Ręce precz od kwarcu!

Legenda głosi, że kiedy w 1944 r. Amerykanie przez pomyłkę bombardowali fabrykę IWC w Schaffhausen, jedna z bomb wpadła do biura dyrektora finansowego Otto Hellera i nie wybuchła. Niewiele myśląc, Heller zapakował dymiący jeszcze pocisk do kosza na śmieci i spokojnie wyniósł go na podwórze. Jakaś tam bomba nie mogła przecież przeszkodzić w czymś najważniejszym na świecie: produkcji szwajcarskich zegarków.

 

 

 

 

Historia IWC to historia paradoksów. International Watch Company (Międzynarodowa Spółka Zegarkowa) powstała w Szwajcarii, ale nazwa była angielska, bo jej twórca pochodził z USA. W Schaff-hausen nie robiono wtedy żadnych zegarków, a nazwa miasteczka kojarzyła się raczej z pasterstwem (Schaff-hausen, po polsku Szafuza, to w wolnym tłumaczeniu "dom owiec"). A jednak Amerykanin uparł się na fabrykę właśnie tam. Wytwórnia, choć kiedyś zbankrutowała, dziś kwitnie. I chociaż miała zalać rynek tanimi czasomierzami dla ludu, to sprzedaje zegarki po kilkaset tysięcy franków. Czy na takich paradoksach można zbudować potęgę? Okazuje się, że to solidny fundament.

 

 

Święty z Bostonu

 

Florentine Ariosto JonesAmerykanie są ludem koczowniczym. Ta banalna prawda sprawdziła się w przypadku pewnego inżyniera z Bostonu, który pewnego poranka 1868 r. obudził się owładnięty ideą wyposażenia każdego rodaka w podręczny zegarek. Florentine Ariosto Jones pochodził z rodziny zegarmistrzów i znał się na swojej robocie, wiedział jednak, że praca w USA jest droższa niż w Europie, a najlepsze zegarki robi się w Szwajcarii. Jones spakował manatki i wsiadł na statek. Początkowo szukał wspólników we francuskojęzycznej Jurze - zegarkowym zagłębiu Szwajcarii. Słysząc pomysły Amerykanina, starzy mistrzowie pukali się jednak w głowy: zegarek Jonesa miał być tani, funkcjonalny, praktyczny i - uwaga! - robiony na masową skalę przy użyciu maszyn, a to było dla Helwetów herezją. Los Jonesa odwrócił się, kiedy napotkał na swej drodze Johanna Heinricha Mosera - zegarmistrza, przemysłowca i konstruktora elektrowni wodnej na Renie, w Schaffhausen w północnej Szwajcarii. Moser spodobał się rzutkiemu przedsiębiorcy, a wzmianka o elektrowni wzbudziła w Jankesie entuzjazm - wiedział już bowiem, skąd weźmie tani prąd do napędu maszyn. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że i z siłą roboczą nie jest tak źle. Chociaż w Schaffhausen nie było żadnej zegarkowej firmy, fachowców udało się znaleźć. Co więcej, byli to fachowcy z rodowodem, bowiem już w XVI w. istniał w tym mieście cech zegarmistrzów.

Interes zaczął się kręcić. W założeniu IWC miało produkować zegarki niezawodne i tanie, głównie na rynek USA. Jones uznał, że najtrudniej zrobić porządny mechanizm, a z kopertami poradzi sobie byle rzemieślnik. Polecił więc robić w Schaffhausen tylko "gołe" werki, które wysyłano do Nowego Jorku i tam oprawiano. Wszystko działało wyśmienicie, aż amerykański rząd podniósł cło na towary z Europy. Nowe podatki wykończyły Jonesa i w 1876 r. IWC przeszło w ręce banku, który je kredytował, oraz innego Amerykanina, Frederica F. Seelanda. Wtedy wprowadzono zupełnie nową filozofię firmy i choć od tego czasu właściciele zmieniali się jak w kalejdoskopie, to jedno się nie zmieniło: miało być ekskluzywnie, nowatorsko i... drogo. Za czasów Jonesa fabryka tłukła 400 tys. zegarków rocznie, dziś produkuje ich (wg nieoficjalnych danych) zaledwie 30 tysięcy. I ani myśli bankrutować.

 

Z muzeum: zegarki IWC  doceniała zarówno armia Hitlera jak i armia czułych na sztukę elegantek Z muzeum: zegarki IWC  doceniała zarówno armia Hitlera jak i armia czułych na sztukę elegantek

 

 

Wysokie loty

 

IWC zawsze było w technologicznej awangardzie. Już mechanizm skonstruowany przez Jonesa na samym początku działania fabryki był innowacyjny, bo rozwiązywał powszechny wówczas problem wpływu temperatury otoczenia na dokładność zegarka. Balans odpowiedzialny za równomierny ruch kół zębatych i sprzężonych z nimi wskazówek zgodnie z prawami fizyki rozszerzał się, kiedy było cieplej i kurczył, kiedy temperatura spadała. Zmiany jego wymiarów powodowały nierównomierność obrotów w zimnym otoczeniu czasomierz spieszył się, a w ciepłym spóźniał. Mosiądz, z którego wykonywano mechanizmy, był mało odporny na odkształcenia cieplne, więc istniały spore problemy z dokładnością. Amerykanin zastosował balans z dwóch metali o różnym stopniu rozszerzalności termicznej mosiądzu i stali. Elementy stalowe reagowały na odkształcenia mosiężnych korekcją własnych wymiarów i na odwrót mosiądz "trzymał w ryzach" stal. W ten sposób balans jako całość nie zmieniał wielkości i zapewniał mechanizmowi przysłowiową punktualność szwajcarskiego zegarka. W 1885 r. powstał w Schaffhausen pierwszy na świecie czasomierz z cyfrowym wyświetlaczem. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z elektroniką - godziny i minuty po prostu ukazywały się w specjalnych okienkach, takich, jakie dziś w mechanicznych zegarkach pokazują datę. Tak czy inaczej, na tarczy próżno było szukać wskazówek, co dla dam i dżentelmenów stanowiło niemały szok.

The Pilot's Watch Chrono-Automatic Edition Antoine de Saint-Exupéry.  

The Pilot's Watch Chrono-Automatic Edition Antoine de Saint-Exupéry

Specjalna edycja poświęcona autorowi "Małego księcia".

Wersja w różowym złocie.

 

Cena: 13,7 tys. zł

 

W latach 30. XX w. inżynierowie IWC zaczęli myśleć nad stworzeniem ręcznego zegarka dla pilotów. Wyzwanie było spore, bo taki mechanizm musiał być odporny właściwie na wszystko oprócz grypy: wibracje, duże skoki temperatur oraz działanie silnych pól magnetycznych wytwarzanych przez silnik, urządzenia pokładowe i przez warunki atmosferyczne. Sprawa była o tyle istotna, że w tamtych czasach zegarki wykorzystywano w nawigacji. Fachowcy długo biedzili się nad rozwiązaniem. Wśród całej gamy skomplikowanych pomysłów, które zastosowano, znalazł się też jeden prosty, ale skuteczny. Mechanizm Mark IX (bo tak nazwano zegarek) został schowany w podwójnej kopercie: wewnętrzna była zrobiona z miękkiej niemagnetycznej stali, zewnętrzna - z tradycyjnego, wytrzymałego mechanicznie materiału: złota lub twardej stali. Tak pogodzono ogień z wodą - odporność na zakłócenia z trwałością.

 

Pilot's Watch Mark XVI Następca modelu Mark XV, zwycięzcy testu zegarków dla pilotów przeprowadzonego przez niemiecki magazyn ?Watch Magazine?.  

Pilot's Watch Mark XVI

 

Następca modelu Mark XV, zwycięzcy testu zegarków dla pilotów przeprowadzonego przez niemiecki magazyn "Watch Magazine". Odporny na pola magnetyczne i najdziksze powietrzne akrobacje.

 

Cena: 12 tys.

 

To chyba właśnie od tamtej chwili IWC zaczęto kojarzyć z "zegarkami dla prawdziwych facetów", żyjących aktywnie i szybko, ale ceniących dobry smak. Do dzisiaj z warsztatu w Schaffhausen wyszły np. profesjonalne zegarki dla nurków Aquatimer (niektóre modele są wodoszczelne aż do 2000 metrów) czy ekstremalnie wytrzymała i odporna na zmiany temperatur seria Ingenieur. Jeden z tych właśnie czasomierzy towarzyszył w 1953 r. Edmundowi Hillary'emu w pierwszej uwieńczonej sukcesem wyprawie człowieka na Mount Everest i to on był naręcznym świadkiem słynnego zdania "Załatwiliśmy skurczybyka!", które za pośrednictwem BBC usłyszał cały świat. "IWC. Od roku 1868. I od tak dawna, jak istnieją mężczyźni" - głosi jedno z reklamowych haseł firmy. Nielogiczne, ale działa na męską próżność.

 

Big Pilot's Watch: anatomia doskonałości

 

 

Pod prąd

 

Zegarki IWC wyprzedzają swoją epokę, lecz z konsekwencją opierają się kwarcowej rewolucji. Kiedy pod koniec lat 70. XX wieku świat oszalał na punkcie elektroniki i firmie groził kryzys, jej ówczesny dyrektor Günter Blümlein podjął odważną decyzję: "Idziemy [nomen omen] pod prąd". Według jego wizji zegarki nadal miały być ekskluzywne i mechaniczne. Był zdania, że tylko ponadczasowa filozofia ma szansę przetrwać. Czas pokazał, że miał rację, bo mechaniczny zegarek pozostał symbolem prestiżu i dobrego gustu. A że jest niepraktyczny? No cóż, to wcale nie takie pewne, bo IWC stara się, by czasomierze były jak najprostsze w obsłudze - od dawna przoduje np. w doskonaleniu mechanizmu automatycznego naciągu, dzięki któremu zegarek sam się nakręca. Gdy poruszysz ręką, czuwający w zegarku wahnik, czyli coś w rodzaju koła zamachowego, poprzez system kół zębatych, sprzęgieł i krzywek naciąga sprężynę. Do nakręcenia mechanizmu na 40-60 godzin potrzeba 550-700 obrotów wahnika, co odpowiada 8-10 godzinom noszenia zegarka.

 

Grande Complication   Ingenieur Automatic AMG

Grande Complication

 

 

Ingenieur Automatic AMG

 

Flagowiec IWC. Produkcja limitowana do 50 sztuk rocznie. 659 mechanicznych części, 71 łożysk z kamieni szlachetnych. Kalendarz na następnych 500 lat, pokazujący też fazy Księżyca. Oferowany z platynową lub złotą bransoletką albo z paskiem z krokodylej skóry.   Model powstały we współpracy z AMG - słynną firmą tuningującą mercedesy. Imponuje wytrzymałą i superlekką jak na zegarek tej klasy (109 g) obudową z tytanu. Surowe, srebrno-czarne wzornictwo sugeruje dokupienie do kolekcji rączego sportowego wózka.

 

Cena: 715 tys. zł - 1,1 mln zł

 

 

Cena: 22 tys. zł

 

 

Zegar bije (komunę)

 

IWC ma również za sobą epizod szpiegowski. Kiedy zaczęła się zimna wojna, brytyjski wywiad SIS miał kłopoty z pozyskiwaniem rubli na potrzeby agentów w Europie Wschodniej. Sprawa nie była prosta, ponieważ Rosjanie, chroniąc swoją walutę przed wyciekami, wszystkie transakcje z "wrogimi" państwami przeprowadzali w dolarach. Impas trwał do czasu, aż rezydujący w Berlinie Zachodnim młody agent SIS Tony Divall dostrzegł słabość Rosjan do zegarków firmy IWC. Przyczyna była prosta. Przed wojną firma sprzedawała niemal połowę produkcji do Europy Wschodniej - głównie Czechosłowacji, Polski, Rumunii, Jugosławii oraz na Węgry i Litwę. W środkowej i wschodniej Europie czasomierze IWC były znane i pożądane. W 1947 r. Divall nawiązał kontakt z grupą berlińskich przemytników, którzy szmuglowali zegarki ze Szwajcarii. Pomysł był genialnie prosty: szajka kupowała towar bezpośrednio u producenta, przyjeżdżając do Schaffhausen z walizkami pełnymi pieniędzy i przerzucała go do Berlina przez Genewę. Następnie - z pomocą kolejarzy z Berlina Wschodniego - zegarki podróżowały za żelazną kurtynę linią Berlin-Brześć, gdzie upłynniano je za ruble. Przebicie cen było olbrzymie: jeden złoty IWC kosztował w Związku Radzieckim 2-2,5 tys. rubli, czyli około 350 dolarów - a więc pięć razy drożej niż w Niemczech i sześć razy drożej niż w Szwajcarii. Radziecka waluta wracała do Berlina, gdzie już czekał Divall jako jednoosobowy kantor wymiany walut, skupujący wszystkie ruble. Agent SIS i jego towarzysze wymyślali coraz to nowsze sposoby na bezpieczny szmugiel: raz wpadli na pomysł, by wypatroszyć mięsne konserwy, które kolejarze zabierali ze sobą jako służbowy prowiant, nadziać je zegarkami i przykryć mielonką. Autorem tej idei był polski Żyd z Lublina, jubiler Jerzy Ferenstein, który miał sklep koło berlińskiego dworca ZOO. Dzięki zegarkom Divall pozyskał 17 milionów rubli, a IWC nosił ponoć nawet sam minister spraw zagranicznych Kraju Rad Wiaczesław Mołotow.

 

Da Vinci Perpetual Rattrapante   Portuguese Chrono-Automatic

 

Da Vinci Perpetual Rattrapante

 

 

 

Portuguese Chrono-Automatic

 

Mechanika XXI wieku i renesansowy design. Reklama IWC głosi: "Prawie tak skomplikowany jak kobieta, ale się nie spóźnia".

 

Zegarek ma blisko 2-dniową rezerwę mocy (44 godziny), a nakręca się automatycznie - czerpiąc energię z ruchów dłoni. Stalowa koperta na pasku ze skóry krokodyla.

 

Cena: 105 tys. zł

 

 

Cena: 23,5 tys. zł

 

 

Kod Leonarda, kod życia

 

Każdy zegarek najlepiej wygląda o 10.10, kiedy jego wskazówki tworzą szeroki uśmiech - i tym właśnie uśmiechem raczy nas przeważnie z reklamowych zdjęć. Nie znaczy to jednak, że firma ma nie dbać o wizerunek swego dzieła, tak aby prezentowało się godnie o każdej godzinie i w każdych okolicznościach. IWC zatrudnia najlepszych designerów, a ich pomysły często nawiązują do historii, kultury czy sztuki. Tak było z serią da Vinci, dedykowaną geniuszowi renesansu, zasłużonemu też dla zegarmistrzostwa. Kiedy pracujący dla IWC designer Hano Burtscher szukał inspiracji w pracach mistrza, w "Codex Atlanticus" natrafił na coś całkiem niespodziewanego: kopertę zegarka! Do koncepcji pasowała jak ulał - wystarczyło ją trochę unowocześnić.

 

Schaffhausen to szacunek dla tradycji... ...duma z dobrej roboty

 

Schaffhausen to szacunek dla tradycji...

 

 

 

IWC dba o wizerunek nie tylko zegarków, ale także całej firmy. Prowadzi szkołę dla młodych zegarmistrzów, wspiera fundację rozwoju sportu Laureus i przeprowadza aukcje charytatywne. Ostatnia z nich odbyła się 12 października w nowojorskiej filii słynnego domu aukcyjnego Christie's. Pod młotek poszedł The Pilot's Watch Chrono-Automatic Edition Antoine de Saint-Exupéry z linii lotniczych zegarków, którą poświęcono francuskiemu pisarzowi i lotnikowi Antoine'owi Saint-Exupéry'emu z okazji 75. rocznicy wydania powieści "Nocny lot". Kolekcja była limitowana do 1931 egzemplarzy (nawiązanie do roku wydania książki). Jeden egzemplarz w platynowej kopercie trafił do Christie's i został sprzedany za 50 tys. dolarów, a nabywca otrzymał też "Nocny lot" z autografem autora.

 

...duma z dobrej roboty...   ...i uwielbienie dla nowoczesności

 

...duma z dobrej roboty...

 

 

...i uwielbienie dla nowoczesności

 

Patrząc na to wszystko, można zapytać: czym właściwie jest współczesny drogi mechaniczny zegarek? Luksusowym przedmiotem? Na pewno. Oznaką statusu właściciela? Też. Lecz jeśli spojrzymy na IWC, zobaczymy także altruizm, niezależność mimo zmian koniunktury, uwielbienie dla nowoczesności, szacunek dla tradycji, chęć do przekazywania umiejętności innym i dumę z dobrej roboty. Wszystko to, co cechuje człowieka z kręgosłupem, z fantazją, z klasą. Zegarek to nie tylko bezmyślne liczydło, ale też symbol, strażnik wartości. Firma z Schaffhausen ukuła maksymę Probus Scafusia i umieszcza ją na czasomierzach, z których jest wyjątkowo dumna. Probus to po łacinie sprawdzony, rzetelny, godny, Scafusia - zlatynizowana nazwa Schaffhausen. Zdanie to można więc czytać jako "Godzien miana Schaffhausen", godzien samego siebie. I o to tak naprawdę tu chodzi. A czas? Czas, jak powiedział Seneka, jest tylko tym, co z niego zrobimy.

 

 

 

Zegarki IWC w Polsce można kupić w salonach sieciowych Apart i W. Kruk oraz w sklepach: Hermitage Boutique (Warszawa, pl. Piłsudskiego 1), Jubiler Pluciński (Poznań, ul. Głogowska 58), Krakowski Salon Jubilerski W. Strojny (ul. Sławkowska 10), odCzasu doCzasu.

 

 

 

Tekst: Łukasz Klesyk

Konsultacja techniczna: Władek Meller

Zdjęcia: serwis prasowy firmy IWC

 

Czytaj także w serwisie Znam.to : Tissot PR50 Titanium, klasyczny i niezniszczalny

Więcej o: