Śpiewający narciarz

Zajął piąte miejsce na olimpiadzie w Nagano w 1998 r., był najlepszym polskim narciarzem alpejskim od 30 lat, czyli od czasów sukcesów... swego ojca Andrzeja ?Ałusia" Bachledy. Zamienił jednak narty na gitarę. Właśnie ukazała się jego najnowsza płyta ?Time Ruines"


Z Andrzejem Bachledą rozmawia Wojciech Krzyżaniak





Czemu do tej pory tak mało cię znamy od strony muzycznej? Przecież miałeś spore osiągnięcia, a w Polsce jakoś tak cicho...

- Wydaje mi się, że Polaków bardziej interesowały moje sukcesy narciarskie i dziennikarze zazwyczaj forsowali pytania związane ze sportem. Poza tym dopiero teraz mam profesjonalną opiekę menedżerską i wydawniczą (Kayax i Agora), dzięki czemu mogę dotrzeć do odbiorców również ze swoją muzyką. Znak czasu

Kształciłeś się w grze na fortepianie, ale w pewnym momencie zamieniłeś go na gitarę. Tylko dlatego, że jest wygodniejsza dla aktywnego sportowca, czy były też inne powody?

- Szczerze? Powodem były gabaryty (śmiech). Dużo łatwiej zabierać ze sobą gitarę, np. na zawody narciarskie.

Teraz komponujesz, grając na fortepianie czy gitarze?

- Komponuję zazwyczaj w głowie. Tam powstają dźwięki, struktury, harmonie. Później przekładam to na instrument taki, który mam najbliżej. Zazwyczaj jest to gitara - z powodów, o których ci właśnie wspomniałem.

Na krążku znajdujemy wiele inspiracji. Niektóre, jak na przykład muzyka cygańska, są trochę zaskakujące. Skąd to wszystko się w tobie bierze?

- Mam duszę prawdziwego górala. Poza tym pochodzę z rodziny o wielonarodowych korzeniach. Mam przodków z Niemiec, Rosji, Włoch. Często zmieniałem miejsce zamieszkania. Wszędzie, gdzie byłem, chłonąłem lokalny folklor. Później powstawał z tego taki mix.

Płyta jest bardzo dopracowana, niemal sterylna. To trochę kłóci się z wizerunkiem narciarza. To zwykle są - przynajmniej według stereotypu - ludzie szaleni.

- Jak dla mnie to chyba jest odwrotnie - właśnie jako narciarz musiałem być niezwykle zdyscyplinowany. Treningi, wysiłek, praca i punktualność Dziś jako muzyk mogę pozwolić sobie na więcej luzu. A płyta? Nagrywałem ją przez pięć dni - na żywo, w studiu pod "przywództwem" niezwykle wymagającego realizatora. Daleko jej do sterylności, ale skoro tak ją odbierasz? To fajnie.

Współpracowałeś przy niej ze znakomitymi muzykami.

- To wyszło spontanicznie i nieco przypadkowo. Z Renaudem Millet-Lacombe'em spotkałem się w studio podczas nagrywania materiału na jeden z moich rockowych projektów. Był realizatorem dźwięku. Zawiązała się między nami przyjaźń poparta miłością do muzyki. Później stworzyliśmy zespół, wybierając muzyków, którzy najlepiej pasowali do tego projektu. A oni zgodzili się z nami grać. Jesteśmy nie tylko kolegami z pracy, ale grupą prawdziwych przyjaciół.

Wspominasz czasem swoją płytę "Od Gibraltaru do Tatr"? Dla mnie to nie był udany projekt i sądzę, że źle wpłynął na twoją karierę.

- Faktycznie. Nie jest to moja najlepsza płyta. Choć uważam, że jest tam kilka fajnych utworów. Może to brak doświadczenia? Nie miałem wtedy tak dobrych muzyków jak Technicolor Orchestra. "Time Ruines" jest dojrzalsza. Dużo lepsza.

I na koniec: kto wygra Puchar Świata?

- Zdecydowanym faworytem jest Amerykanin Bode Miller.