Młynarski dostawał Mazowszankę na lewo

?Młynarski Plays Młynarski ? nie jest na duże sceny. Chciałem spojrzeć na ojca, który dopiero co się wspina po tej drabinie i zdobywa publiczność - mówi Janek Młynarski
Z Janem Młynarskim, perkusistą, kierownikiem zespołu Młynarski Plays Młynarski, synem Wojciecha Młynarskiego rozmawia Artur Tylmanowski



Jak było na wczasach w tych "góralskich lasach?

- Nie byłem jakoś specjalnie rozpuszczony. Na wakacje jeździliśmy faktycznie głównie do Zakopanego. Mimo że ojciec był megagwiazdą, nie robiliśmy zakupów w "Pewexie", nie mieliśmy wszystkiego spod lady. Kiedy w 1987 roku mama przywiozła z Francji zgrzewkę Coca-Coli, otwierałem jedną puszkę, upijałem dwa łyki po czym kładłem na otwór w puszce folię, okręcałem gumką recepturką i chowałem do lodówki, żeby było na jutro. Żeby koniecznie jutro też pić z puszki!

Nawet po chleb Młynarski stał w kolejce?

- Ojciec nie chodził sam na zakupy. Staliśmy jak wszyscy. Chociaż pamiętam, że miał na boku jedną rzecz. Przy nieistniejącym już supersamie przy zbiegu ulic Puławskiej i Waryńskiego w Warszawie była taka budka, w której był pan Rafałek, który sprzedawał gazowaną "Mazowszankę" w szklanych butelkach. Dosłownie kochał mojego tatę i dawał nam zawsze dwie skrzynki na lewo.

W tych dziwnych i często trudnych czasach PRL-u powstały najlepsze piosenki Twojego taty. Realia się zmieniły, po co do tego wracać?

- Bo to materiał ponadczasowy. Totalnie klasyczny, taki, który w danym czasie nabiera zupełnie innego znaczenia. Z jednej strony sensy są uniwersalne, ale z drugiej czas powoduje inne spojrzenie na tamte czasy. Bo ważne są korzenie. Może chciałem zatrzymać moją mglistą świadomość PRL-u, czyli lata 86-89? Dla mnie namacalne świadectwa tego okresu to wata cukrowa, oranżada w tzw. lemoniadowych butelkach, które sprzedaje się piwo "Grolsch". No i kolejki. Na mojej ulicy, czyli Łowickiej na stołecznym Mokotowie, gdzie mieszkam do dzisiaj, była piekarnia, taki budynek z "bliznami po kulach", którego już niestety nie ma. Jak przychodził weekend albo święta, to ta kolejka zakręcała aż za róg kolejnej ulicy! Na jego miejscu niestety powstał dziś apartamentowiec. Pozostała nostalgia.

Wiele osób, które przychodzą na koncert MPM liczy, że syn wielkiego Młynarskiego zaśpiewa co najmniej tak jak ojciec, a tu perkusista...

- To komplement. A publiczność weryfikuje naszą pracę, ponieważ tańczą, śpiewają, klaszczą i chcą bisów. Po to się gra - dla braw. Ale są też oburzeni, że gramy głośno, że śpiewa kobieta, a nie mężczyzna. Ale najczęstszy zarzut jest taki, że muzyka dominuje tekst. Dla ludzi wychowanych na Młynarskim to szok. Bo my właściwie robimy zapasy tekstu z muzyką. Konferansjerki jest mało, a zza perkusji śpiewam tylko dwa razy. Dlatego spotkałem się z taką opinią, że "syn jest 50-razy słabszą kopią swojego ojca, nie potrafi nic zrobić, tylko chciałby umieć śpiewać".

Denerwuje cię to?

- Radzę sobie z tym, bo nie zabieram się za rzeczy, na których się nie znam. To, co robię na co dzień, czyli granie na bębnach, wymagało ode mnie lat poświęceń. Tego nie można załatwić. Gdyby nawet mój ojciec hipotetycznie zadzwonił do kogoś i załatwił mi posadę perkusisty w jakimś zespole, a byłbym słaby, to po 30 minutach wyleciałbym z takiej kapeli. To jest bardzo weryfikowalne zajęcie. Dlatego płytę zrobiłem z ludźmi, z którymi się lubię. Żeby było śmieszniej nie jestem wielkim znawcą jego twórczości. Są ludzie, którzy wiedzą na ten temat bilion razy więcej. Wiem, że ojciec inspirował się Brellem, Brassensem. Jego pierwsze solowe podrygi są wielkim kopiowaniem ich stylu. I za tym poszły te hity jak np. "Wczasy". Choć na przykład piosenka np. "Jak malował Pan Chagall", mówi ściśle o 1968 roku i czarnej plamie na naszej powojennej historii, wypadkach marcowych i dramacie zwykłych ludzi. Dlatego przez pryzmat ujęć wszystkich tych tematów patrzę na ojca jak na wielkiego poetę.

Czyli stworzyć projekt kameralny?

- "Młynarski Plays Młynarski " nie jest na duże sceny. Chciałem spojrzeć na Wojciecha Młynarskiego nie w sensie jego wielkich, rozbuchanych, festiwalowych hitów, tylko na tego z 60. lat. Na tego gościa, który dopiero co się wspina po tej drabinie i ma jakąś publiczność.

Jesteś dumny z ojca?

- Ale kto by nie był dumny z ojca, który jest geniuszem? Ale nie zapominajmy, że mój ojciec jest ode mnie starszy o 40 lat. Kiedy ja miałem lat 18, on był trochę gdzie indziej. Praktycznie się z nim nie wychowywałem. To ważny element tej układanki. Musiałem organizować sobie to życie samemu. Miałem problemy z nauką. Nie byłem wychuchanym dzieckiem, które było prowadzane do dobrych szkół, mówiło biegle trzema językami, miało zawsze wszystko podane pod nos. Było dokładnie na odwrót.

Nie chodzi ci po głowie kolejna płyta z utworami taty?

- Na pewno nie teraz, bo to by była ściema. Ale nie ulega wątpliwości, że za ileś lat na pewno do tego wrócę.

Która piosenka w tej płyty podoba się najbardziej tobie, a która twojemu tacie?

- Dla mnie najlepsza jest "La valse du mal". A Wojciechowi Młynarskiemu najbardziej w naszym wykonaniu podoba się "Ogrzej mnie".

Warszawa to ostatnie miasto, w którym w piątek, 25 lutego, projekt Młynarski Plays Młynarski zobaczymy z Gabą Kulką w roli wokalistki?

- Tak. Gaba przerywa koncertowanie na rok. Zaraz po koncercie w Warszawie rozpoczynamy współpracę z nową wokalistką Natalią Grosiak z Mikromusic i Digit All Love. Nie chcę projektu MPM ciągnąć oczywiście do końca życia, ale czuję, że jesteśmy w bardzo dobrej formie koncertowej, dlatego chcę go kontynuować z nowym głosem. I dojechać do tych miast, do których nie udało mi się dojechać.