Czuję energię Polski B

Po obsypanym nagrodami albumie "Debiut" i hicie "Maszynka do świerkania" przyszedł czas na oczekiwany "POP" - najnowszą płytę zespołu Czesław Śpiewa. - Jest o Polsce B i o znikającej miłości - zapowiada sam Czesław
Z Czesławem Mozilem rozmawia Artur Tylmanowski

Czujesz się już polskim dobrem narodowym?

- Tak, czuję się osobą, której Polska potrzebowała (śmiech). Kimś, kto niekoniecznie zaszkodzi Polsce i jej muzycznej scenie. Czy dobrem narodowym? To niech ocenią inni. I jeśli za 10 lat ludzie włączą moją płytę, teledysk, i powiedzą "Kurcze, fajne rzeczy ten Czesiu robił", to wtedy będę mógł tak powiedzieć.



Jeśli w polskiej edycji "Milionerów" pada pytanie "Na czym gra Czesław Mozil?", to chyba już teraz dostrzeżono twoją obecność.

- Sam się zdziwiłem, zwłaszcza że to było pytanie za milion. Nagle stałem się częścią popkultury telewizyjnej, mimo że na co dzień raczej mnie w niej nie ma. Ja nie biorę udziału w "Tańcach na lodzie", więc dzień po "Milionerach" wszyscy już zdążyli zapomnieć, kim jest Czesław Mozil. A właściwie nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zasiąść np. w jury "Jak oni śpiewają". Mam za sobą studia muzyczne, znam się na tym, mogę oceniać.

Zarobiłeś już pierwszy milion?

- Coś ty! A widziałeś, jakim samochodem jeżdżę? Spłacam na razie kredyt za dwa pokoje na Pradze. Nawet kuchni się jeszcze nie dorobiłem. Milionerzy nie biorą kredytów na mieszkanie.

Pamiętam, jak rozmawialiśmy tuż przed wydaniem "Debiutu" i miałeś wtedy jakieś duże kłopoty finansowe.

- Tak. Wtedy się trząsłem, bo nie wiedziałem, czy sprzedam moją zadłużoną knajpę w Danii. I gdybyś mnie dwa lata temu zapytał, czy dostanę kiedykolwiek kredyt na mieszkanie, odpowiedziałbym, że nigdy. Mam trzydziestkę i jestem ciężko pracującym człowiekiem. Lubię też, niestety, szastać pieniędzmi. Oszczędzać nie potrafię, choć próbuję. Czy w Polsce myślą, że jak cię pokażą w telewizji, to jesteś milionerem?

Trochę tak to funkcjonuje.

- Więc jeśli kiedyś wystąpię w reklamie, to będę mógł żyć przez rok z kasy za nią i tworzyć dokładnie taką muzykę, jaką chcę.

W Polsce mieszkasz na stałe od trzech lat. Nie zniechęca cię tutejszy show-biznes?

- Pamiętam rozmowę z Budyniem z Pogodno - powiedział, że nasza branża jest bardzo różna, ale jednocześnie jest jak jedna wielka rodzina: nie wszyscy musimy się znać, a nade wszystko kochać. I to prawda. Ja chcę grać dla ludzi, tak samo jak Paulla czy Candy Girl. Ale każde z nas robi to inaczej i każde z nas ma na tej scenie miejsce dla siebie.

Numery z płyty "POP", tak jak i z wcześniejszego "Debiutu", nie są wesołe. One nie dają nadziei na lepsze jutro.

- Nie są wesołe, bo życie przecież nie jest łatwe. Ale ludzie często do mnie przychodzą i mówią, że te kawałki ich śmieszą.

Ale inni przy nich płaczą. A co ciebie wzrusza?

- Scena, w której Bruce Willis ratuje świat w "Armageddonie". Niby kiczowate, ale za każdym razem mam oczy mokre od łez. Tak samo płaczę na "Requiem for a Dream".

A z tęsknoty za Danią?

- Jasne. Ale sprytny jestem, bo największych przyjaciół wziąłem do zespołu. No, i poznałem w Polsce cudownych, serdecznych ludzi. Chodzi o uśmiech. Polska jest krajem wielu absurdów, ale jakoś to wszystko tutaj hula i ma swoje miejsce.

W dwóch piosenkach pokazujesz też Polskę B. I w takich małych miejscowościach, daleko od centrum, dużo koncertujesz.

- Tak, bo ta Polska B jest bardzo ważna! To miejsca z energią. Wyobraź sobie, że na koncert przychodzi 40 osób, bo tyle może się pomieścić w tym klubie. Ale tworzą cudowny klimat. Mają swój miały świat w rejonach, które bardzo kochają.

Jak ci się udało namówić Nergala, żeby na twojej płycie zaśpiewał po polsku? Nie przypominam sobie drugiego polskiego artysty, dla którego lider Behemotha zrobiłby taki wyjątek.

- Napisałem do Nergala e-mail, że "mam fajną piosenkę, słyszę w niej jego i jest w tym utworze również patos". Dołączyłem piosenkę. On zapytał tylko: "Kiedy i jakie studio?". Poznaliśmy się na koncertach Behemotha w Danii kilka ładnych lat temu. Wtedy dawałem Nergalowi płyty z moimi piosenkami. Spodobały mu się. I teraz w jednej słychać jego głos.

Kupiłeś mieszkanie w Warszawie, ale mieszkasz również w domu rodziców w Krakowie. Jak przyjęła cię krakowska bohema? W numerach "O tych w Krakowie" i "Dziewczyna z branży" parodiujesz trochę tamto środowisko.

- Mieszkam tam, ale chyba nigdy nie będę krakowskim artystą. Nie należę do tego towarzystwa. Oczywiście drzemie w nim mnóstwo talentu, ale ja nie lubię snobizmu w sztuce. Mam dystans do tego i z przymrużeniem oka śpiewam coś w stylu: mam 50 lat, siedzę w jednym z kultowych krakowskich lokali i nawijam jakieś 20-latce, że 30 lat temu miałem hit "Maszynka do świerkania". A tak skończyć na pewno nie chcę.

Jaki będziesz za te 30 lat?

- Widzę maluteńki domek na wsi, z szybkim internetem. i grami video. Siedzę sobie przed telewizorem albo w wannie i gram. Pełen chill out. Od czasu do czasu wpadają do mnie dzieci. Nie widzę żony, ale dzieci czasami wpadają pogadać i zobaczyć, czy mam jakiś nowy "record".

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Czuję pociąg do piosenek o kolei
  • Kortowiada to od kilku lat jedna z najbardziej znanych imprez młodzieżowych w Polsce Juwenalia, juwenalia, kto się uczy, ten kanalia
  • Apokaliptyczny dźwięk supernowej

Polecamy