Styczniowe "LOGO" już w kioskach! Co w numerze?

Żeby trend stał się trendem, musi też wykształcić się wobec niego antytrend. Czyli: niby wszyscy walczą o płaski brzuch, jedzą jarmuż i liczą kalorie, a tu nagle na mieście frytki i burgery. Niby sztywny dress code się rozluźnił i krawat wypada z kanonu (czemu akurat my w "LOGO" mówimy stanowcze NIE), a tu nagle właściwie wszystkim producentom garniturów rosną słupki sprzedaży. Tak samo jest w dziedzinie imprez - niby okazji coraz więcej, a coraz częściej zamiast szalonej zabawy do rana wybieramy dres, szklankę whisky i seriale na Netfliksie.

Kiedy słyszę o "zabawie karnawałowej", przed oczami stają mi dansingi z późnego PRL-u - fajfy w Ciechocinku, trwała ondulacja i "panie proszą panów". Dziś słowo "karnawał" odrobinę trąci myszką. Dlatego w tym numerze unikamy go jak ognia (no, staramy się), choć temat imprez pojawia się wielokrotnie. Odwiedziliśmy w Bournemouth Artura Boruca, który słynął z tego, że potrafił się nieźle zabawić. Zdradzamy imprezowe miejscówki w Polsce dla każdego, bez względu na stan portfela i temperament. Lecimy do Lwowa, żeby sprawdzić, jak Polacy lubią bawić się tam na wieczorach kawalerskich. Przepytujemy barmanów, co dziś wypada zamawiać, a co jest już passe. Imprezową mamy też sesję - ale tu raczej mniej alkoholu, mniej clubbigu, a więcej elegancji, bo to ukłon w stronę młodszych czytelników. Prosili nas, by doradzić im, w co się ubrać na studniówkę, żeby wyglądać na niej "hot". Jeśli o byciu "hot" mowa - zdradzamy przepisy na najlepsze dania z dalekiej Azji, by choć trochę poczuć się jak na urlopie. Jest i kurczak w miodzie, i sałata z mango, i japoński bento-box. Bo niby w modzie babcine jedzenie typu ziemniaczki z koperkiem i pieczeń z brytfanki, jednak czasem człowiek ma ochotę na odrobinę egzotyki. Czyli znów sprawdza się teoria, że aby trend był trendem, wymaga antytrendu.

Więcej o: