Śmieszne momenty według wykresu

"Ciacho"- najnowsza komedia Patryka Vegi już w pierwszy weekend po premierze przyniosła 4 miliony złotych. Obejrzało ją 216 tys. ludzi. Film wprowadziła spółka East Pictures, której akcje są dostępne dla każdego. Jak się robi film skazany na sukces?
Z Patrykiem Vegą, wygą polskiego biznesu filmowego, rozmawia Daniel Banaczek

"Ciacho" to nowy model biznesowy w tej części Europy. Kampania była imponująca: reklamy w telewizji, Pudzianowski w koszulce "Ciacha", rzucanie ciastkami na konferencji prasowej, rozbudowana strona internetowa. Jego producent - East Pictures - wszedł na giełdę papierów wartościowych. Jedną akcję można kupić za 16 zł. Skąd taki pomysł?

- My patrzymy na "Ciacho" nie jak na film, tylko jak na brand, jak na markę, którą należy wypromować. Promocja w Polsce często sprowadza się do tego, że dystrybutor na dwa tygodnie przed wejściem filmu do kin wykupuje plakaty na ulicach i wpuszcza parę zwiastunów do TV. My - przeciwnie. Użyliśmy do promocji gigantycznej machiny. Ten film był obsługiwany przez dwie agencje reklamowe, trzy domy mediowe i przez agencję PR-ową. Nad promocją "Ciacha" pracowało chyba więcej osób niż nad jego realizacją. I ten sposób promocji okazał się całkowicie trafiony: w tygodniu wchodzącym wynik był tylko o 30 tysięcy gorszy od "Avatara".



Ale niektórzy ludzie wychodzą z filmu. Czytałeś fora?

- Czytałem fora "Avatara", o którym banda nieszczęśliwych frustratów rozpisywała się, że to największa klapa wszechczasów, więc wypowiedzi na temat "Ciacha" postanowiłem sobie darować. Na zachodzie ludzie nie używają Internetu do wyrzygiwania się na wszystko i wszystkich. W Polsce to norma. Ja kompletnie nie przejmuję się krytyką. Wiem, że "Ciacho" jest dobrym filmem i nie potrzebuje do tego stada krytyków. To zrozumiałe, że film nie może się wszystkim podobać. Ale poszedłem na trzy seanse "Ciacha" o godzinie 20 i założyłem kaptur, żeby mnie nikt nie rozpoznał. Obserwowałem reakcję ludzi. I okazało się, że 90% ludzi w kinie się śmieje. "Ciacho" jest filmem dla 80% populacji, a nie dla 20%. A za sprawą promocji stało się wydarzeniem masowym. To oczywiste to, że każdy człowiek związany z kulturą będzie chciał się do tego jakoś odnieść, coś na ten temat powiedzieć. Ale w tym momencie już nie ma znaczenia, co się mówi - ważne, że się mówi i ludzie pójdą do kina, że wyrobić sobie własne zdanie. Wytworzyła się swoista "ciachomania". Ludzie po wyjściu z seansu kłócą się przez pół imprezy - jednym film się podoba, a drugim zupełnie nie. Wturlaliśmy na szczyt góry wielką kulę i ją puściliśmy. Teraz ten film należy do widzów. My już nie mamy na to wpływu.

Słyszałem, że jesteś reżyserem skoncentrowanym na badaniach fokusowych. Stosujesz też zachodnie metody pracy reżysera filmowego. Jak wyglądał przepis na sukces "Ciacha"?

- Zawsze przed wejściem na plan robię wykres całego filmu, planując, w której minucie ludzie się mają zaśmiać, a w której mają się bać. Jeśli np. w przypadku w komedii takiej jak "Ciacho" jest za duża dziura między 10. a 17. minutą, to szukam w tym miejscu czegoś zabawnego, co spowoduje, że widzom nie przestanie spadać zainteresowanie. Następnie grupom testowym od 15. do 35. roku życia, którymi nie są ani moi znajomi, ani żadni intelektualiści zajmujący się filmem, puszczam wersję roboczą filmu, sprawdzając, czy śmieją się w tych momentach, w których mają się śmiać. Po zrobieniu poprawek pokazuję nowej grupie ludzi nową wersję i widzę, czy błędy zostały wyeliminowane.

Jaki jest przepis na "Ciacho"? Ile jest w nim Vegi, a ile Tarantino, np. gdy w jednej z pierwszych scen dziewczyna wyciąga pierścionek zaręczynowy z odbytu Tomasza Karolaka?

W scenie z pierścionkiem akurat nie było inspiracji Tarantino, bo jest z życia wzięta. Dziewczyna, która przeżyła takie oświadczyny, radziła się, bodajże na portalu Cafeteria, czy powinna się obrazić. Wiele motywów w "Ciachu" jest prawdziwych, jak na przykład scena z zaproszeniem do domu dla dzieci św. Mikołaja, który okazuje się striptizerem. To się zdarzyło znajomym.

Tomasz Kot to taki Gary Oldman z "Leona zaowodowca"?

Kot prywatnie jest przezabawnym człowiekiem. Ja nie mogę z nim wytrzymać, bo jak się z nim spotykam, to pękam ze śmiechu, słuchając jego opowieści. Więc sam pomysł demonicznego Kota, będącego czarnym charakterem, wydawał się absurdalny. Zmieniliśmy go, wycinając mu zakola na głowie, żeby go postarzyć. Z przodu doczepiliśmy mu włosy, żeby stworzyć postać niechlujnego policjanta. Na zasadzie wielu prób stwierdziliśmy, że ta postać najlepiej wygląda w lnianych garniturach, co zbiega się z postacią Gary'ego Oldmana w "Leonie zawodowcu", ale również z Donem Johnsonem z "Miami Vice".

Marcin Dorociński, kreując swoją postać w "Pitbullu", spiłował sobie ząb. W "Ciachu" Tomasz Karolak zakleił swoją słynną przerwę między zębami. To kolejny gag?

To nie jest gag. W filmie najważniejsze jest opowiadanie, ważniejsze nawet niż gra aktorska. Wychodząc od postaci bohaterów, wiedzieliśmy, że bohater kreowany przez Karolaka jest pedantem, jest w punkcie, gdy trochę nudzi go życie, ma pieniądze, zna się na modzie, szyje sobie na zamówienie garnitur. Ktoś tak perfekcyjny zlikwidowałby sobie przerwę między zębami na 100 proc. Ta szczerba nas uwierała w wizerunku postaci, więc trzeba ją było zlikwidować.

Skąd pomysł na Karolka, czyli zdziecinniałego Rambo, którego w "Ciachu" gra Paweł Małaszyński?

Pomysł na Małaszyńskiego wyszedł od prawdziwego policjanta, którego poznałem na etapie kręcenia "Pitbulla". On strasznie marzył o tym, żeby dostać się do sekcji bombowej brygady antyterrorystów. Testy fizyczne zdawał na piątkę, ale za każdym razem odpadał na testach psychologicznych. Na pytania typu "Co robisz, kiedy terroryści przejmują grupę zakładników?" ten policjant odpowiadał "Absolutna eliminacja wszystkich". Kiedy się o tym opowiada, trudno sobie wyobrazić, że taki policjant istniał. Gdy z Pawłem zaczęliśmy się zastanawiać, jak obronić taki absurd w konstrukcji bohatera, stwierdziliśmy, że ma to być duże dziecko, człowiek, który ocenia całą rzeczywistość z perspektywy 12-latka. To ustawiło nam cały film. Potem problem polegał na tym, żeby Paweł tę postać wiarygodnie wykreował.

Łatwo było przekonać Małaszyńskiego, amanta ostatniej polskiej dekady filmowej, do takiego "zdziecięcenia"?

Paweł, przygotowując się do tej roli, obserwował swojego kilkuletniego syna. Niesamowite było, jak wszedł w tę postać. Był Karolkiem nawet w trakcie przerw obiadowych na planie. Zmienił swój sposób poruszania się i wyglądał rzeczywiście jak głupek. Nie mogłem się z nim normalnie komunikować, bo miałem wrażenie, że rozmawiam z dużym dzieckiem.

Dobrze, że mu tak nie zostało. Widziałem go na premierze filmu i wyglądał normalnie.

Nie zostało, ale Paweł prywatnie ma dużo z tego Karolka. Jeśli chodzi o fascynację kinem i taką naiwność, nie ma w nim niczego napuszonego. Jest normalnym, fajnym facetem. Kiedy idziemy na obiad z naszymi rodzinami, to on siedzi przy stole i gra w grę elektroniczną. Więc myślę, że jakiś odprysk Karolka jest również w nim.

Dalej jeździsz jaguarem?

- Teraz mam samochód Jamesa Bonda - Aston Martin DB9, 6 litrów. To jest statek kosmiczny! Kiedy do niego wsiadam, to czuję, jakbym wkładał strój Spider-Mana. To jest też nieprawdopodobne dzieło sztuki. Przyznam, że samochody strasznie mnie kręcą. Ale przez 10 lat jeździłem autobusami. Wolałem jeździć komunikacją miejską niż byle czym. Wreszcie, w wieku chyba 28 lat, kupiłem mercedesa, G klasę. Potem był jaguar. Teraz jest aston martin. Następne będzie ferrari.

Co Ci dają te samochody? To gadżety, którymi możesz popisać się przed znajomymi, czy bardziej chodzi o adrenalinę, którą daje prędkość?

- Dla mnie to genialna inwestycja. Po zakupie takiego auta mam przez pół roku eksplozję uśmiechu i fantastyczny humor. Sam fakt jeżdżenia tym samochodem poprawia mi nastrój i działa na mnie energetyzująco. Musiałbym odwiedzić bardzo dużo salonów SPA, żeby się do takiego samopoczucia zbliżyć.

Ale jeżdżę bardzo bezpiecznie, zgodnie z przepisami. Aston to nie jest samochód dla napalonego gówniarza, bo łatwo się nim rozwalić - osiąga 100km/h w 4,5 sek. Trzeba przejść w życiu swoje i wyszumieć się, żeby jeździć takim samochodem.

Kim jest Patryk Vega?

Tak naprawdę nazywa się Patryk Krzemienicki (zmienił nazwisko ze względu na planowaną karierę międzynarodową). 33-letni reżyser i scenarzysta jest samoukiem (skończył socjologię w Collegium Civitas). Zawodu uczył się na planach filmowych. Sławę przyniósł mu "Pitbull". Reżyserował seriale takie jak "Kryminalni" czy "Twarzą w twarz".