"Kochanie, wymieniłem auto na piwo"

Warszawski Festiwal Piwa rusza już za kilka dni!

Warszawski Festiwal Piwa rusza już za kilka dni! (Fot. warszawskifestiwalpiwa.pl)

Czy sens życia można odnaleźć w fascynacji produktem spożywczym? Rzucić dla niego pracę, kobietę, wydać wszystkie pieniądze? Oddać samochód, przebudować dom? Oczywiście! Nie, ten artykuł nie będzie o zbieraczach sreberek z jogurtów. Poznajcie beer geeków, prawdziwych świrów, którzy dla piwa są w stanie zrobić naprawdę dużo.

Jak kojarzy się fan piwa? Dla wielu osób to brzuchaty piwosz w krótkich spodenkach pałaszujący kaszankę grillową. Innym przypomną się z dzieciństwa odwiedziny u wujka Staszka, który kolekcjonował kapsle i ustawiał puszki po piwie na meblościance.

Te romantyczne wizje mają jednak niewiele wspólnego z obecną rzeczywistością. Dziś fan piwa - beer geek - to często młody, nieźle zarabiający człowiek z olbrzymią wiedzą. Bliżej mu do znawcy whisky czy degustatora wina. Dobrze radzi sobie z nowoczesnymi technologiami (sieć to niezbędne narzędzie), śledzi bieżące trendy, sporo podróżuje. I wydaje na swą pasję sporo pieniędzy. Nie spotkasz go na zakupach przy piwnej półce w osiedlowym spożywczaku. Dla beer geeka zdobycie i degustacja piwa są dużo bardziej wymagające. Stają się prawdziwą sztuką.

LIFE IS TOO SHORT TO DRINK SHITTY BEER

Beer geek to dziecko piwnej rewolucji. W Polsce szaleństwo zaczęło się całkiem niedawno. Jeszcze 7 lat temu w sklepach dominowały piwa z dużych koncernów, na rynku nie istniał żaden browar rzemieślniczy. Jedyne dobre piwo robili piwowarzy domowi. To oni rozpoczęli rewolucję w naszym kraju, przemycając modę na dobre piwo. Jednak za granicą boom na browary rzemieślnicze pojawił się dużo wcześniej.

Cała historia rozpoczyna się w latach 70 XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Wówczas rynek piwa był całkowicie zdominowany przez jednakowo wodniste lagery z wielkich fabryk. W 1975 roku maleńki browar z San Francisco, Anchor Brewing, uwarzył po raz pierwszy Liberty Ale. Piwo, które stało się ikoną piwnej rewolucji. Mocno wychmielony na zimno nowym, aromatycznym chmielem Cascade Liberty Ale był pełen smaku, miał wyraźną goryczkę i niesamowity cytrusowo-żywiczny bukiet. Różnił się diametralnie od nędznej jakości piw koncernowych, których walory smakowe często porównywano do końskiego moczu.

Okazało się, że amerykanie są śmiertelnie znudzeni identycznymi wyrobami piwopodobnymi z wielkiej fabryki. Zainteresowanie dobrej jakości piwem zaczęło rosnąć lawinowo. Popularne stało się warzenie w domu, a najbardziej zaawansowani pasjonaci otwierali swoje własne mikrobrowary. Rewolucja rozpoczęła się na dobre: warzono coraz bardziej ciekawe i różnorodne piwa, pojawiały się nowe odmiany chmielu. Z archiwów odkurzano stare receptury i przywracano do życia zapomniane style. Craft beer, czyli piwo rzemieślnicze, uznano za godne szacunku.

Choć ta "dobra zmiana" rozwija się za oceanem od kilku dekad, wcale nie ma zamiaru wyhamować. Wręcz przeciwnie, piwne szaleństwo zdobywa coraz to nowych entuzjastów na całym świecie. A jego najbardziej zagorzałych fanów określa się mianem beer geeków.

PO CZYM ROZPOZNAĆ PIWNEGO ŚWIRA?

Amerykanie mają określenie na człowieka, którego pasja poszła trochę za daleko: geek. Niegdyś było niezbyt pochlebne określenie kujona, ale z rozwojem komputerów nabrało innego wydźwięku. Dziś geek to człowiek, który ogarnia temat lepiej niż ktokolwiek inny. To nawet brzmi dumnie.

Po czym można poznać prawdziwego beer geeka? Portal BeerAdvocate pokusił się o opisanie kilku typowych cech, które pomogą poznać, że macie właśnie z nim do czynienia. Na przykład: spędza więcej niż 45 minut w specjalistycznym sklepie, wybierając piwo. Wydał ponad 200 dolarów na jedną butelkę. Ma drugą lodówkę wyłącznie na piwo. Wakacje planuje, przeglądając mapy browarów i sprawdzając daty piwnych eventów. Przed wyjazdem do innego miasta przegląda w sieci ranking lokalnych multitapów. Płacze nad rozlanym piwem. I wiele, wiele innych...

Beer geek to specjalista od piwa rzemieślniczego. Prawdziwa ekstraklasa. Ma olbrzymią wiedzę, na którą ciężko sobie zapracował. To tysiące spróbowanych piw, w tym tych najważniejszych, nietanich, które jednak znać trzeba, podróże do licznych browarów i na festiwale, godziny wysiedziane w pubach.

Świat piw rzemieślniczych żyje niezwykle intensywnie, dzieje się tu dużo więcej niż choćby w kręgu whisky. Koniecznie trzeba być na bieżąco. Beer geek trzyma więc rękę na pulsie, szperając w sieci. Musi znać najlepsze browary z drugiego końca świata. Sprawdzić, kiedy trafi do sprzedaży limitowany lambik, oraz co jest obecnie poszukiwane na wymiankach. Pomagają w tym grupy na portalach społecznościowych, fora do oceny piw jak RateBeer czy BeerAdvocate, czy smartfonowa aplikacja Untappd. Sieć przydaje się też w spotkaniach z piwem "w realu": można wyszukać polecane puby w danym mieście, a na Ontap sprawdzić, jakie piwo jest w nich aktualnie na kranach.

Multitapy, czyli puby z wieloma kranami, to świątynie beer geeków, a festiwale piwa - to święta. Pierwsze odwiedza się co tydzień, na drugie czeka cały rok. Multitapy dają możliwość poznania nowych piw krajowych, a czasem także najlepszych z zagranicy. Festiwale, które odbywają się w każdym dużym mieście Polski, to okazje do spróbowania setek doskonałych piw w jednym miejscu. Jeden z najważniejszych, Warszawski Festiwal Piwa, to ponad 500 piw i cydrów rzemieślniczych. Festiwale to nie tylko piwo w ilościach przekraczających ludzkie możliwości, ale także profesjonalne wykłady, panele degustacyjne i spotkania z piwowarami. A także możliwość nabycia gadżetów, brandowanych szklanek czy koszulek.

Prawdziwy beer geek nie tylko śledzi trendy, ale coraz częściej także je kreuje. Niezwykła popularność poszukiwanych piw, takich jak Imperium Prunum z browaru Kormoran, czy Samiec Alfa z Artezana, to pokłosie bardzo pozytywnych ocen, jakie zebrały w Internecie. Wieść o tym, że piwo jest doceniane przez znawców niesie się po sieci szeroko. A browary, które dbają o jakość swoich produktów i dobry kontakt ze środowiskiem, mogą liczyć na pozytywny odbiór. Właściciele dobrze zdają sobie z tego sprawę. Beer geekom lepiej nie podpadać. Browar, który będzie warzył kiepskie piwa, arogancko reagował na uwagi lub zostanie przyłapany na oszustwie - może liczyć na bezlitosny internetowy lincz, który nieprędko pójdzie w zapomnienie.

NAJBARDZIEJ POSZUKIWANE

Na Urban Dictionary znajdziemy krótką definicję beer geeka: "pije rzadkie, wyszukane i drogie piwa". Sporo w tym prawdy. Ceny szybujące powyżej 100 złotych za butelkę Imperium Prunum wywołały poruszenie i zdumienie w Polsce. To prawdopodobnie dopiero początek szalonych kosztów, z jakimi przyjdzie się nam mierzyć w kraju. Za granicą unikatowe piwa osiągają nierzadko oszałamiające wartości. O te najcenniejsze zapytałem mocno zaawansowanego beer geeka, Grzegorza Korcza.

- Zgodnie z prawem rynku najdroższe piwa to te najbardziej poszukiwane. Prawie zawsze są to wersje limitowane, produkowane w niewielkich ilościach. Warzony w ekstremalnie małych ilościach Kentucky Brunch Brand Stout, stout z kawą z beczek po Bourbonie z amerykańskiego browaru Toppling Goliath, jest jednym z najbardziej pożądanych piw na świecie. W 2013 i 2014 roku wypuszczono po 300 butelek. Obecnie ceny pierwszych ocierają się w Internecie o 2 tysiące dolarów, ale nie brakuje chętnych, którzy są gotowi wymienić na niego niezwykle drogie i rzadkie wina czy bourbony - mówi Grzegorz.

Oczywiście, ma znaczenie nie tylko ilość, ale także kto wyprodukował piwo.  - Najbardziej poszukiwane lambiki pochodzą z dwóch belgijskich browarów: Cantillon i 3 Fonteinen. Leżakowane, stare butelki i limitowane wersje potrafią osiągać zawrotne ceny. Pojedyncze partie, wypuszczane na rynek wyłącznie raz, czyli one-off, to prawdziwa gratka. Lambik z Cantillon z 2008 roku z dodatkiem amerykańskiej odmiany winogron Vitis Labrusca uwarzony dla włoskiej knajpy Goblin Pub Don Quijote, powstał w ilości 200 butelek. Ostatnio udokumentowana sprzedaż w Internecie opiewa na 8 tysięcy dolarów - kontynuuje Grzegorz.

Oprócz lambików powodzeniem cieszą się także imperialne stouty, czyli mocne, ciemne piwa. - Najdroższy udokumentowany stout sprzedany w internecie to Toppling Goliath Assassin Vanilla Bean z 2013 roku. Za butelkę 375 ml stoutu z syropem klonowym i kawą, leżakowanego w beczkach po bourbonie zapłacono w grudniu 2016 roku... 5 tysięcy dolarów.

Drogie, poszukiwane piwa łączy jeszcze jedna cecha. Nie da się ich po prostu kupić w sklepie. Trzeba się mocno postarać, żeby je zdobyć.

WYMIANKA, CZYLI PIWNY ROLLERCOASTER

Skąd brać takie piwa? Sprawa nie jest prosta. Niektóre produkty polskich browarów są trudno osiągalne nawet w kraju. Nie brakuje chętnych, którzy oddaliby nerkę za leżakowaną w beczkach Bubę Extreme z poznańskiego browaru Szałpiw. Co dopiero za granicą, gdy tamtejszy browar wypuszcza kilkaset butelek, a kupić je chcą entuzjaści z całego świata...

Zwykły kanał dystrybucji nie sprawdza się w takich przypadkach. W tym roku ten model został przerobiony w Polsce. Limitowane piwa trafiają do hurtowni, które wydzielają po 1-2 butelki na sklep. Klienci dziesiątkami dobijają się do sklepów, próbując dorwać tę jedną sztukę. W efekcie największe gromy sypią się na browar.

W Stanach Zjednoczonych ten problem znany jest od dawna. Browary, nie chcąc narażać się beer geekom, starają się wziąć sprzedaż w swoje ręce. Wymyślają różne sposoby, by rozwiązać tę trudną sytuację. Niektóre browary praktykują zapisy i loterie, podczas których szczęśliwcy mogą kupić piwo. Inne prowadzą sprzedaż przez zamknięte kluby fanów browaru.

Częściej stosowaną metodą jest oficjalna sprzedaż w browarze w ściśle określonym dniu i godzinie. Dla tych, którzy chcą zdobyć piwo, oznacza to niejednokrotnie długą podróż. Czasami prawdziwą wielodniową wyprawę przez całą Amerykę do maleńkiego miasteczka gdzieś w na końcu świata, np. w Vermont. Albo koczowanie całą noc pod autostradą w dzielnicy przemysłowej, bo tam akurat mieści się browar. W Internecie można znaleźć dużo zdjęć ludzi, którzy stoją w niekończących się kolejkach na mrozie albo w upale. Nocujących w namiotach na ulicy po to, by zdobyć ukochaną butelkę. Często tylko jedną, bo sprzedaż zazwyczaj jest mocno ograniczona. Jednak i ta metoda nie zawsze się sprawdza. Niektóre browary przeżywały prawdziwe oblężenie przez dziesiątki tysięcy ludzi. Były nawet przypadki zakłócania porządku publicznego. Część browarów zrezygnowała więc z możliwości odwiedzin na rzecz specjalnych imprez dla fanów, podczas których można kupić limitowane piwa. Niestety, nadal wiąże się to z koniecznością dalekiej wyprawy.

Co może na to poradzić beer geek w Środkowej Europie, spragniony dobrego piwa zza oceanu, lub choćby limitowanego lambika z Belgii? Może próbować zapisać się na organizowane od czasu do czasu degustacje wyjątkowych piw. Jednak często odbywają się one w zamkniętych gronach, a liczba chętnych jest zawsze większa od liczby piw do spróbowania. Zakupy z innych krajów nie zawsze są możliwe, bo wystawianie alkoholu na aukcjach i sprzedaż za granicę często jest nielegalna. W Stanach zdarzały się przypadki ścigania spekulacji piwem przez policję.

Są jednak inne możliwości zdobycia upragnionej butelki. Coraz bardziej popularne stają się piwne wymiany. Idea jest prosta. Jeśli mamy dwie butelki poszukiwanego piwa, jedną można wymieć z kimś z drugiego końca świata, na coś, czego sami poszukujemy. Ofert trzeba szukać na piwnych grupach i forach internetowych. Oferowane piwa to najczęściej rzeczy cenione, z wysoką punktacją na portalach z ocenami i jednocześnie trudno dostępne, które nie mają dystrybucji za granicą. Czasem na wymiankach trafiają się autentyczne perełki, pożądane piwa o bardzo limitowanych nakładach. Prawdziwy beer geek zrobi wszystko, by je zdobyć.

Choć bywa ciężko. Zwłaszcza, gdy za wyjątkową ofertę nie możemy zaproponować równie wartościowego piwa. Dlatego za najwartościowsze egzemplarze zdesperowani beer geek'owie są w stanie oddać rozmaite cenne rzeczy. Na przykład winylowe białe kruki, drogie wina, burbony z krótkich serii, jak Pappy van Winkle. Grzegorz Korcz pamięta pewną nietypową ofertę: - Jakiś czas temu w jednej grupie na Facebooku pojawiło się ogłoszenie - gość oddawał samochód, kabriolet BMW 325i vert z 1989 roku, za zestaw trzech piw z amerykańskiego Toppling Goliath, 2 butelki Assassin i jedną KBBS. Zestaw tych trzech stoutów był sprzedawany w browarze w osobliwy sposób: trzeba było zarejestrować się do loterii. Tysiąc zwycięzców miało możliwość przyjechania do browaru i kupienia zestawu za 200 dolarów. Do loterii zapisywali się ludzie, którzy jechali na to wydarzenie specjalnie z Europy, a ilość chętnych przekraczała 70 tysięcy. Jeszcze tego samego dnia pierwsze zestawy pojawiały się w Internecie za ponad 2 tysiące dolarów."

Piwne wymiany wciągają jak hazard i bywają równie ryzykowne. Nie zawsze mamy wystarczającą ilość "amunicji" na wymianę, czasem trudno przekonać drugą stronę. Zdarza się też, że upragnione butelki z dalekiego kraju, mimo pieczołowitego pakowania, docierają potłuczone... Pewniejsze są wymiany na specjalistycznych zagranicznych festiwalach dla beer geeków.

Kiedy ma się już tę poszukiwaną, drogą butelkę, której zdobycie kosztowało tyle zachodu i wyrzeczeń, staje się przed trudnym zagadnieniem: co z nią zrobić. Czy tak po prostu wypić? A może lepiej schować?

"PIWNICA, GDZIE WIELU Z WAS ZAPEWNE MIESZKA..."

Pierwszym odruchem po zdobyciu cennego egzemplarza, jest oczywiście pochwalenie się zdjęciem najnowszego nabytku w sieci. Najlepiej: całej szerokiej kolekcji rzadkich, poszukiwanych i limitowanych piw na jednym zdjęciu naraz. Im więcej, tym lepiej. Po zrobieniu fotki nikt nie myśli poważnie o wypiciu. Oznaczałoby to utratę trofeum, zdobytego w pocie czoła i niemałym wysiłkiem finansowym. Na szczęście piwa mocne, a także kwaśne (jak lambiki), przeważnie dobrze znoszą przechowywanie w niskiej temperaturze, bez dostępu światła. Najczęściej trafiają więc do piwnicy lub - w wersji budżetowej - do lodówki.

Leżakowanie alkoholu oznacza, że jest on postarzany w stabilnych warunkach. Nie każde piwo dobrze układa się z czasem, dlatego w sieci trwają liczne dyskusje, który produkt warto wrzucić do piwnicy.

Zazwyczaj dobrze znoszą leżakowanie najmocniejsze piwa, imperialne stouty, portery, czy barley wine. Natomiast piwa mocno chmielone, jak IPA, szybko tracą swój charakterystyczny aromat i nie nadają się do przechowywania.

Piwnica jest ważnym miejscem dla beer geeka. Nie tylko dlatego, że przechowuje tu swoje piwne skarby. Spełnia także rolę "man cave", czyli "męskiej jaskini". Amerykańscy psycholodzy twierdzą, że miejsce, w którym mężczyzna może oddawać się swej pasji, odstresować, pobyć sam na sam, jest niezwykle ważne z puntu widzenia zdrowia psychicznego i emocjonalnego.

Przemysł w Stanach Zjednoczonych szybko odpowiedział na to zapotrzebowanie. Firma Kegworks za jedyne 7 698,99 dolarów oferuje BrewCave. Jest to szczelna metalowa komnata ze szklanymi drzwiami (dostępna w wielu kolorach), z systemem wentylacji i niezależnego chłodzenia, z licznymi półkami do przechowywania butelek oraz instalacją do wyszynku piwa z beczki. Co prawda zamontowanie BeerCave może wymagać przebudowania domu lub piwnicy, ale za to stwarza idealne warunki do leżakowania piwa i cieszenia się nim w domu. Reklama nie pozostawia wątpliwości: "to nie jest chłodnia do piwa, to raczej kawałek raju, jeśli tylko raj może być klimatyzowany i znajdować się w twojej piwnicy". Także inne rozwiązania zza oceanu dedykowane beer geekom wzbudzają podziw. W sieci można odnaleźć filmy z niezwykłymi skrytkami do przechowywania piwa. Umieszczone np. pod dużą donicą lub zakamuflowane w trawie, po wciśnięciu przycisku wysuwają się do góry, prezentując kolekcję butelek. Wersja ekonomiczna wymaga użycia korby.

Skrytki na piwo wcale nie są szalonym pomysłem. Bogate kolekcje o dużej wartości kuszą także złodziei. Niektórzy zaczynają się specjalizować w piwie rzemieślniczym. Jak poskarżył się w sieci jeden z poszkodowanych, ukradziono mu jedynie najcenniejsze egzemplarze piw z jego zbiorów. To włamanie nie mogło być przypadkiem.

NIENAWIŚĆ I MIŁOŚĆ

Perspektywa okradzionej piwnicy to nie jedyna ciemna strona piwnej pasji. W USA coraz więcej jest przypadków związków, w których sprawa stanęła na ostrzu noża: albo piwo, albo ja. W kobiecych środowiskach określenie beer geek brzmi alarmistycznie. Jedna z żon na firstwefeast.com zaleca dobrze zastanowić się, czy warto spotykać się z fanem piwa. Na własnej skórze doświadczyła, co to oznacza. Na przykład: koszmarnie nudne, niekończące się przesiadywania w ciemnych pubach w słoneczne dni, spędzanie wakacji w zimnych piwnicach browarów oraz piwo w każdym kącie domu. Beer geek, zamiast ukochanej, robi zdjęcia butelkom, wiecznie siedzi w sieci i nigdy nie pozwoli wybrać restauracji ani pubu, jeśli nie ma tam piw rzemieślniczych.

Nie tylko kobiety padają ofiarą piwnych entuzjastów. Beer geek'owie potrafią być także irytujący dla otoczenia. Wkurzają barmanów, zanudzają znajomych. W knajpach godzinami wybierają piwo, męczą o odpowiednie szkło i temperaturę podania. Zamiast się napić - degustują z namaszczeniem i robią notatki. Ewangelizują kumpli, nawracając na jedynie słuszną drogę. Wylewają piwo do zlewu. A co najgorsze: są wszędzie.

Komentarze (2)
"Kochanie, wymieniłem auto na piwo"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Karol Waw

    Oceniono 3 razy -1

    Wszystko pięknie ładnie, ale cudze chwalicie (amerykańskie) a swego nie znacie. "Wszystko" zaczęło się w 1842 w Pilznie w Czechach...kto ciekaw, to poszuka i znajdzie. Taki motyw, że w Czechach są do dzisiaj piwowarskie technika i kierunki studiów na wyższych uczelniach, kształcące piwowarów. Efekt, 10-milionowy kraj szczyci się niebagatelną ilością czynnych browarów - ponad 350. Polska piwna rewolucja - 6 lat, ponad 150 browarów licząc z restauracyjnymi i głównie samoucy. Nie wiem, czy to właśnie jest powodem, ale nierówność, brak powtarzalniści, polskiego browarnictwa daleko przewyższa Czechów. A kto twierdzi, że ich piwa są nudne...cóż...niewiele "liznął tematu".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy