Dlaczego górale nie chodzą w góry? Bo za duży tłok

Polacy pobili w tym roku rekord w weekendowej turystyce górskiej. W sobotę i w niedzielę chcą wejść na Giewont, zobaczyć Morskie Oko i Dolinę Pięciu Stawów, a po wszystkim zaliczyć jeszcze Krupówki. Efekt jest taki, że do Tatrzańskiego Parku Narodowego wchodzi dziennie trzy razy więcej osób niż powinno
Najgorzej było w piątek 14 sierpnia. Wjazd do Zakopanego zajmował kierowcom godzinę, parkingi wypełnione były do ostatniego miejsca, w schroniskach można było spać tylko na podłodze, a w kolejce po bilet do parku trzeba było stać kilkadziesiąt minut. Trzy godziny należało odczekać, aby wejść na Giewont. - To był absolutny rekord. Nigdy czegoś takiego w Zakopanem nie doświadczyłem. Samochody utknęły w korkach, a turyści w kolejkach. Ale też nigdy nasze miasto tyle nie zarobiło, co tego lata - opowiada Janusz Majcher, burmistrz Zakopanego.



W stolicy Tatr mieszka 27 tys. osób. W wakacje Zakopane musi pomieścić prawie trzy razy tyle. Do tego dochodzą jeszcze pracownicy sklepów, restauracji i hoteli. Więcej niż w latach ubiegłych jest gości ze Słowacji i Węgier. Zdaniem urzędników, przyciągają ich konkurencyjne ceny w porównaniu do słowackich (gdzie obowiązuje euro).

Coraz więcej osób w Tatry przyjeżdża samochodami, a nie jak dawniej pociągiem. Wokół miasta nie ma dużych parkingów, na których można zostawić auto, by w mieście poruszać się już pieszo. - Każdy chce mieć samochód blisko kwatery. Pomysł z parkingami na przedmieściu nie ma szans - przekonuje Majcher.

To, co cieszy władze miasta i żyjących z turystyki mieszkańców, niepokoi pracowników Tatrzańskiego Parku Narodowego. Stanisław Czubernat, zastępca dyrektora TPN: - Dawny plan ochrony parku przewidywał, że w ciągu dnia nie powinno wchodzić na jego teren 8,5 tys. turystów. Dziś to zupełnie nierealna liczba, bo w sezonie wchodzi codziennie ok. 30 tys. osób. I niestety nie zatrzymamy tego. Zbyt wiele osób żyje tu z turystyki, by zgodzić się na jakiekolwiek limity.

- Turystów byłoby ciężko zatrzymać, ale może warto pomyśleć o zapewnieniu im atrakcji w dolinach np. parków rozrywki, by zmniejszyć oblężenie na najpopularniejszych szlakach i uchronić góry przed zniszczeniem? Ale rozumiem też, że skoro mamy piękne dostępne góry, to ludzie chcą je oglądać. Sam doświadczyłem czegoś podobnego przy wejściu na Snowdon w Walii. Na szczyt wchodziłem w tłumie turystów - opowiada Szymon Baron z Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.

Janusz Majcher: - Żadnego zagrożenia dla przyrody nie ma. Park i miasto są dobrze przygotowane na obsługę gości. Dziś jest już znacznie spokojniej, niż było w połowie miesiąca - zapewnia burmistrz, choć przyznaje, że sam w góry wybierze się najwcześniej we wrześniu, dopiero kiedy na szlakach zrobi się luźniej.

Turysta lubi stać w tłumie

Rozmowa ze Stanisławem Czubernatem, zastępcą dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego

Anita Karwowska: W tym roku Polacy upodobali sobie Tatry. Park przeżywa oblężenie.

- Najmocniejsze uderzenie było w połowie sierpnia. Na szlaki wyszło ponad 30 tys. turystów. No, ale jeszcze trochę brakuje nam do rekordu z 1998 r., kiedy jednego dnia weszło 50 tys. osób.

Co pan myśli, jak widzi trzygodzinne kolejki turystów pod Giewontem?

- Zawsze myślałem, że człowiek wybiera się w góry, by w samotności podziwiać krajobraz, przemyśleć pewne sprawy. A mamy nowy typ turysty, który woli stać w tłumie na szczyt. W kolejkach stoją przede wszystkim ludzie z miasta, którzy są przyzwyczajeni to życia w tłoku i pewnie specjalnie taka kolejka im nie przeszkadza. Tak to sobie tłumaczę.

Co więc teraz robią miłośnicy dzikich Tatr?

- Czekają na jesień. We wrześniu czekają nas jeszcze studenci, a w październiku wysoko w góry wyruszą prawdziwi zapaleńcy

Pan też czeka na jesień?

- Wejścia na tak zatłoczony szlak nie biorę pod uwagę. Poradziłem też sobie całkiem sprytnie z tłumem w mieście. Pracę w biurze TPN zaczynamy o 7 rano, ale o tej porze na ulicach Zakopanego już robi się gęsto. Jeżdżę więc do pracy na 5.30.

Jak pan wyjaśni to ogromne zainteresowanie Tatrami?

- Ten tłum generują głównie weekendowi przyjezdni, którzy nie mają pieniędzy albo czasu na dłuższy urlop i w ten sposób spędzają wakacje. Poza tym tu nie chodzi już o prawdziwą wyprawę górską, tylko o ekspresowe zaliczenie popularnych szczytów i przejście się po niezmiennie modnych Krupówkach. Tłok jest tam taki, że nawet sąsiada z Warszawy można spotkać.

Czy po słowackiej stronie też jest tylu turystów?

- Tam jest luźniej, dziennie na szlaki wychodzi ok. 22 tys. osób. Chociaż Słowacy też przeżyli swój turystyczny boom. Od 2004 r. ta liczba wzrosła o pięć tysięcy. Ale biorąc pod uwagę długość szlaków i obszar po polskiej i po słowackiej stronie Tatr, zagęszczenie turystów u nas jest czterokrotnie większe niż u naszych sąsiadów. Dlatego radziłbym naszym turystom wypróbować słowackie szlaki.

Co pan poleca?

- Na początek np. Dolinę Białej Wody. Trasę zaczyna się w Łysej Polanie, gdzie przekracza się granicę polsko-słowacką, później idzie się w stronę Białej Polany. Naprawdę niewiele trzeba, by uciec od zgiełku Morskiego Oka.