Jazz na lodzie

Czy wyobrażacie sobie, że można zmienić słowa polskiego hymnu, by uhonorować znakomitego sportowca, który akurat kończy karierę? A co byście powiedzieli, gdyby za jednym zamachem zmienić słowa dwóch hymnów! Takie cuda zdarzają się tylko wtedy, gdy w ruch - z prędkością światła - idą hokejowe kije i kauczukowy krążek.

 

Gdzie i kiedy narodziła się najszybsza zespołowa gra świata? Większość kibiców odpowiada, że w Kanadzie. To ten kraj uchodzi za kolebkę tej dyscypliny. To tam dzieci dostają do zabawy hokejowe kije zamiast grzechotek. Ale najpierw zajrzyjmy na chwilę na brytyjską łąkę...

 

 

Puchar od lorda 
 

Jest początek XVI w. Znudzony pilnowaniem bydła wieśniak dla zabicia czasu bawi się swoim pasterskim kijem, uderzając leżące kamienie. Nawet nie zauważa, gdy nagle na jego drodze staje drugi pasterz. Złośliwy człowiek, który postanawia, że to on uderzy w głaz jako pierwszy. Mężczyźni się przepychają i tak rodzi się ta rywalizacja. Z czasem kamień zastąpiła drewniana lub korkowa kula, a miejscowi zaczęli nazywać tę grę "bandy", czyli przerzucanka. Rywalizacja była na tyle ciekawa i emocjonująca, że kontynuowano ją nawet wtedy, gdy pola pokrył śnieg i lód. Nazwę "hokej" zawdzięczamy prawdopodobnie Francuzom, którzy mianem "hoquet" określali zgięty, pasterski kij...
Ta historia na pewno oburzyłaby kilka narodów. Pierwsi rwetes podnieśliby Holendrzy. Niedoścignieni mistrzowie łyżwiarstwa w Europie, którzy mieli przecież swoją "kolv", czyli grę polegającą na przerzucaniu kijami drewnianej kuli. Po drugiej stronie oceanu Indianie też umilali sobie czas w podobny sposób.
Kto ma rację? Machanie pasterskimi kijami i przepychanie kamieni ma się do dzisiejszego hokeja tak jak podróż furmanką do lotu na Księżyc. Może więc jednak Kanada? Kraj, w którym wizerunek dzieci grających w hokeja jest nawet na pięciodolarowym banknocie.
W mroźną zimę 1870 r. grupka znudzonych angielskich żołnierzy, stacjonujących w kanadyjskim forcie Halifax w Nowej Szkocji, przypomina sobie o grze ojców. Już nie przerzucają kuli, tylko starają się ją wrzucić do bramki. Kroniki podają, że w 1874 r. w Kingston w kanadyjskim Ontario odbył się pierwszy mecz w dyscyplinie sportu, która do dziś jest nazywana przez wielu kanadyjskim hokejem. Hokej  bardzo szybko trafia do szkół. Studenci Uniwersytetu McGill w Montrealu ustalają wielkość lodowiska i rozmiar bramek. Zauważają, że kula za bardzo podskakuje na nierównym lodzie i zastępują ją drewnianym krążkiem. Pierwsze drużyny mają po dziewięciu zawodników, a oficjalne mecze trwają dwa razy po trzydzieści minut.
W mroźnej, skutej lodem Kanadzie trudno o lepszą rozrywkę. W 1883 r. hokej jest już w programie zimowego karnawału w Montrealu (Montreal Ice Carnival). Zwycięstwo w turnieju i 750 dolarów nagrody zgarnęli, oczywiście, studenci z McGill. Pasjonująca rywalizacja rozkręca się z każdym miesiącem. Swoje drużyny mają już Toronto, Ottawa, Montreal. W 1885 r. w Kingston powstaje pierwsza, zrzeszająca cztery drużyny, liga! Rozgrywki się rozrastają, a splendoru dodatkowo przydaje im lord Frederick Arthur Stanley. W 1892 r. Generalny Gubernator Kanady funduje trofeum, które do dziś jest marzeniem każdego, kto chociaż raz miał w ręce hokejowy kij i uganiał się za krążkiem - Puchar Stanleya - puchar dla najlepszej klubowej drużyny świata!

 


Legenda z numerem 99

 

Jeżeli wydaje ci się, że piłka nożna jest emocjonująca i szybka, to oznacza, że prawdopodobnie nigdy nie byłeś na meczu hokeja. Na lodzie wszystko rozgrywa się w mgnieniu oka - sekunda zawahania i cały misterny plan, który się zrodził w głowie zawodnika prowadzącego krążek, jest przeszłością. Nieżyjący już kanadyjski poeta Al Purdy stwierdził kiedyś, że hokej jest jak improwizacja jazzowa. Nigdy nie wiadomo, jaka nuta zabrzmi za chwilę...
Najczęściej w czyste tony trafiali, oczywiście, Kanadyjczycy, a wśród nich ten największy: Wayne Gretzky - "The Great One", czyli Wspaniały. Czy wyobrażacie sobie, żeby zmienić słowa polskiego hymnu, by uhonorować znakomitego sportowca, który akurat kończy karierę? Takiego niezwykłego wyróżnienia doświadczył właśnie Gretzky! 18 kwietnia 1999 r. na jego cześć zostały zmienione słowa nie tylko hymnu Kanady, ale i USA! W miejsce "O Canada, we stand on guard for thee" ("O Kanado, stoimy na twojej straży"). Bryan Adams, kanadyjski piosenkarz, zaintonował - "We're going to miss Wayne Gretzky" ("Będziemy tęsknić za Waynem Gretzkym"). A po chwili John Amirante zmienił słowa amerykańskiej pieśni z "the land of the free" ("kraj wolnych ludzi") na "the land of Wayne Gretzky" ("kraj Wayne'a Gretzky'ego").

 

 

 

Skalpowanie na lodzie

 

Hokej budzi jednak wielkie emocje nie tylko z powodu tak nadprzyrodzonych zjawisk jak Gretzky i jemu podobni. Hokej to przede wszystkim walka. Zawodnicy zakuci w niezliczone ochraniacze czują się jak współcześni gladiatorzy i często tak się zachowują. Bójki na lodzie są codziennością. Najlepsi zawodnicy mają swoich ochroniarzy, którzy dbają o to, by nawet włos nie spadł im z głowy. I tu możemy się pochwalić, że jednym z najsłynniejszym ochroniarzy był tyszanin, 35-letni dziś Krzysztof Oliwa.
W czasie 10 lat spędzonych w NHL Oliwa bił się ponad 200 razy. Wszystkie walki miał nagrane na wideo. - Często je analizowałem, nigdy nie było wiadomo, kiedy nadarzy się okazja do rewanżu - tłumaczył. Gdy po normalnym treningu większość zawodników wracała do domów on zostawał na siłowni, a na dodatek cztery razy w tygodniu ćwiczył boks. Oliwa nigdy się nie oszczędzał, co przypłacił wieloma kontuzjami. - Bywało tak, że nie mogłem dojść z łóżka do łazienki bez zażycia środków przeciwbólowych. Jestem po trzech ciężkich operacjach. Miałem prawie urwaną rękę, ciężką kontuzję kolana, ramienia, pod skórą metalową płytę i sześć śrub - opowiadał. Wiele osób zarzuca Oliwie, że trafił do NHL tylko dlatego, że potrafił się bić, ale to nieprawda - grał w najważniejszych meczach play-off, gdy ważyły się losy jego drużyny. Jest też jedynym Polakiem, który zdobył elitarny Puchar Stanleya, reprezentował wtedy New Jersey Devils (nie grał w finałach z powodu urazu).

Nie da się jednak ukryć, że hokej to sport dla prawdziwych twardzieli. Artur Ślusarczyk, dwukrotny król strzelców polskiej ekstraligi, wyznaje zasadę, że jak się nie niesie własnej nogi pod pachą, to można grać. Kilka sezonów temu Damian Słaboń, reprezentacyjny napastnik, stracił zęby kilka dni po tym, jak je sobie wprawił po wcześniejszym wypadku na lodzie. Koszmarny uraz zaliczył też przed laty obrońca Mariusz Trzópek, który wpadł na nieosłonięty kant  
chroniącej lodowisko pleksi i niemal sam się oskalpował. W żyłach zawodnikach płynęła taka ilość adrenaliny, że nie zważając na cieknącą krew, przyklepał kaskiem odpadający płat skóry i chciał wrócić do gry! Miotane z nieludzką siłą krążki (często ponad 130 kilometrów na godzinę) przed laty wybijały zęby i oczy. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w latach 60. bramkarze wyjeżdżali na lód bez kasków i masek, tylko w wełnianych czapeczkach. Koszmarne kontuzje - chociaż rzadziej - zdarzają się i dzisiaj. W ubiegłym sezonie NHL Słowak Richard Zednik został zraniony łyżwą. Kolega z zespołu Fin Oli Jokinen przez przypadek zahaczył go stalowym ostrzem i paskudnie przeciął kark. Życie Zednikowi uratowała natychmiastowa pomoc lekarzy.

 


Czerkawski wśród gwiazd

 

Chociaż tuż za naszymi granicami (głównie południową i wschodnią) rodzą się najbardziej utalentowani hokeiści w Europie, nasze dokonania na lodowych taflach są więcej niż skromne. Za krążkiem uganiamy się od lat 20. ubiegłego wieku. Za oficjalny początek przyjęto 1925 r., gdy z inicjatywy czterech warszawskich klubów: Polonii, AZS-u, Warszawianki i Warszawskiego Towarzystwa Łyżwiarskiego, powstał Polski Związek Hokeja na Lodzie. Pierwsze sztuczne lodowisko - katowicki Torkat - oddano do użytku pięć lat później. Wtedy był to dwunasty obiekt w Europie.
Najbardziej znanym, a pewnie i najlepszym zawodnikiem w historii polskiego hokeja, był 36-letni dziś Mariusz Czerkawski, który kilka miesięcy temu zakończył karierę. Wychowanek GKS-u Tychy grał w najlepszej lidze świata przez 12 sezonów. Nie były to epizody, jak w przypadku Oliwy, ale występy i mecze, o których było głośno nie tylko za oceanem. Czerkawski był kluczowym graczem New York Islanders i Edmonton Oilers, a w 2000 r. zagrał nawet w meczu gwiazd - widowisku zarezerwowanym dla najlepszych hokeistów NHL. Łącznie wystąpił w 745 spotkaniach, w których strzelił 215 goli.
Czerkawski nie był pierwszym Polakiem w elitarnym gronie. W 1963 r. na taflach najlepszej ligi świata zadebiutował John Miszuk - dla przyjaciół Janek, który przyznawał się do polskiego pochodzenia. Miszuk urodził się w Nalibokach (wieś pod białoruskim Mińskiem), ale gdy był jeszcze dzieckiem, został razem z rodziną wysiedlony do Niemiec, skąd po wojnie wyjechał do Kanady.
Kto wie, czy w NHL nie sprawdziliby się też znakomici napastnicy, którzy czarowali na polskich lodowiskach w latach 70.? Wiesław Jobczyk czy Andrzej Zabawa grali, niestety,  w czasach, gdy wyjazd za granicę bez zgody partii równał się zdradzie narodowej. Mówiąc o największych, nie sposób pominąć Henryka Grutha. Znakomitego obrońcę, czterokrotnego olimpijczyka z Rudy Śląskiej, który jest jedynym Polakiem w Galerii Sław Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie. 

 

 

Mariusz Czerkawski i jego ranking najlepszych 

 

 

Ray Bourque - najlepszy obrońca, przeciwko jakiemu grałem. Poznaliśmy się, gdy występowałem w Boston Bruins. Nie wyglądał na atletę - na lodzie był jednak niezastąpiony. Mistrz gry jeden na jednego. Niemal nie do przejścia! Jakby czytał w twoich myślach. Do tego umiał świetnie podać i strzelić. Gracz kompletny.

 

 

Adam Oates - jeden z lepszych środkowych w historii hokeja. Mógł osiągnąć więcej, ale trapiły go kontuzje. Mistrz asyst, po których grzechem byłoby nie strzelić gola. Adam sam przygotowywał sobie kije, ścinając powierzchnię łopatki o połowę. Pytany, dlaczego tak robi, odpowiadał z uśmiechem: - Tyle mi wystarczy.

 

Nicklas Lindström - kolejny obrońca. Niezwykle utalentowany zawodnik. Oglądanie go w akcji to przyjemność. Za całą rekomendację niech świadczy fakt, że sześć razy zdobył nagrodę James Norris Memorial Trophy, czyli wyróżnienie dla najlepszego obrońcy NHL. Jego wartość podnosi to, że jest równie skuteczny w ataku.

 

 

Martin Brodeur - najlepszy bramkarz, przeciwko jakiemu grałem. Zmora napastników. Potrafi zatrzymać krążek, który wszyscy widzą już w bramce. Kanadyjczyk jest niezniszczalną podporą New Jersey Devils, którzy moim zdaniem głównie dzięki niemu od tylu lat są w czołówce ligi NHL.

 

 

Henryk Gruth - jeden z tych, którzy zainspirowali mnie do tego, by zostać zawodowym hokeistą. Nie był najszybszy, ale techniką bił innych na głowę. Lider drużyny, człowiek, na którego inni patrzyli z nadzieją, gdy zespół był w dołku. Szkoda, że nie urodził się później... Może zagralibyśmy razem w NHL?

 

Henryk Gruth

 

 

Zasady gry w hokej

 

Z przepisami do gry w hokeja jest trochę tak jak z utworami literackimi z okresu romantyzmu. Materiały, które je interpretują, są zdecydowanie bardziej obszerne niż teksty źródłowe. Warto też dodać, że niektóre przepisy międzynarodowe różnią się od tych, które stosuje się w NHL.

 

 

Czas - na mecz składają się trzy części zwane tercjami. Każda trwa 20 minut samej gry.

 

Skład - 22 zawodników, w tym dwóch bramkarzy. Na lodzie podczas jednej zmiany przebywa sześciu graczy: bramkarz, dwóch obrońców i trzech napastników.

 

 

 


Prowadzenie krążka - zawodnik może zagrywać krążek kijem (którego nie wolno podnieść powyżej ramion), łyżwą lub ręką (ale nie można go złapać i podać do kolegi z zespołu). Bramkę można zdobyć kijem lub łyżwą (ale tylko wtedy, gdy krążek odbije się od ostrza przez przypadek). Po golu albo gdy krążek wypadnie poza bandę lub zniknie z pola widzenia sędziego, następuje wznowienie - w określonym miejscu sędzia rzuca krążek pomiędzy dwóch rywalizujących o niego graczy.

 

 

Przewinienia - lista jest bardzo długa, najczęstsze to: zahaczanie, spowodowanie upadku przeciwnika, atak kijem trzymanym oburącz, uderzanie łokciem, gra złamanym kijem, celowe poruszenie bramki. Kary za przewinienia to wykluczenia: od 2 minut aż po całkowite usunięcie z gry.

spowodowanie upadku przeciwnika

 

 

zahaczanie

 

 

 

 

atak kijem trzymanym oburącz

 

 

Cud na lodzie

 

Takim mianem określa się legendarny mecz pomiędzy reprezentacją USA i Związku Radzieckiego podczas Igrzysk Olimpijskich w Lake Placid w 1980 r.
Amerykanie - w większości studenci - byli skazywani na pewną porażkę, tuż przed igrzyskami przegrali z niezwykle mocną Sborną 3:10.
Gdy stawką był olimpijski medal, Amerykanie wznieśli się jednak na wyżyny i po heroicznym boju ograli drużynę radziecką 4:3. Mecz zaczęto nazywać "cudem" za sprawą komentatora telewizji ABC (nie transmitowała meczu na żywo, nie wierząc w sukces Amerykanów). W ostatnich sekundach krzyczał do mikrofonu - "Zostało pięć sekund. Czy wierzycie w cuda? Tak! Niewiarygodne!". Międzynarodowa Federacja Hokeja na Lodzie uznała "cud na lodzie" za najważniejsze wydarzenie w swojej stuletniej historii.

 

 

My też mamy swój hokejowy cud. Wydarzył się 8 kwietnia 1976 r. w katowickim Spodku i również wiąże się ze Związkiem Radzieckim. Przed tym pamiętnym spotkaniem bilans rywalizacji ze Sborną był dla naszej drużyny druzgoczący: 25 meczów i 25 porażek! TVP, podobnie jak kilka lat później ABC, nie była zainteresowana transmisją tego spotkania. Jak bardzo się myliła! Polacy jeden, jedyny raz w historii ograli radziecki zespół 6:4. Gwiazdą polskiej ekipy był młodziutki napastnik Baildonu Katowice 21-letni Wiesław Jobczyk (na zdjęciu współcześnie), który strzelił trzy gole. Po latach Jobczyk żartował, że Leonid Breżniew, ówczesny sekretarz generalny KPZR, wysłał wtedy do Polski telegram następującej treści: "Gratulacje. Stop. Gaz. Stop. Ropa. Stop".

 

 

Tekst: Wojciech Todur

 

Dziękujemy firmie Fair Play za pomoc w realizacji materiału.
 

 

Zdjęcia: Kuba Atys, Grzegorz Pachla, AP, Łukasz Falkowski, Shutterstock, materiały promocyjne

 

Więcej o: