Odwiedziliśmy to straszne miejsce na ?k".

Panowie w smokingach i damy w wieczorowych kreacjach przychodzą do kasyn raczej tylko w Monte Carlo. W Warszawie wpuszczą cię w T-shircie, wyciągniętym swetrze, byle nie w adidasach
W stolicy oficjalnie działają trzy kasyna i przynajmniej kilkanaście salonów gier. Oto co można w nich spotkać



Cmoknięcie na kelnerkę

Zaczęliśmy od Royal Casino w hotelu Gromada (zbieżność z tytułem ostatniego filmu o Bondzie zupełnie przypadkowa). Próbkę tego, co w środku, widać było już na zewnątrz: neon z przepalonymi kilkoma literami i mnóstwo taksówkarzy czekających pod kultowym klubem "Sofia", gdzie mieści się najstarszy w Warszawie lokal ze striptizem. Kilka schodków do góry i trzeba zarejestrować się w recepcji. Uśmiechnięte młode dziewczyny spisują dane z dowodu osobistego. Jeśli klient jest tu pierwszy raz, dostaje kupon na darmowy drink. Nam zaserwowano szampana bez gazu.

W środku dwa stoły do ruletki, po jednym do black jacka oraz pokera. Gra kilka osób. Przy ruletce siedzi dwóch mężczyzn, na oko 40-letnich. W black jacka szans próbuje niewiele starszy od nich facet z wąsem, w szarej marynarce. Kładzie na stół żetony o wartości 25 zł. Przegrywa raz za razem. Z piterka przyczepionego do paska wyciąga plik stuzłotowych banknotów. Na żetony o takim samym nominale wymienia dwa z nich. Gra za stówę, wygrywa. Wstaje, dogaszając papierosa, i gdzieś odchodzi.

Palą niemal wszyscy. Kelnerka co jakiś czas czyści popielniczki zamocowane w stołach i przyjmuje zamówienia (gracz może też "poprosić o bar" krupiera, a ten przywoła kelnerkę cmoknięciem. - Nie wiem, skąd ten zwyczaj. Tak już jest - odpowiada krupier na pytanie, dlaczego nie może np. machnąć ręką. Jak w każdym kasynie nigdzie nie ma zegara, a okna pozasłaniane są ciężkimi zasłonami. Klient ma grać, a nie martwić się o pogodę i porę dnia.

Skóry i Azjaci

Inna atmosfera jest w hotelach Victoria (kasyno grupy Orbis) i Hilton (grupy Olympic). Tam stołów jest kilkanaście i klientów dużo więcej. Wystrój może przytłoczyć. Sztuczne ognie stylizowane na pochodnie, skóry dzikich zwierząt na ścianach i pełno migoczących automatów. W sumie gra kilkadziesiąt osób. W oczy od razu rzucają się Azjaci. Grają grupami (jeden gra, a nad nim stoi kilku podpowiadaczy, każdy z papierosem). Świata poza ruletką nie widzą. Nie reagują nawet na "przepraszam", gdy się chce przejść. Średnia wieku grających to ok. 40 lat, ale są też młodzi ludzie, w T-shirtach, koszulach, swetrach. Z górką żetonów (jeden żeton to 1 zł) siedzą głównie przy ruletce. Obstawiają po kilkanaście złotych na różne numery. Co kilka rzutów wygrywają, więc musieliby mieć prawdziwego pecha, żeby od razu przegrać wszystko.

Inny typ gracza to spacerowicze, chodzący po sali i wypatrujący, jakie ostatnio padały numery i kolory. Gdy spostrzegą, że gdzieś kilka razy z rzędu wypadało "czarne", pędzą i rzucają na stół plik stuzłotówek na "czerwone" (pieniądze nigdy nie chodzą z ręki do ręki, trzeba je kłaść na stół, po czym krupier chowa je i wymienia na żetony). Jest głośno, gwarno i pełno dymu. - Kasyna zamieniają się w fabryki, bo im więcej ludzi, tym większy obrót. Kiedyś było bardziej kameralnie. Pamiętam takie kasyna w Hotelu Europejskim, w Metropolu. Znało się krupierów, bo pracowali po kilka lat. Dziś rotacja w tym zawodzie jest za duża. Bo kto by chciał pracować za góra trzy tysiące, w nocy, z podpitym towarzystwem, które jeszcze nabluzga, gdy przegra. Kasyna nie są już miejscem, do którego można przyjść jak do ulubionego małego baru. Posiedzieć ze stówką, pogadać z krupierem, wypić dwa piwa i z bilansem na zero wrócić do domu. Teraz gra się ostro i albo traci wszystko, albo wychodzi z dużą kasą - wspomina nostalgicznie trzydziestokilkulatek z Warszawy.

Sprawdź czy jesteś hazardzistą. Rozwiąż test 20 pytań.