Jean Michel Jarre znów zagrał w Polsce

W sobotę w łódzkiej Atlas Arenie, w niedzielę w Spodku. Francuski multiinstrumentalista ponownie odwiedził nasz kraj. Dał spektakularne show i zapewnił, że Polska zajmuje w jego sercu specjalne miejsce.

Z obawą wyczekiwałem niedzielnego koncertu. Jean Michel Jarre to moja największa muzyczna fascynacja, pierwsze artystyczne zauroczenie z prawdziwego zdarzenia. Ale nawet najwięksi fani Francuza - w tym, rzecz jasna, ja - muszą przyznać, że ostatnie lata to okres twórczej posuchy: płyty przestały być przełomowe, a koncerty ograniczyły się do utartych schematów, zaczerpniętych od kolegów po fachu. Kiedyś Jean Michel Jarre był jedyny, obecnie stał się jednym z wielu.

No bo to muzyk, który w 1981 roku - jako pierwszy artysta z kręgu muzyki popularnej zza Żelaznej Kurtyny (nie licząc zespołu Wham!) - zagrał w komunistycznych Chinach. To twórca, który, eksperymentując z ludzkim głosem, nagrał jedną z najwybitniejszych płyt w historii muzyki: "Zoolook". I to w końcu Mistrz, złotymi zgłoskami zapisany w Księdze Rekordów Guinessa pod hasłem: "najliczniejsza widownia zgromadzona na jednym koncercie" (w Moskwie w 1997 Jarre'a przyszło słuchać ponad 3,5 miliona ludzi).

Niedzielny występ w Spodku był piątym razem, kiedy oglądałem Jarre'a na żywo. I, muszę przyznać, był to raz chyba najlepszy, najbardziej widowiskowy. Czasem było po prostu efekciarsko, czasem może zbyt szaleńczo, ale w ogólnym rozrachunku dało się wyczuć starego, dobrego Jarre'a. Ciekawie zreinterpretowane największe hity (na czele z "Oxygene 4", "Oxygene 2" czy "Equinoxe 4"), dobrze współgrały z nowymi dokonaniami Francuza - muzyk promował przede wszystkim swoje najnowsze dzieło, dwuczęściowy album "Electronica", stąd lwią część koncertu stanowiły nowe utwory.

Weekend zakończyliśmy w Spodku, towarzyszył nam Jean Michel Jarre. Dzięki, Mistrzu! #spodek #katowice #weekend #koncert #jarre

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Logo Magazyn (@magazynlogo)

Jean Michel Jarre i Polska to specyficzna relacja. Podczas pamiętnego koncertu w Stoczni Gdańskiej, upamiętniającego 25. rocznicę powstania Solidarności, muzyk przyznał, że pierwszy list, który odebrał już jako światowej sławy kompozytor, przysłał fan właśnie z Polski. Jarre jest u nas witany właściwie jak muzyczny król, o czym świadczył wypełniony niemal po brzegi Spodek. To tym bardziej fascynujące, bo w ostatnich latach - pod względem twórczym - artysta za bardzo nas nie rozpieszczał, a nad Wisłą gościł już tyle razy, że pod tym względem przebija go, pół żartem pół serio, chyba tylko Sting.

Ale o tym nie najlepszym okresie szybko zapomnieliśmy, kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki zagrane przez Francuza. Blisko dwugodzinne show zwieńczyło kultowe "Rendez-vouz 4" oraz zapewnienie Jarre'a, że jeszcze się zobaczymy, tym razem podczas występu na świeżym powietrzu. Trzymamy za słowo!

Więcej o: