Wolę smutne historie

Paweł Sołtys, znany jako Pablopavo, nie lubi happy endów. Dlatego bohaterowie jego historii tkwią na zakręcie, błądzą, bez skutku szukają szczęścia i miłości. A główną bohaterką jego płyty "10 Piosenek" jest Warszawa - brzydka i szara, którą on jednak kocha - "jak żonę". To nie jest łatwa miłość, i to nie jest łatwa płyta. Ale musicie ja poznać
Aneta, dziewczyna na zakręcie, 50-letni wdowiec, który ostatni raz chce przeżyć miłość, małolat zaplątany w interes życia. Dlaczego bohaterami swoich piosenek uczyniłeś zwyczajnych ludzi?



- Nie chcę przez nich niczego głębszego przekazywać. Raczej próbuję opisać ich życie i to miasto, które jest wyjątkowe. Lubię ich, jestem dla nich czuły, staram się nie oceniać ich wyborów. Kiedy mówisz o Anecie, to chciałbym, żeby jej się pofarciło, takich dziewcząt jest tysiące - niezadowolonych ze swojego życia, pracy, gdzieś na zakręcie.

Ale w twoich piosenkach miłość się nie spełnia, interes kończy "zimną lufą pod młodymi żebrami", warzywniak na Stegnach wylatuje w powietrze. Dlaczego nie dajesz swoim bohaterom szans na szczęście?

- Czasem daję. Warzywniak akurat nie jest wymyślony, wyleciał w powietrze pewnej pięknej nocy. No i uwierz mi, że niejeden młody chciał zrobić interes życia. Może to zabrzmi cynicznie, ale smutne historie są ciekawsze, happy endy mnie nudzą. Wolę słuchać piosenek, które mnie wzruszają, lubię jak Maleńczuk śpiewa o Mirku Jankowskim. Może kiedyś będę pisać w trochę mniej w ciemnych barwach. Płyta powstawała, jesienią i zimą i to czuć. Poza tym w trakcie pracy nad nią znienacka zmarło moich dwóch dobrych, młodych kolegów. Tego nie ma w tekstach, ale ciągle miałem to w głowie.

A Warszawa, główna bohaterka tej płyty? Narzekasz na to miasto, ale chyba je kochasz. Jak to jest z tą miłością?

- To taka miłość jak do żony, nie jak do kochanki, którą znasz miesiąc. Przeplata się z wkurzeniem, irytacją, niemożnością spełnienia. Ale to mój Heimat, mała ojczyzna, 99 procent wspomnień - dobrych i złych - pochodzi stąd. Kocham Warszawę za nieoczywiste piękno, którego trzeba poszukać. Jest brzydka i szara, trzeba wejść w bramę, żeby zobaczyć coś eleganckiego. Podoba mi się to poszukiwanie. A wkurza mnie to, że władze tego miasta, całkowicie bez wiedzy i poparcia mieszkańców, traktują je jak wielki biznes. Nie jestem lekkoduchem, rozumiem, że budżet musi się zgadzać. Ale chwilami ważniejsze niż czynsz od kolejnego banku jest istnienie kawiarni, ważniejsze niż postawienie wieżowca - ocalenie supersamu na Mokotowie, który był perłą architektoniczną.

Czy Warszawa powinna zostać Europejską Stolicą Kultury?

- Myślę, że ma szanse, tylko żeby ktoś po drodze tego nie spieprzył. Włodarze miasta może by zrozumieli, że inwestycja w kulturę się opłaca. Ona nie zwróci się po roku czy po dwóch, ale po 15, czy 20 latach. Wiedeń czy Berlin są dowodem na to, że wspieranie kultury, nawet alternatywnej, buduje na nowo tożsamość miasta, pojawiają się nowi ludzie, wszystko się nakręca. Wielu artystów z Kanady czy Ameryki przeniosło się na stałe do Europy, żeby robić muzykę, malować, projektować. W Warszawie panuje teraz potężna energia artystyczna, całkowicie oddolna, niezinstytucjonalizowana. Czuć wrzenie i jeśli Warszawa z tego nie skorzysta, będzie głupia.

W utworze "Oddajcie Kino Moskwa" przypominasz miejsca, których już nie ma - Iluzjon, Kino 1 Maj.

- W miejscu kina Moskwa jest biurowiec, przyszłość Iluzjonu jest niepewna. Kino 1 Maj to obecnie Marcpol.

Co jeszcze zniknęło z twojej mapy miasta?

- Kluby - i chyba nie powinienem o nich śpiewać. Napisałem o Punkcie - zamknęli, o Jadłodajni Filozoficznej - spłonęła. Na nową płytę napisałem tekst o Blues Barze i poszedłem zobaczyć, jak wygląda. Już go nie ma. Ale szczególnie żal mi warszawskich kin.

Ale "Oddajcie Kino Moskwa" to nie jest piosenka o znikających kinach i klubach.

- To numer o tym, że już nigdy nie będzie się miało 17 lat. To czas, kiedy wszystko jest pierwsze, silniejsze, prawdziwsze. Mija i to jest piekielnie smutne. Taka niezbyt skomplikowana refleksja dopada każdego. Mnie złapała w okolicach trzydziestki. Pamiętam, że jak byłem gówniarzem, to ci trzydziestolatkowie byli jacyś odlegli, trudno było z nimi złapać kontakt. Teraz po koncertach młodzi ludzie mówią do mnie na "pan".

A kilka dni temu studentka polonistyki obroniła pracę licencjacką, w której analizuje twoje teksty.

- Zaskoczyło mnie to. Nie czuję się poetą tej miary, co Kochanowski czy Tuwim. Jednocześnie miło mi, że ktoś poświęcił tyle pracy i chciało mu się ślęczeć nad moimi piosenkami. Sam jestem świrem historycznym, jak już o nauce mowa. Czytam teraz Jana z Czarnkowa. Najbardziej interesuje mnie Polska Piastowska, wczesne średniowiecze w Europie, a potem historia kultury od XIX w i oczywiście historia Warszawy. Więc jeśli kiedyś nie będziesz wiedział, co mi dać na prezent, to chętnie przyjmę książki na ten temat.

Wizualna oprawa płyty też nawiązuje do starej Warszawy. Ty na okładce wyglądasz jak przedwojenny amant albo jak z powieści Tyrmanda.

- Lubię klimat tamtych czasów. Lata 50. Chłopaki słuchają jazzu, palą szlugi i podrywają dziewczęta. Niewinni czarodzieje. To jest moje autentyczne zdjęcie z 1997 roku, z klubu Piwnica na Stegnach, to była jakaś rocznica, dlatego jestem taki elegancki. Czarno-białe zdjęcie, bo jeszcze nie było cyfrówek. Dwa zdjęcia w środku są archiwalne. Nie udało nam się ustalić na pewno, ale wydaje się nam, że to ulica Targowa z 1948 roku i Wisełka z lat 60. Podobają mi się tamte czasy, to, jak ludzie się ubierali, tamte samochody, historie. Podobają mi się tamte piosenki. Wolę słuchać Zyty Ruckiej czy Sławy Przybylskiej niż Dody.

Warszawa jest dla Ciebie ważna, a warszawskie kluby piłkarskie też?

Tam gdzie się wychowałem, nie było żadnych wątpliwości, za kim powinno się być. Załapałem się na fantastyczną drużynę, miałem wtedy 8 lat, a Legia potrafiła zremisować na wyjeździe z Barceloną, potem byli w półfinale pucharów zdobywców pucharów. I Darek Dziekanowski, najlepszy piłkarz, jakiego widziałem na żywo. Dla mnie nie ma innej możliwości, tylko Legia.

Muzyki na twojej płycie nie da się zaszufladkować. Od wyklaskanych rytmów, minimalistycznych brzmień, musicalowe chórki, funky, reagge, trip hop, lata 90. Jak powstawały te piosenki?

- Kolektywnie. Improwizowaliśmy na próbach i tak powstało sześć piosenek, resztę przyniosłem ja albo Emiliano, czy dj Zero i te pomysły rozbudowywaliśmy razem z współproducentami. Nie kalkulowaliśmy, jeśli był pomysł to go realizowaliśmy. Dołożyliśmy dużo odwołań do polskiej muzyki lat 80., która niesłusznie jest na drodze do zapomnienia. My się na niej wychowaliśmy.