Wierzę w metodę tych małych kroczków

Zmienił fryzurę, rozkręca swoją karierę na Słowacji i marzy, by tworzyć muzykę do amerykańskich filmów. Ale Piotr Rubik nie zapomina też o polskich fanach. W sylwestra w warszawskiej Sali Kongresowej wystąpi jako dyrygent ponad 100-osobowego chóru i wokalista.
Z Piotrem Rubikiem rozmawia Artur Tylmanowski

Znowu zmienił pan image. I to tak bardzo, że kiedy niedawno przeszedłem obok, to pana nie rozpoznałem. Nowy wizerunek na nowy etap w życiu?

- Kwestia zdrowia i wygody. Włosy niefarbowane wystarczą na o wiele dłużej, a mi jest z nimi łatwiej, bo nie muszę ich prostować. Ale jak się przekonałem, nie ma to żadnego wpływu ani na muzykę, którą tworzę, ani na koncerty, które gram, ani na rozpoznawalność. Czyli kompletnie nic się nie zmieniło.



Szykuje się pana specjalny sylwestrowy koncert w Sali Kongresowej. Co znajdzie się w jego programie? Podobno pan nawet zaśpiewa.

- Zestaw moich największych przebojów ze wszystkich dotychczasowych płyt. I będzie jedna piosenka, którą śpiewam, czyli ta z płyty "Habitat". Na scenie pojawi się 110 osób, czyli skład z jakim zwykle koncertujemy w Polsce i za granicą.

Mija 5 lat, od kiedy zaczął się boom na pana muzykę. Zaraz po debiucie określono pana jako "Mandarynę muzyki poważnej", a pana muzykę jako "połączeniem tandetnego musicalu i sacro popu". Była frustracja?

- Frustrację czują ludzie, którzy coś takiego piszą. Szkoda. Mamy piękny kraj a w nim najpiękniejsze kobiety na świecie, a mimo to ciągle jest tu tak wielu smutnych ludzi. Moja teoria jest taka, że każdy odniesiony sukces rodzi zazdrość. I kilku osobom w tym kraju nie jest w smak, że wszystko u mnie jest OK. Nie przejmuję się tym, bo na salach koncertowych widać, że mam wierne grono słuchaczy.

A może było w tym trochę pana winy? Określił pan swoich krytyków mianem "niedouczonych recenzentów", którzy tak naprawdę nie mają przeciw pańskiej muzyce żadnego argumentu.

- Bo to prawda. Część z tych osób znam ze szkoły muzycznej. Razem ze mną startowali, ale talentu za bardzo nie mieli. Mieli za to żal. Gdyby te recenzje były złe, ale podparte jakimiś konkretnymi argumentami, to mógłbym jakoś się do tego odnieść. Ale merytoryczne recenzje od razu trafiają na ostatnie strony. A jak się rzuci kilka obraźliwych słów, jakąś kontrowersję, automatycznie recenzja trafi wyżej. Ja mam do tego dystans.

Jednak musi pan przyznać, że ten wielki boom na pana muzykę trochę minął. Nie poznała się Polska na panu?

- Czy to jest Sting, Rubik czy Lady Gaga, to zawsze na początku jest wielki boom. Artysta jest wszędzie w nadmiarze. A potem jest normalnie. I właśnie w tej chwili jest normalnie. Ale i tak gramy bardzo dużo. W 2010 roku zagraliśmy ponad 40 koncertów, bardzo duże przedsięwzięcia. A taki boom na Rubika jak u nas pięć lat temu trwa właśnie na Słowacji. W listopadzie w Koszycach zagraliśmy w największej hali na Słowacji - było 8 tys. osób, a bilety całkowicie się wyprzedały.

Dlaczego akurat nasi południowi sąsiedzi tak pana pokochali?

- To fenomen. Nie robiliśmy tam żadnej promocji: wszystko rozeszło się pocztą pantoflową. Słowacy najpierw zaczęli przyjeżdżać na koncerty do Polski. Aż wreszcie stwierdzili: zaryzykujemy i zrobimy koncert u siebie. Mój pierwszy koncert na Słowacji zorganizowali fani! Nie ma mnie w tamtejszych mediach, ale kiedy wejdzie się na tamtejszy portal sprzedający bilety, to na pierwszym miejscu jest Piotr Rubik. Bon Jovi jest trzeci!

Więc pan działa na dwóch frontach. Jeden otwiera pan w Europie a drugi desant szykuje również w Ameryce...

- Priorytetem nr 1 na 2011 rok jest dla mnie ekspansja za granicę. Mam nadzieje, że postawię kropkę nad i w sensie koncertów na Słowacji. I może stamtąd ruszę na Austrię, Węgry, bo to blisko. Ale moim marzeniem jest objawić się Ameryce jako kompozytor muzyki filmowej. W amerykańskich filmach jest to, czego szukam: to filmy epickie z wielkim budżetem i miejscem na orkiestrę. Byliśmy tam z koncertami już cztery razy. Ci, którzy raz nas usłyszeli, przyprowadzają rodziny, znajomych. Ja wierzę w metodę tych małych kroczków.

Słucha pan czegoś innego niż muzyka klasyczna? Na przykład Lady Gagi?

- Ludzie kojarzą mnie z klasycznym wizerunkiem, ale słucham różnych rzeczy: hip-hopu, popu i ciężkiego rocka. Słucham specyficznie: czy to jest Lady Gaga, Bon Jovi czy ktokolwiek inny, to słysząc utwór, widzę wszystkie jego nuty, instrumenty. Niezależnie od gatunku potrafię docenić, jeśli coś jest dobrze zrobione. I muszę powiedzieć, że Lady Gaga ma świetnie przygotowane piosenki: bardzo proste, ale świetnie wyprodukowane. Szanuję ją za konsekwencję.

Lubi pan wyzwania. A gdyby ktoś powierzył panu dyrygowanie chórem gospel, podjąłby się pan tego?

- Już kilka razy dyrygowałem takim chórem, ale było to w warunkach polskich. A ja chciałbym to kiedyś powtórzyć z afroamerykańskim chórem. Tacy wokaliści to zupełnie inna emisja głosu, inny dźwięk, energia. Zresztą w moich koncertach jest bardzo dużo elementów gospel, choćby klaskanie, o którym krążą już dowcipy.