Cristiano Ronaldo - papież futbolu

Uwielbiam być Cristiano Ronaldo - powiedział kiedyś najwybitniejszy piłkarz naszych czasów. Choć finał tegorocznego Euro rozpoczął się dla niego tragicznie, ostatniemu gwizdkowi towarzyszyły łzy szczęścia.

Urodziłem się w 1991 roku. Nie pamiętam Platinich, Maradonę kojarzę wyłącznie z farsy trenerskiej podczas Mundialu w RPA, a 0:0 na Wembley to dla mnie pojęcie z gatunku abstrakcyjnych.

Moją pierwszą piłkarską fascynacją był brazylijski Ronaldo. Do dziś pozostaje chyba największą, w myśl prawideł o pierwszych miłościach. Choć miałem zaledwie siedem lat, doskonale pamiętam finał przegrany przez Brazylię na Mistrzostwach Świata we Francji. 0:3 na Stade de France skwitowałem gorzkim płaczem, tak jakbym to ja był winny porażki. Całe podwórkowe życie chciałem grać jak on, a teraz jedyne, co mamy wspólnego to nadwagę. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym skompletowałem brazylijski strój: koszulkę i spodenki kupiłem sam, getry dostałem na Wielkanoc.

Drugim wielkim piłkarzem, którego wizerunek długo zdobił moje ściany był David Beckham. Kiedy fatalnie przestrzelał karnego podczas Mistrzostw Europy w 2004 roku akurat kończyłem podstawówkę. Choć było w tym kuriozalnym uderzeniu coś upokarzającego, plakatu nigdy nie zdjąłem. W końcu dwa lata wcześniej Beckham zrobił to:

Później nadszedł okres stagnacji, przerwanej tylko przez niespodziewaną miłość do Zizou. Choć to on w dużej mierze pogrążył w 1998 roku ukochanego Ronaldo, grą na niemieckich Mistrzostwach Świata w 2006 roku ujął mnie całkowicie. Po pamiętnym finale, kiedy to Zidane wykonał jeden z najsłynniejszych swoich strzałów, Materazzi został moim wrogiem numer jeden. Do dziś nie jestem w stanie przekonać się do włoskiej reprezentacji.

W 2010 roku zakochałem się w futbolu na nowo. Diego Forlan już na zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim piłkarskim sercu - genialny turniej rozegrany w RPA zbiegł się w czasie z chyba najfajniejszym okresem mojego życia. Choć Urugwajczyk nie był piłkarzem wybitnym, sentyment robi swoje - bez cienia zawahania umieściłbym go w czołowej piątce najważniejszych piłkarzy mojego życia.

I choć wydawałoby się, że to na młodzieńcze lata przypadają największe fascynacje, parę lat temu nagle zjawił się Cristiano Ronaldo. Nie mam pojęcia, jak nasza relacja się zaczęła, zwłaszcza, że u progu kariery i podczas jego gry w Manchesterze United uważałem go za, eufemistycznie mówiąc, piłkarza przereklamowanego. Swojego brazylijskiego odpowiednika nigdy nie przebije - nie przez brak umiejętności, z zasady - ale i Beckhama, i Zizou, i Forlana, przykrywa bez problemu.

Wczorajsza kontuzja CR7 była chyba najbardziej "magicznym" momentem, jaki przeżyłem w swoim kibicowskim życiu. Słowo "magiczne" jest tu nie na miejscu, ale żadne inne nie przychodzi mi do głowy. Było w tej kontuzji coś upiornego, coś smutnego, ale jednocześnie - pięknego. Ronaldo to z całą pewnością najwybitniejszy aktor ze wszystkich piłkarzy, kocha być w centrum uwagi, ale wczorajszy spektakl był prawdą i szczerością w najczystszej postaci. Heroiczna walka, by wrócić na boisko, łzy rozpaczy, kiedy okazało się, że nie da rady i jeszcze ta przelatująca przed twarzą ćma, jakby mało było w tym wszystkim symboliki.

Światem piłkarskim od dawna rządzi duopol Messi-Ronaldo. Nie zamierzam rozstrzygać tego pojedynku. Chyba najtrafniejszą opinię o rywalizacji popełnił kiedyś na Twitterze dziennikarz Michał Majewski, który napisał, że CR7 jest supermaszyną, ale to Leo jest dotknięty przez Boga.

To jednak Cristiano skradł moje serce. Niedawno zażartowałem, że z nim jest trochę jak z PiS-em - nikt go nie lubi, ale wciąż jest na szczycie. Po wczorajszym meczu tę opinię trzeba nieco zrewidować - potrzeba było kontuzji w najważniejszym meczu jego życia, by niemal cały piłkarski świat zaczął się solidaryzować z Crisem. Wystarczy przejrzeć trendy z sieci społecznościowych, a zobaczymy, jak wszyscy nagle stali się Portugalczykami.

Dziś pojawiły się opinie, że Ronaldo być może opuści pierwsze mecze nowego sezonu ligi hiszpańskiej. Trudno. Kuruj się, Cristiano. Muszę jeszcze zdążyć zobaczyć cię na żywo, jak ośmieszasz rywali na Santiago Bernabeu.

Jesteś wielki. Po wczorajszym meczu jeszcze bardziej, choć zagrałeś tylko kilkanaście minut.

Więcej o: