymyślić. Poprosiłem o pomoc żonę. A Monika zaszyła się gdzieś w domu i przyszła z gotową piosenką, mówiąc: "Zobacz, czy coś takiego by ci odpowiadało". Cieszę się, że wciąż szuka swojej drogi, rozwija się artystycznie.



W piosence "To co piękne w życiu" śpiewasz razem z synem Beniaminem, który dwa lata temu dołączył do Wilków. Rozmawiacie sporo o życiu? Dowiadujesz się czegoś od niego?

- Beniamin wniósł do zespołu powiew młodości, który poczułem i ja, i koledzy z Wilków. To miało wpływ na naszą nową płytę. Zawsze traktowałem synów jak kumpli. Był czas, że w towarzystwie zrobiły się modne fajki wodne. I chłopaki zapytali: "Tato, pokazałbyś, jak się zaciąga tytoniem". I co robią rockandrollowi rodzice? Demonstrują [śmiech].

Byłeś w ich wieku tak samo ciekawy życia?

- Pamiętam czasy, kiedy pomieszkiwałem u Rafała Olbrychskiego w domku pod Warszawą. Koczowaliśmy tam przez jakiś czas w kilka osób, aż skończył się alkohol i nie było nic do żarcia. Ojciec Rafała przywiózł karton szampanów, ratując nam w ten sposób życie. I ja też chłopakom przywożę do sali prób sześciopak, zostawiam w lodówce, żeby mieli, jak najdzie ich ochota.

W piosence "Na warszawskich ulicach" sporo uwagi poświęcasz hipsterom, ludziom z korporacji, tak zwanej "warszawce". Twoja młodość wyglądała chyba inaczej?

- Ludzie z mojego pokolenia byli zbuntowani, może dlatego, że mieliśmy z kim walczyć? Choć i teraz jest o czym głośno mówić. Dlaczego żaden młody zespół nie napisał piosenki, że wstydzi się swojego prezydenta, który strzela do zwierząt?

A dlaczego sam o tym nie zaśpiewasz?

- Mnie jako staremu chłopu już nie wypada pisać takich rzeczy. Zresztą miałem duży problem z tekstem o Warszawie. Bo z jednej strony nie podoba mi się, jak się zmieniła, a z drugiej, wielu moich przyjaciół to słoiki, a przecież wnieśli bardzo dużo do kultury, do muzyki - taki Andrzej Smolik, Muniek Staszczyk. Na początku ta piosenka była o wiele ostrzejsza, pełna gniewu, ale najbardziej radykalne zwroty utemperowałem, między innymi ze względu na moich przyjaciół. Bo nie ma znaczenia, skąd jesteś, tylko jaki jesteś.

Więcej o: