"Rambo 5" - żołnierz powraca na wojnę

Okej, może i chętnie jeszcze raz obejrzelibyśmy przygody Johna Rambo. Ale ogólny zamysł co do kontynuacji kultowej serii jest co najmniej, hmm, kontrowersyjny...

No bo wyobraźcie sobie, że ktoś kręci "Titanica 2", bez Leo DiCaprio i Kate Winslet (chyba nawet były takie plany?!). Albo "Dirty Dancing", bez Patricka Swayze. "Rambo 5: Nowa Krew" (planowany tytuł) naszym zdaniem będzie niczym innym, jak tylko spektakularnym samobójstwem weterana wojny wietnamskiej.

Twórcy bowiem chcieliby potraktować filmy o Johnie Rambo tak jak do tej pory traktowało się Jamesa Bonda - kolejne odcinki, kolejni aktorzy wcielający się w tytułowego bohatera... Konwencja bondowska usprawiedliwia takie działanie. A Rambo jest tylko jeden. I w dodatku ma nie wystąpić w zapowiedzianej odsłonie, ponieważ Stallone odmówił udziału w projekcie. Jak tłumaczył aktor, siedemdziesiąt lat to nie jest odpowiedni moment, by znów bawić się w zabijanie.

Ostatnie części "Rocky'ego" - innego kultowego wydania Sly'a - się udały. Nawet "Creed" (spin off "Rocky'ego") był naprawdę wartościowy, o czym świadczy Złoty Glob dla Stallone'a i nominacja do Oscara za najlepszą rolę drugoplanową. Ale główny pomysłodawca serii wiedział, co chce osiągnąć, biorąc udział w kolejnych odcinkach. Miał plan i wizję, którą konsekwentnie - i z sukcesem! - zrealizował. Mamy wrażenie, że kolegom po fachu od nadchodzących części "Rambo" tej wizji brak, więc czeka nas tylko festiwal wybuchowego sięgania do kieszeni widzów.

Jak podał serwis "Hollywoodreporter.com" scenarzystą "Rambo: Nowej krwi" ma być Brooks McLaren (nic znaczącego w dorobku), a reżyserią zajmie się Ariel Vromen ("Iceman: Historia mordercy", "Umysł przestępcy"). Już ronimy łzy.

Więcej o: