Na zdravi, czyli piwny weekend w Pradze

Nejlepši pivo je c'eské pivo! Wiedzieliśmy, że to najprawdziwsza prawda, ale trzeba było mieć jakiś pretekst do męskiej wyprawy. Cóż, przyłączyły się żony, więc w planie było również zwiedzanie.
 

 

Do Pragi wybraliśmy się pociągiem. Wsiadamy o 21.00 o 6 rano jesteśmy na miejscu. W kuszetkach jest wygodnie, przez cały wieczór intensywnie przygotowujemy się do zwiedzania, a budzimy się w najbardziej "piwoprzyjaznym" miejscu na ziemi. Żeby tylko tych turystów było mniej...

 

 

Na praskim rynku tłum jest zawsze. W knajpkach leje się piwo, a w sklepikach kupisz praskie pamiątki np. związane z Franzem Kafką albo Alfonsem Muchą. Przed południem w wielu lokalach jest pusto, potem nierzadko trzeba o miejsca nieźle się postarać.

 

 

Z dworca na chwilę do wynajętego na dwie noce mieszkania i zaczynamy naszą praską peregrynację. Plan jest prosty: oglądamy miasto, nie przemęczamy się, pijemy piwo w różnych knajpkach. W miłym towarzystwie, choć z żonami, czas mija szybko. Idziemy w miasto, oczywiście na Hradczany, po drodze wpadamy na kufelek pilznerka. Pražský hrad oczywiście zatłoczony, a sławna Zlatá ulieka prawie nie do przejścia. Warto byłoby tu zajrzeć po 18.00, kiedy i turystów mniej i za wstęp płacić nie trzeba.

Ale na wieczór my mamy inne plany. Przeciskamy się w gąszczu obywateli rozmaitych zakątków świata, oglądamy zmianę warty, podziwiamy romańską Bazylikę św. Jerzego, w katedrze św. Wita oglądamy m.in. witraż zaprojektowany przez Alfonsa Muchę a potem ze wzgórza schodzimy odpocząć w chłodnych wnętrzach gospody "U Krále Brabantského". To jedna z najstarszych praskich tawern, jej historia sięga XIV w. Wita nas uwięziony w lochach nieszczęśnik, który błagalnie wyciąga ręce do przechodniów. W środku surowe mury, dość pusto, spory wybór piw i zaskoczenie: nie kelnerzy, a kelnerki. Tu próbujemy i klasycznego pilznera jasnego, i rzadziej dostępnego pilznera ciemnego. Na zakąskę pierwszy ze specjałów, czyli utopenec. Tu jest to serdelek (powinna być drobno zmielona kiełbasa z widocznymi kawałkami słoniny) podawany na zimno prosto z marynaty. Krótko mówiąc - ohyda. Kiełbasa tłusta, marynata kwaśna, całe szczęście, że piwo świetne. Drewniane ławy niewygodne, ale przy fajnym piwie, w dobrym (choć z żonami) towarzystwie, z kelnerkami, które chętnie się nad nami nachylają, przeciskają obok, odsłaniają brzuszki, a nawet całują na pożegnanie jest nam bardzo dobrze. A Pilsner Urquell to jedno z najsławniejszych piw świata, powstaje w Pilźnie od 1842 r i nigdy nam tak bardzo nie smakowało, jak właśnie w Pradze. Po kilku kuflach można się też przekonać do utopenców.

Schodzimy nad Wełtawę. Jest upał, trzeba nam ochłody. Od razu nawinęła się knajpka serwująca zimne piwo. Tym razem jest to nieznany nam wcześniej Master, piwo wytwarzane przez sławny browar w Velkich Popovicach. Rzadkość, bo piwo podaje się w specjalnych kielichach (0,4 l) a nie kuflach. Po szybkich dwóch kolejkach rozglądamy się wokół. I choć przy stolikach pełno, Czechów tu raczej nie ma. Turyści wpadają coś przekąsić (np. podawaną na rożnie golonkę), na piwo i duże słone precle.

 

Piwo smakuje tu w każdym lokalu i przy każdej pogodzie. Tu w małym pubie spróbowaliśmy budziejowickiego budweisera.

 

 

Tu także zdobywamy jeszcze jedno doświadczenie: procenty podawane przy nazwie piwa w Czechach, to nie zawartość alkoholu, a ekstraktu. Więc np. ciemne (tmavé) piwo Master ma tego ekstraktu aż 18%. Może dlatego smakuje nam, a jak się okazuje naokoło nie tylko nam, tak bardzo. Nie gorsze jest nieco słabsze, polotmavé 13%. Lżejsze, nieco słodsze, na upał lepsze. Testujemy, zachwalamy, rozglądamy się (a jest za czym), zamawiamy kolejne. Fajna ta Praga.

Wieczór na częściowo remontowanym Moście Karola. Ciżba, grajkowie, handel. Choć z żonami, to miło.

 

 

W Pradze wszyscy lubią piwo. Niektórzy z preclami, niektórzy z golonką. W Malostranskiej Pivnice mogliśmy się i napatrzeć na turystów (turystki) i napić dobrego velkopopovickeho mastera.

 

 

U Fleku to praska legenda. Prawdopodobnie najsłynniejsza knajpa i pivovar, bo tylko tu można się napić na miejscu wytwarzanego piwa Flek. Można też je kupić w rozmaitych nierzadko pamiątkowych butlach. Piwo jest bardzo dobre, choć drogie. Ludzi stanowczo za dużo, i to o każdej porze roku. W menu typowe czeskie pomysły, czyli zupy: bramboraeka, cibulaeka, eesneeka, oraz kachna, czyli kaczka. Niektórzy twierdzą, że kachna najlepsza jest właśnie w Czechach. Być może w Czechach, ale na pewno nie U Fleku. Ale nie dla kachny przyszliśmy tutaj, jeno dla piwa. I Becherovki, bo tu właśnie Becherovka i piwo to zestaw obowiązkowy. Becherovka to likier wytwarzany w Karlowych Warach od ponad 200 lat, pakowany w charakterystyczne płaskie butelki.

U Fleku pije się dużo. Kelnerzy roznoszą kufle ciemnego, lekkiego piwa i kieliszki likieru, częstują i stawiają na karteczce na twoim stole kreski. Jedna kreska u góry to piwo, jedna u dołu to Becherovka. Kelner na koniec zliczy, a ty chłopie zapłacisz.

Towarzystwo międzynarodowe. W Pradze w knajpce nie czekasz na wolny stolik tylko na wolne miejsca. Stoły z ławami są długie, czasem na kilkanaście osób, więc sąsiedztwo innych degustatorów jest nieuniknione. My usiedliśmy obok Niemców. D. stuknął się kuflem z sąsiadem ze Stuttgartu i rozbił mu kufel w drobny mak. W glorii chwały zwycięstwa nad zachodnim sąsiadem w doskonałych humorach, choć z żonami, poszliśmy dalej.

 

Mężczyźnie taka rzecz w Pradze nie przystoi: małe piwo w dodatku w szklance mogą tu pić tylko kobiety. Typowe męskie kufle mają od 0,5 do nawet 2 l pojemności.

 

Nadal upał. Natrafiamy na mały praski pivovar Pražský Most U Valsu. Spory lokal trochę bez charakteru z miłym ogródkiem a w piwnicy mini browar produkujący piwo svétlé, tmavé i ezané, czyli po naszemu rżnięte, w tym przypadku mieszane. W Czechach i na Słowacji można się napić ezanégo dwukolorowego: na dole piwo jasne na górze ciemne. Ot taka ekwilibrystyczna, barmańska figura. 12-procentowy Pražský Most nam smakował (najlepszy jasny), a zagryzaliśmy go innym specjałem czeskim, czyli hermelinem, marynowanym w oleju serkiem pleśniowym z dodatkiem czosnku, papryki i przypraw. Dalej w miasto!

 

 

Praska starówka jest piękna i rozległa. Snuliśmy się z zadartymi w górę głowami, by podziwiać np. secesyjne zdobienia kolejnych kamienic, aż złapał nas przy tym nagły deszcz. Wskoczyliśmy do małego pubu, gdzie na przypadkowo dobranych krzesłach i stołkach wypiliśmy po kuflu sławnego budziejowickiego Budvara, czyli czeskiego Budweisera (bo jest jeszcze amerykański, ale to już inne piwo). Czeskim Budziejowicom prawo do warzenia piwa nadał król Przemysł Otokar II już w 1265 r. Więc panowie, czapki z głów. Piwo świetne, więc poprawiliśmy. A ponieważ student-barman miał za barem dwa kurki, spróbowaliśmy jeszcze innej czeskiej sławy, nieporównanie młodszej czyli Radegasta. I od razu deszcz przestał padać. My w Warszawie nie mamy niestety takich sposobów na niepogodę.

 

Teraz do kolejnej sławnej knajpki U Cerného Vola. Tu jest pięknie, bo i ciemne ławy i ciemna powała i herby na ścianach, i może przede wszystkim wyborny Velkopopovický Kozel. Najpierw jasny, potem ciemny, znowu jasny... Wokół kupa luda: i Czesi, i Irlandczycy, i Niemcy stłoczeni przy ledwie kilku stołach gwarzą o piwie, podróżach, Pradze, jedzą olomoucké tvaruz!ky czyli śmierdzące, smaczne serki z Ołomuńca i tlacenkę, czyli salceson polany marynatą z octu z dodatkiem cebuli. Coś jak utopence, ale my już do tych zakąsek się przyzwyczailiśmy i chrupiemy salceson ze smakiem. A kozel Jest słodkawy, lekki w smaku choć wyrazisty, alkohol niewyczuwalny (w jasnym jest tylko 4%, w ciemnym jeszcze mniej). Piękna piana. Cudo! Zachwycający koniec dnia. Choć z żonami...

Dzień trzeci witamy w legendarnej, może najsławniejszej w Pradze, bo szwejkowej gospodzie U Kalicha. Jest wcześnie, w lokalu pusto, zresztą jak słyszeliśmy mało tu przychodzi prażan, wyłącznie turyści. Jakoś nam to nie przeszkadza, tym bardziej, że w progu nas wita gipsowy dobry wojak, na ścianach cytaty z powieści Haska, a kelnerzy przynoszą nam wielkie, litrowe kufle złocistego napoju. Barman nie wiedzieć po kim mył już kufle za barem zupełnie jak powieściowy Palivec, zanim za sprawą Bretschneidera (takiego ubeka, którego zżarły psy kupione od Szwejka) trafił do więzienia za to, że "muchy srały na najjaśniejszego pana". Szukaliśmy tych Haskowych klimatów w pustej gospodzie, ale jakoś nie znaleźliśmy. Może tylko trochę wtedy, gdy po kolejnym litrowym pilznerku (a może to już wtedy był Radegast) kupiłem szwejkową czapkę i wraz z towarzystwem wznosiłem toasty i za "obsranego" cesarza i za starego sapera Vodiczkę i feldkurata Katza i za baronową von Botzenheim. U Kalicha jedzenie jest takie jak w większości praskich popularnych knajp, więc nie ma o czym mówić. Piłeś? Zjedz. Nie piłeś? Wypij!

 

 

Szwejk, "obsrany najjaśniejszy pan", ściany upstrzone rysunkami i litrowe kufle piwa to gospoda U Kalicha. Tu można kupić czapkę Szwejka, posłuchać starej szafy grającej i być obsługiwanym przez typowych praskich kelnerów - średnia wieku 55. 

 

Jeszcze musimy napić się Staropramena, bo to piwo praskie z dzielnicy Smichov. I choć do browaru nie zdążymy już dotrzeć, szukamy tego piwa w mijanych gospodach i pubach. U Zlatého tygra jak zawsze tłum i mimo kolejnej próby znów nie udało nam się znaleźć wolnego miejsca. Szkoda, bo to miejsce Bohumila Hrabala. Z kolei U medvidka nie mają Staropramena tylko Budvara, a poza tym po remoncie knajpa stanowczo za dużo straciła z poprzedniego ducha. Wróciliśmy więc na rynek, spojrzeliśmy na figury apostołów na sławnym średniowiecznym zegarze i tam w całkiem niepraskim w charakterze, kawiarnianym ogródku dostaliśmy, cośmy chcieli. Staropramen ma prawie 150 lat, choć pod tą nazwą istnieje od 1911. Wcześniej, choćby w powieści o Szwejku występuje jako piwo smichowskie. Najlepszy jest kwaśnicowy, ale tego tutaj niestety nie było.

 

U Zlateho Tygra bywał Bohumil Hrabal, ale nie tylko dlatego tak trudno zdobyć tu wolne miejsca. Z kolei U Fleku, to duży, stary lokal z doskonałym piwem i kapelą, która gra przeboje wszystkich narodów. Jedzenie w Pradze, nawet gdy dobrze wygląda, znacznie gorzej smakuje.

 

Koniec zwiedzania. Zostało jeszcze wiele mniej znanych praskich mini-browarów, cudownych gospod i tawern, więc będziemy tu wracać. Oczywiście pociągiem. Choćby z żonami. 

 

 

Nasze piwa w Pradze

 

Piwa jasne

Budweiser Budvar svetlý ležák, ekstr. 11,9%

Velkopopovický Kozel premium, ekstr. 12%

Pilsner Urquell, ekstr. 12%

Radegast premium, ekstr. 11%

Krušovice svetlé, ekstr. 10%

Gambrinus premium svetlý ležák, ekstr. 12%

Staropramen svetlý, ekstr. 11%

Pražský most svetlé, ekstr. 12%

 

Piwa ciemne

Krušovice cerné, ekstr. 10%

Velkopopovický Kozel cerný, ekstr. 10%

piwo półciemne Master polotmavý, ekstr. 13%

porter Master tmavý, ekstr. 18%

Budweiser Budvar tmavý ležák, ekstr. 11,9%

Flek, czyli Flekovský ležák, ekstr. 13%

piwo mieszane Pražský most rezané, ekstr. 12%

Czeskie piwa są doskonałe, nie tylko te wytwarzane w minibrowarach. Są również niedrogie - półlitrowy kufel kosztuje 25-50 czeskich koron. W dobrym towarzystwie, w fajnej gospodzie, a na dodatek w upale smakowały nam wszystkie. Może Kozel i Master najbardziej...

 

 

 

Tekst: Jarosław Matuszewski

Zdjęcia: Jarosław Matuszewski, Marcin Klaban, Sławomir Kamiński,  Shutterstock (montaż)

 

Ma Praga także niezwykłe pomniki, choćby ten, zawieszony nad ul. Husovą. Niektórzy mówią, że to Freud, ale autor rzeźby David Ccerny nazywa go "wisielcem".

 

Czytaj w Znam.to: Magia kawy ukryta w chmielu

Czytaj też na Logo24:

 

 
 

Piwo & grill - małżeństwo doskonałe 

Mieliśmy już niejeden test piw i niejedną lekcję grillowania. Ale jakoś tak zawsze oddzielnie. A przecież piwo i grill to świetny związek. Wybraliśmy więc kilka oryginalnych zestawów i spotkaliśmy się w męskim gronie, aby je ocenić. Skład jury? Znani aktorzy - Redbad Klijnstra i Andrzej Zieliński, doskonały grafik Artur Matulaniec i niżej podpisany.

  

250 lat w czerni i bieli 

Od dwóch i pół stulecia guinness nie toleruje obojętności.

Jeśli nie rzucisz od razu, to pokochasz na zawsze!

 Wielkie piwa z małej Belgii

Mówi się, że Belgowie mają 360 gatunków piwa, po jednym na każdy dzień roku.

Pięć pozostałych dni zarezerwowano dla tych, których jeszcze nie ma, ale wkrótce zostaną wymyślone. Ale to wszystko i tak nieprawda, bo belgijskich piw jest grubo ponad tysiąc.

Praga 

Praga - życiu pomaga

Pytają: do czego potrzebna mi Praga? To metropolia i sanatorium w jednym. Z ludźmi, którzy nie oszaleli na punkcie rewolucji moralnej. Którzy spokojnie piją piwo. Nie mają poczucia, że koniecznie muszą (!) być gdzie indziej. I akceptują siebie ze swymi grzeszkami. Praga życiu pomaga.

Więcej o: