Przestań cierpieć, myśl o seksie

Zespół Dick 4 Dick promuje swój najnowszy album "Who's Afraid Of?". W sobotę zagrają w gdańskim Centrum Stocznia Gdańska, 28 stycznia - w warszawskim Powiększeniu. Nam opowiadają, jak to jest, gdy alternatywa gra sponsorowane koncerty i dlaczego zamiast śpiewać o polskiej historii wolą o kobiecych stopach
Z zespołem Dick 4 Dick rozmawia Artur Tylmanowski

Niektórzy mówią, że się sprzedaliście - szczycicie się bezkompromisowością, a gracie koncerty sponsorowane przez Levisa i inne firmy.

Ciekawe, czy ci ludzie mieszkają w leśnych szałasach, polują na dziki i hodują rzepę, by przeżyć? Trudno mi komentować takie zarzuty, padają pewnie z ust niezbyt ogarniętych gimnazjalistów. Powiem tak: wszyscy w zespole wypracowaliśmy sobie niezależność, na którą nie może sobie pozwolić większość ludzi. Nie musimy chodzić codziennie do korporacji na 8 rano i słuchać szefa idioty. Bardzo ostrożnie wybieramy też osoby do współpracy, stąd decyzja, by wydawać płyty w Mystic, gdzie z szefem firmy łączą nas kumpelskie relacje. Jasne, że współpracujemy też z korporacjami.



W jaki sposób?

- W taki, że jest nam bardzo miło, że Reserved i House kupili od nas numery do swoich kampanii reklamowych, a Levis zaprosił na koncert. Po pierwsze - dobrze zapłacili, po drugie - wzięli od nas to, co zrobiliśmy wcześniej dla siebie. Po trzecie - są to marki odzieżowe, a nie partie polityczne. Przedwczoraj łaziliśmy po jednym z centrów handlowych i w ciągu godziny usłyszeliśmy w salonach co najmniej kilka dobrych kapel: LCD Soundsystem, The Knife, Electrik Red, Q-Tip. Znajdź mi teraz stację radiową, która szczyci się misją kulturotwórczą, ma taką setlistę w ciągu dnia!

Firmie produkującej dopalacze też sprzedalibyście swoją muzykę, gdyby się po nią zgłosili?

- Nie. Już kilka miesięcy temu, zanim zrobiła się nagonka na dopalacze, odmówiliśmy jednej takiej firmie zagrania na ich imprezie. Mogliśmy w jeden wieczór zarobić tyle, co przeciętny człowiek w miesiąc, ale nie mieliśmy na to ochoty.

Znaleźliście sobie miejsce w alternatywnej niszy, ale czy nie zazdrościcie czasem artystom z głównego nurtu?

- Oczywiście, Perfectowi i Budce Suflera - tantiem, Waglewskiemu - pozycji i ugruntowania, a rozpoznawalności Dodzie. Ale najbardziej zazdrościmy Behemotowi i Możdżerowi, że wypracowali sobie pozycję na świecie. To jest dla nas zadanie na najbliższe lata. Jeśli się nie uda, to trudno, ale przynajmniej spróbujemy.

Skoro tantiemy w niszy nie są wysokie, to może wcześniej powinniście rozkręcić jakiś biznes?

- Mamy biznes, Dickie Dreams studio. D4D to w tej chwili zespół-instytucja. Spotykamy się w godzinach pracy jak normalni ludzie i zajmujemy się setkami spraw. Odpisywanie na maile, projektowanie plakatów, tworzenie spotów reklamowych, spotkania z gośćmi z firm albo z dyrektorami instytucji kulturalnych, produkcja klipów i koncertów, próby, komponowanie. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że życie muzyka to ciężki kawałek chleba.

Co to znaczy?

- Nie mamy managera, kierowcy busa, gościa od PR-u czy innego darmozjada. Od ponad roku nie mieliśmy czasu nawet na wakacje, a mamy rodziny i też musimy jakoś dzielić czas, którego zawsze jest za mało. Od kiedy rozpoczęliśmy pracę nad płytą, stało się to już wręcz chorobliwe. Dodatkowo każdy z nas robi coś poza zespołem. Obiecywaliśmy sobie, że na początku roku robimy sobie wakacje, ale już pojawiają się propozycje koncertów i trudno powiedzieć, czy się uda.

Na płytach unikacie poważnych tematów, podchodzicie do wszystkiego z prymrużeniem oka. Nie korci was czasem, żeby coś skomentować na poważnie?

- Nie kręcą nas teksty społecznie zaangażowane. Ale nie uważamy, że pisanie o stopach laski jest rodzajem jajacarstwa. Jedni śpiewają o miłości, inni o seksie. I jeśli ktoś uważa, że to nie jest poważna sfera egzystencji, to albo jest chory, albo jest obsmarkanym nerdem, siedzącym przed kompem w bluzie z polaru i wypisującym pseudo-intelektualne dyrdymały z pozycji kogoś lepszego.

A może wam się po prostu żyje w Polsce super i dlatego robicie sobie cały czas jaja.

- Owszem, kręci nas słowiańska energia, bezpośredniość i bezczelność. Ale wkurwia biesiadny gust i narodowo-katolicka moralność. Żenuje nas też "hejterstwo" w internecie. Polacy są w tym liderami, co wynika oczywiście z kompleksów i wpisuje się w tradycję sarmackiej nienawiści. Jesteśmy patriotami, ale dla nas patriotyzm to podkręcanie kosmopolityzmu. Cierpiętnicza poza Polaków, idee w stylu "Polska Chrystusem Narodów" to jakaś zmora. Konsekwentnie nie robimy jednak o tym piosenek. Gloryfikacja seksu, cielesności i hedonizmu przynosi naszym zdaniem więcej dobra, niż wiercenie palcem w ranie w boku.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Oni nie jeżdżą na Open'era
  • Każda piosenka ma trafić w serce
  • Syn Kazika i jego muzyka

Polecamy