Gazeta.pl > Logo24 >  Po robocie

Śruba po łącku czyli Łącka Sliwowica

ZLLL
21.12.2010 11:07
A A A Drukuj
Nielegalny alkohol, o którym słyszała cała Polska. Śliwowica łącka. Niestety, w Łącku łatwiej kupić podróbkę niż oryginalny trunek.
Ale kiedy się już uda...
Wtedy "daje krzepę, krasi lica, nasza łącka śliwowica". Tak mówią górale.
I to szczera prawda.

 

 

Półlitrowa butelka łąckiej śliwowicy to polska historia w płynie, ze wszystkimi jej paradoksami i nieoczekiwanymi zwrotami akcji, które u obcokrajowców powodują mętlik w głowie. Bo ten tradycyjny góralski trunek wymyślił łącki Żyd. Jego zabili hitlerowcy, a gorzelnię zniszczyli sowieci.

Ze śliwowicą po wojnie zaciekle walczyli komuniści. Jak przyszła wolność, to się okazało, że demokratycznie wybrana władza nie ma zamiaru produkcji śliwowicy zalegalizować. Górale narzekają, ale dla miastowych kupno prawdziwej śliwowicy to przygoda!

 

 

Śliwkowa okolica

 

Skąd się wzięła ta śliwowica? - W archiwum w Krakowie jest dokument, który potwierdza, że Samuel Grossbard ma prawo pędzić śliwowicę w gorzelni w Łącku - mówi wójt Franciszek Młynarczyk. - O wcześniejszych czasach wiarygodnych przekazów nie ma - rozkłada ręce. O śliwowicy opowiada z pasją, bo od 20 lat walczy jak lew o jej legalizację.

Ma wprawdzie na głowie skutki sierpniowej powodzi, która zniszczyła kilka wsi w gminie, ale na rozmowę o śliwowicy zawsze znajdzie chwilę. - Powiedziałem, że skończę z wójtowaniem, dopiero jak zalegalizuję śliwowicę - mówi twardo.

Na ścianie jego gabinetu wisi dyplom Polskiej Organizacji Turystycznej za promowanie tego napoju. W aktach ma potwierdzenie, że śliwowica została uznana za niematerialne dobro kultury. Ma dokumenty z pieczęcią ministerstwa rolnictwa, że śliwowica ma status napoju tradycyjnego. Co z tego, skoro produkcja i sprzedaż śliwowicy są nadal nielegalne. Wójt zżyma się, że interes zwietrzyli oszuści, którzy sprzedają podróbki łąckiej śliwowicy, a on nic nie może zrobić, bo i podróbka, i oryginał są tak samo nielegalne.

 

śliwowica

Mocna, że hej! 70 procent alkoholu piecze w gardle jak diabli!

 

Receptura na prawdziwą śliwowicę powstała na początku XX wieku. A potem pracownicy gorzelni podpatrzyli metody i zaczęli pędzić śliwkowy bimber w domach. - Ale przecież śliwowica nie wzięła się znikąd - zauważa przytomnie Bernadetta, która oprowadza nas po Izbie Regionalnej w Łącku, gdzie znajduje się m.in. zbiór starych etykiet z krasilicy (tak inaczej górale mówią na śliwowicę).

I opowiada, że o Łącku pisał już Jan Długosz. Wiadomo również, że tutejsze śliwki spławiano Wisłą do Gdańska od XVII wieku. Pewnie więc górale coś z tych owoców pędzili. - I może stąd pomysł na gorzelnię tutaj - zastanawia się Bernadetta.

 

 

 

Ojcowie założyciele

 

W każdym razie gorzelnię na parafialnych gruntach zbudowała rodzina Grossbardów na przełomie XIX i XX wieku. Mieszkańcy Łącka i okolic pracowali w tej gorzelni, a po godzinach pędzili domową odmianę trunku. Gdy w Łącku powstawały nowoczesne sady, miejscowy ksiądz proboszcz chętnie w ramach pokuty kazał sadzić drzewka. Śliwek więc w okolicy nie brakowało. Potem przyszła II wojna światowa. Właścicieli gorzelni i łąckich Żydów wywieźli hitlerowcy. Budynek gorzelni padł ofiarą wyzwoleńczego zapału krasnoarmiejców. Sowieci wysadzili ją w powietrze. Biorąc pod uwagę zamiłowanie sołdatów z czerwoną gwiazdą na furażce do mocnych alkoholi, była to dziwna decyzja.

Śliwowica jednak przetrwała. Bo mieszkańcy Łącka dalej pędzili trunek w domach. Łatwo nie było, bo śliwowica znalazła się na celowniku komunistów. - Trzeba było uważać. Ormowcy i inne diabły tropili sprzęt do produkcji. Jak znaleźli fermentujące śliwki, to najpierw wlewali ropę. Potem był zakaz, to sól sypali. Jak się szybko człowiek uwinął i zebrał z wierzchu słone śliwki, to jeszcze dawało się uratować śliwowicę - opowiada jeden z górali, zaglądając do niebieskiej plastikowej beczki pełnej śliwek. W pomieszczeniu przy stodole unosi się zapach śliwowicy. - To beczka tak pachnie. Śliwki wrzuciłem wczoraj, jeszcze nie zaczęły fermentować - śmieje się góral.

śliwowica

- Bywało gorzej - rzuca drugi, również anonimowo, bo też właśnie nastawił beczkę śliwek do fermentacji i nie chce kusić licha i policji. Opowiada, jak w latach 60. jego rodzina zapłaciła karę za pędzenie śliwowicy - równowartość krowy. - Majątek. Ale i tak wszyscy pędzili. Jak nie w stodole, to w lasach - opowiada.

Uparci górale się nie dali. O PZPR i ORMO nikt już nie pamięta (a wielu nie potrafiłoby już prawidłowo odcyfrować tych skrótów), a śliwowica stała się sławna na całą Polskę. Miejscowi mówią, że teraz jest mniej nielegalna niż kiedyś. - My udajemy, że jej nie pędzimy, policja udaje, że nie widzi - śmieje się jeden z górali. Anonimowo, wiadomo. Wiadomo też dlaczego.

 

 

Uwaga na podróbki

 

O śliwowicy łąckiej słyszeli wszyscy. Kto jest na wakacjach w górach, wsiada w auto i podjeżdża na ryneczek w Łącku. Tam pod rzeźbą świętego Floriana kupuje butelczynę. - I daj Bóg, żeby nic mu się nie stało - macha ręką jeden z mieszkańców wsi Kicznia pod Łąckiem. W Kiczni - zgodnie twierdzą wszyscy - są najlepsze śliwki i najlepsza śliwowica. Więc kicznianin wie, co można kupić na ryneczku w Łącku: rozcieńczony spirytus zaprawiony aromatem śliwkowym. Spirytus bywa przemysłowy, dlatego pół litra kupisz za 20 zł.

Żeby kupić prawdziwą śliwowicę, trzeba wysiąść z samochodu na dłużej. - Wiadomo, czy to nie jakiś agent Tomek chce kupić butelkę? - śmieją się górale. Bo żeby kupić prawdziwą śliwowicę, trzeba wzbudzić zaufanie. Na forum www.wino.org.pl można przeczytać opowieści o butelkach kupowanych na stacji benzynowej z bagażnika starego poloneza. Butelkach pełnych jakiegoś świństwa.

Prawdziwą śliwowicę kupimy, gdy zatrzymamy się w Łącku lub okolicy na kilka dni. Kiedy nasz gospodarz zobaczy, że nie zadzieramy nosa, szepnie, kto sprzedaje śliwowicę. Albo sam przyniesie butelczynę. Nie kręćmy wtedy nosem. Prawdziwa śliwowica kosztuje gdzieś 30-35 złotych za pół litra. I jest warta każdej wydanej złotówki.

śliwowica

Prawdziwą śliwowicę kupisz, gdy zatrzymasz się w Łącku na kilka dni, a gospodarz zobaczy, że nie zadzierasz nosa. Wtedy szepnie, kto ją sprzedaje.

 

 

Bardzo mocna herbatka

 

Śliwowicy należy się szacunek. Ja po kozacku nalałem sobie do pełna kielonek i wychyliłem go jak zwykłą wódkę. A śliwowica ma ponad 70 procent alkoholu. I piecze w gardle jak diabli. - Bo to się z herbatką pije - pokręcili głową moi gospodarze.

Przepis jest taki. Najpierw parzymy mocną herbatę. - A najlepsza jest lipowa, ze świeżych kwiatów lipy - rozmarzyli się górale. - Ale lipton też może być.

Herbata musi być słodka: dwie łyżeczki cukru na pięćdziesiątkę śliwowicy. Mieszamy i dolewamy alkohol. Herbata pachnie śliwkami i dobrym bimberkiem. Po każdym łyku czuć na języku przyjemne pieczenie, a po żołądku rozlewa się miłe ciepło. Pycha!

 

śliwowica

Do herbaty sypiemy dwie łyżeczki cukru na pięćdziesiątkę śliwowicy. Palce lizać.

 

Ale trzeba uważać. Pierwsza herbatka uderza do głowy z siłą halnego. Robi się jasno, nogi miękną, a język lekko się plącze. Trzeba odczekać. I można wypić drugą herbatkę. Druga jest równie pyszna, ale już tak nie zwala z nóg. A kolejne... - Jak są mocne herbatki, to czwarta jest ostatania - tłumaczą mi górale.

A następnego dnia wystarczy napić się wody i śliwowica zwala z nóg ponownie. Śruba - tak na to się mówi w Łącku. Czemu tak jest? - Nie wiadomo. To mocne jest, więc pewnie alkohol czai sie jeszcze z żyłach - uśmiechają się. Przy śliwowicy można usłyszeć opowieści o młodych góralach, którzy popili, a następnego dnia ruszali do pracy ma warszawskich budowach. Na kaca brali wodę mineralną. I pod Krakowem śruba zbijała ich z nóg.

 

 

Rozkosz jednak nielegalna

 

Ja, mimo starań moich gospodarzy, zachowałem rozsądek. Następnego dnia śruba mi nie groziła. Gdy pakowałem auto, rzuciłem butelkę śliwowicy na tylne siedzenie. - Nie kuś losu - poradził mi znajomy góral i przykrył flaszkę kurtką. - Policja zauważy i co im powiesz? - rzucił. - A tak będziesz miał lek na grypę - mrugnął okiem. Podobno bowiem herbata ze śliwowicą powstrzymuje przeziębienie. - Podobno. Trzeba ją wypić i z żoną pod pierzynę wskoczyć. I najlepiej żonie też herbatkę zrobić. Wtedy łatwiej wypocić chorobę - tłumaczyli mi górale.

Idzie jesień. Sprawdzę.

 

śliwowica

Na nasłonecznionych stokach górzystych okolic Łącka, niczym śródziemnomorskie winogrona, dojrzewają słodkie śliwki węgierki.

 

Ciemne chmury nad Łąckiem

 

W gminie z roku na rok zbiera się coraz mniej śliwek. Górale twierdzą, że ich produkcja po prostu się nie opłaca. Do tego w okolicach Łącka drzewa zarażone zostały groźną chorobą, szarką.

Zarażone owoce wcześniej opadają, nie nadają się ani do jedzenia, ani do produkcji śliwowicy. Niestety, żadne szczepienia i nasadzenia nowych rodzajów węgierki nie pomogły. Według urzędu gminy jedynym ratunkiem byłoby wycięcie sadów i ponowne ich założenie po kilku latach.

 

 

śliwowica Jak to się robi

 

Górale czekają na zbiór śliwek jak najdłużej. Kiedyś do października, teraz zbiera się owoce nawet na początku września. Muszą być bardzo dojrzałe, lekko pokryte naturalnymi drożdżami.

W Łącku i okolicach sadzi się tylko węgierki. Miejscowe zbocza są świetnie nasłonecznione. Lokalny mikroklimat, mało opadów i późne przymrozki powodują, że śliwki są soczyste i słodkie.

Owoce wrzuca się do beczek - bez żadnych dodatków. Śliwki fermentują około miesiąca. Kiedy fermentacja się skończy, płyn zlewa się do parowników i dwukrotnie destyluje. Na Boże Narodzenie śliwowica jest gotowa. Ze 100 kg owoców dostaje się najwyżej 5 l trunku.

Kiedyś przechowywano go w dębowych beczkach, teraz w szkle. Dąb dawał śliwowicy charakterystyczny żółty kolor, ale, zdaniem górali, w beczkach zanikał piękny śliwkowy aromat.

 

 

Tekst: Piotr Hykawy-Zabłocki

Zdjęcia: Robert Kowalewski, Łukasz Falkowski, materiały prasowe (montaż)

 

 

Czytaj też na Logo24:

 

Dla pani gamza albo cotnari. Dla pana bałtyk albo żytko, bezwarunkowo w literatkach. Jeśli w lokalu, to np. z meduzą. Bo w bramie to raczej patyk i z gwinta.

To jakiś szyfr?

Nie, to tylko wspomnienie naszych najważniejszych alkoholi i alkoholowych obyczajów z ostatnich lat. Powiedzmy, że około czterdziestu...

W tym roku lato jest gorące jak nigdy. To znaczy, że piwo musi być wyjątkowo zimne i orzeźwiające. Klasyczny lager? OK.

Ale na upały mamy coś absolutnie specjalnego. Jest musujące, delikatnie chmielone, naturalnie mętne i leciutko kwaskowe. Pachnie goździkami, bananami, cytrusami, wanilią.

Panowie - czas na piwo pszeniczne!

Ze śliny, węża i robaków - dziwne alkohole

Jest rzeczą niepojętą, jak wielka jest inwencja ludzka w wymyślaniu napojów alkoholowych. Wódka z końskiego mleka, z robaków lub jaszczurek, z przeżutej przez stare kobiety kukurydzy? Wszystko, o czym marzysz - a raczej wszystko, co tylko koszmarnego może ci się przyśnić.

Wytwarzane tradycyjnymi metodami, bez polepszaczy, konserwantów i dodatków smakowych. Nasze, polskie, swojskie.

Nie jadłeś? Spróbuj!

Komentarze (1)
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX