Jak wyśpiewać bunt i walkę

- Wielu młodym ?jakieś tam? wypadki gdyńskie mieszają się z wydarzeniami w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. Rozumiem to. Film może im uświadomić, że nie żyją w ekstremalnie beznadziejnych czasach - mówi Kazik Staszewski
Z Kazikiem Staszewskim, który w filmie rewelacyjnie zaśpiewał "Balladę o Janku Wiśniewskim", rozmawia Artur Tylmanowski



Ile miałeś lat w grudniu 1970 r.?

- Siedem. Paradoksalnie lepiej pamiętam marzec '68, bo to się działo na Uniwersytecie Warszawskim a ja mieszkałem 300 metrów od Krakowskiego Przedmieścia. Wydarzenia w Gdańsku i Gdyni były daleko. Ta tragedia dotarła do mnie parę lat później.

Nie mówiliście o tym w domu?

- Nie. Moja babcia straciła w Powstaniu Warszawskim męża i syna, została sama z trzema córkami. W domu obowiązywała dewiza: "komuniści są dobrzy, byle tylko wojny nie było". Polityka była tematem tabu. Więc np. o Katyniu dowiadywałem się wszędzie, tylko nie w domu. Głównie na uniwerku.

Jedno wydarzenie z Grudnia'70, które pamiętasz?

- To, że wydrukowano nowe podręczniki do języka polskiego. Na stronie, gdzie do tej pory był Gomułka, pojawił się nowy I sekretarz KC PZPR Edward Gierek. Wymienili te podręczniki w czasie roku szkolnego!

"Ballada o Janku Wiśniewskim" to pieśń historyczno-patriotyczna. Co cię skłoniło do nagrania jej do filmu?

- W moich czasach studenckich to był zakazany hymn, który śpiewaliśmy z "Murami" Kaczmarskiego. Chciałem zaśpiewać ją po swojemu. Krystyna Janda miała interpretację bardzo bojową, ale z tekstem przerobionym przez jakiegoś ubeka. W oryginale jest "sztandar z czarną kokardą" (a nie czerwoną) i zwrotka o Stanisławie Kociołku, "kacie Trójmiasta". Swoją wersję chciałem zaśpiewać gdzieś w połowie drogi między Jandą a portugalską piosenką z "Rewolucji Goździków" w 1974 r. Kiedy puszczono ją w radiu, wojsko wyszło z koszar i pomaszerowało na Lizbonę obalić dyktatora Antonio Salazara. Śpiewając "chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni" chciałem, żeby te słowa były narodzinami czegoś prowadzącego do zwycięstwa.

Nie kusiło cię, żeby aktywnie działać w opozycji?

- Tylko się przyglądałem. W 1980-81 r. wśród nas, punkowców, był duży dystans, zarówno do władzy państwowej, jaki i "Solidarności". Byliśmy obok.

Podobał ci się film "Czarny Czwartek"?

- Jest wyśmienity. Toczy się na dwóch płaszczyznach: życia zwykłego robotnika i kulis wydarzeń na poziomie władz PZPR. Podczas kręcenia zamykano np. na tydzień całe kwartały Gdyni i topiono śnieg, bo w Grudniu'70 na ulicach śniegu nie było.

Czegoś brakuje ci w filmie?

- Stanisława Kociołka, który wezwał ludzi prosto pod lufy karabinów. I gen. Jaruzelskiego, ówczesnego szefa MON. Bez jego zgody i wiedzy wojsko nie mogłoby interweniować.

A co dziś powie młodym ludziom "Czarny czwartek"?

- Wielu młodym "jakieś tam" wypadki gdyńskie mieszają się z wydarzeniami w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. Rozumiem to. Film może im uświadomić, że nie żyją w ekstremalnie beznadziejnych czasach. Oczywiście, jest trudno. Młodzi muszą ostro pracować, zarabiać, nie połamać nóg w wyścigu szczurów. Ale jednak nikt do nich nie będzie pruł z czołgów i karabinów, kiedy będą szli do pracy.