Nie interesuje mnie polityka

22 października do polskich kin trafi nagrodzony w Wenecji ?Essential Killing? Jerzego Skolimowskiego. Słynny, ekscentryczny reżyser odcina się, jakoby film był polityczny czy symboliczny. Dla niego liczy się pięknie namalowany obraz
Z Jerzym Skolimowskim w Wenecji rozmawia Mariola Wiktor.



Mariola Wiktor: "Essential Killing" zaczyna się jak kino akcji i polityczny thriller. Bohaterem jest Afgańczyk, który w obronie własnej zabija trzech amerykańskich żołnierzy. Trafia do niewoli, jest torturowany. Trudno więc uniknąć politycznych interpretacji.

Jerzy Skolimowski: - To nie jest film polityczny, bo nie dokumentuje żadnych istniejących sytuacji. Traktuje to w kategoriach baśni, fantazji, przypowieści. Nie mam wpływu na to, jak film będzie odbierany.

Chce pan powiedzieć, że to przypadek, że następnego dnia po projekcji pana filmu w Wenecji CIA oficjalnie ogłosiło informacje o istnieniu tajnych więzień amerykańskich dla terrorystów w Europie Wschodniej?

- (śmiech!) To naprawdę przypadek. Zabawny, bo ja nie mam z CIA nic wspólnego. Kiedy po "Czterech nocach z Anną" zamierzałem nakręcić kolejny film w mazurskich lasach, gdzie mieszkam, dowiedziałem się, że na pobliskim lotnisku Szymany lądowały samoloty CIA. Teraz zostało to publicznie potwierdzone. Jednak nawet i wtedy nie chciałem robić filmu politycznego. Pomyślałem jedynie, co by się stało, gdyby podczas transportu więźniów z lotniska do obozu wydarzył się wypadek i z furgonetki uciekłby jakiś skuty i bosy człowiek. W zimną, śnieżną noc. To tylko fantazja. Nie ma jak dotąd potwierdzenia, że coś takiego, jak ucieczka więźnia wydarzyło się naprawdę, choć nie można takiej ewentualności całkiem wykluczyć

W pewnym momencie dla widza przestaje być ważne czy Mohammed jest talibem i jakie ma poglądy polityczne. Przejmuje go za to tragedia człowieka zaszczutego, ściganego, walczącego o przetrwanie. Może więc wystarczyłby zwykły polski więzień. Po co ten efekt obcości?

- W rysach twarzy Vincenta Gallo jest coś takiego, co jest trudne do identyfikacji. Nie wiadomo skąd on jest. Liczyłem na to, że nawet jeśli Vincent nie będzie odebrany jako rodowity Arab czy Muzułmanin to i tak zawsze będzie inny, ani stąd ani stamtąd. Zresztą to mógłby być ktoś taki, jak np. John Walker Lindh, słynny Kalifornijczyk, który został talibem i przyłączył się do oddziałów Osamy ben Ladena. W wieku 25 lat wyjechał z USA i słuch o nim zaginał. Dopiero po latach złapali go Amerykanie i przywieźli do Stanów. Lindh to mogłaby być postać grana przez Vincenta. To ktoś, kto nadawałby się na przybysza zadomowionego w Afganistanie.

Czy to pan czy producent Jeremy Thomas wpadł na pomysł, by rolę Mohammeda powierzyć Vincentowi Gallo?

- To był mój pomysł. Myśmy się znali prywatnie z Kalifornii. Ponownie spotkałem się z Vincentem w zeszłym roku w Cannes, gdzie promował film Coppoli "Tetro". Zobaczyłem go, jak nadchodzi z głębi korytarza w hotelu i uderzyła mnie jakaś zwierzęcość w jego ruchach. Pomyślałem, że to jest w nim świetne i może mi się przydać. On również prywatnie jest antypatyczny, nie jest typem "czarusia", nie lubi się wdzięczyć i to wydało mi się także bardzo ważne. To był pierwszy aktor, który mi przyszedł do głowy. Zaproponowałem mu rolę, a on zgodził się po dwóch godzinach. Nie widział moich "Czterech nocy z Anną", ale oglądał wcześniejsze filmy.

A czy Emmanuelle Seigner to też był pana pierwszy wybór?

- Poznałem ją jeszcze jak była nastolatką. Zawsze wiedziałem, że jak będę robił film, w którym znajdzie się rola dla niej to fajnie będzie razem współpracować. Niestety moment, w którym jej potrzebowałem był dość niefortunny. To było wtedy gdy Roman Polański został aresztowany. Zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że jeśli mi odmówi to zrozumiem i nie będę miał żalu. Jednak Emmanuelle zgodziła się od razu. Stwierdziła, że ta rola pomoże jej wyrwać się na chwilę ze stanu psychicznej depresji i stresu, jakie przeżywała.

Czy ma pan poczucie, że tym filmem pan z kolei wyrwał się z artystycznego getta, jak gdzieś o panu przeczytałam?

- To jest taki powtarzający się cykl. Przecież ja robiłem w życiu filmy bardzo duże i bardzo małe. Jak zrealizuję dobry kameralny film, to mi potem proponują duży z większym budżetem. Kiedy robiłem większe, to mi zlecano jeszcze bardziej spektakularne. Kiedy coś "schrzanię", to potem znów spadam do parteru i muszę zaczynać od nowa, od małego filmu. To jest nieustannie powtarzający się proces.

No ale "Essential Killing" pan z pewnością nie "schrzanił". To jeden z pana najlepszych filmów. Nagrodzony Srebrnym Lwem w Wenecji. Domyślam się, że zainteresowanie filmem na świecie jest ogromne. Ciekawe, czy tak jak po sukcesie "Czterech nocy z Anną" rok temu w Cannes - teraz posypią się nowe propozycje?

- Już w Wenecji, jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu, zainteresowanie zakupem filmu wyraziło wiele krajów, min. Francja, Włochy, Wielka Brytania, Niemcy, państwa skandynawskie, Japonia. To nie jest jednak tak, że po sukcesie "Czterech nocy z Anną" posypały się interesujące oferty. Owszem było ich sporo, ale nie zainteresowały mnie. Dopiero kiedy sam wpadłem na pomysł "Essential Killing" zacząłem szukać możliwości realizacji.

Ciekawi mnie, jak zagraniczni widzowie będą odbierać symbolikę zawartą w przepięknie sfotografowanych przez Adama Sikorę kadrach. Myślę na przykład o krwi na białym koniu albo o zygzakowatym śladzie w śniegu, który pozostawia za sobą uciekinier.

- Ależ w tej krwi na białym koniu nie ma żadnej ukrytej symboliki, żadnej aluzji do polskości. To, co mnie urzekło jako malarza to zestawienie barw. Krew czerwona, koń i śnieg biały, ciemny las. Ślad człowieka na śniegu mam nadzieję, że zostanie odczytany jako bardzo uniwersalna metafora napiętnowania, niemożności ucieczki od swojego losu, przegrania tej walki. Chciałbym, by widzowie dostrzegli, że podobnie jak w "Czterech nocach z Anną" i moich wcześniejszych filmach wciąż nurtuje mnie problem niemożności zbliżenia się, przebicia do drugiego człowieka. Rozpaczliwa próba, skazana na niepowodzenie, a jednak nieustannie podejmowana.

Dlaczego "Essential Killing" dopiero w ostatniej chwili, już po ogłoszeniu listy filmów konkursowych znalazł się na niej? Widać z tego, że organizatorom bardzo zależało na tym filmie...

- Organizatorzy festiwalu weneckiego widzieli jeszcze roboczą wersje, której nie można było praktycznie pokazać nawet komisji konkursowej. Dopiero, kiedy mieli gwarancję, że zdążymy i przygotowujemy kopię na festiwal, wówczas mogli przedstawić film komisji i ogłosić, że bierze udział w konkursie. Jednak do ostatniej chwili nie było to pewne, ponieważ mieliśmy bardzo skomplikowany proces techniczny. Składały się na niego efekty specjalne robione w Warszawie oraz dźwięk realizowany w Dublinie, a także koloryzacja kopii, jaką wykonywano w Krakowie. Ciężko to było wszystko zgrać na czas, ale się udało.

A co teraz? Jakie ma pan plany?

- Na razie żadnych filmowych. W tej chwili czeka mnie wiele podróży promocyjnych. Film jest zapraszany na wszystkie ważniejsze festiwale. Jednak będę wybredny w wyborze miejsc. Zrezygnowałem z przyjazdu do Toronto, ale pojadę do Rio de Janeiro, bo w Brazylii jeszcze nigdy nie byłem. Później w październiku polecę do Tokio. No a jak już to festiwalowe szaleństwo minie, to może wrócę do malowania. Ostatnio w ogóle nie miałem na nie czasu.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Bartosz Stroiński i Jakub Ciecierski na podwórku 5-10-15 przy ul. Mokotowskiej 73 5-10-15 zaraz się skończy?
Skomentuj:
Nie interesuje mnie polityka
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy