"Uwielbiamy swoje kompleksy. Ale za granicą jesteśmy bardzo fajni!"

Kuba Dobroszek
10.02.2016 09:47
A A A
Tomek Michniewicz

Tomek Michniewicz (Fot. materiały prasowe)

- Wyjeżdżamy za granicę bez poczucia, że jesteśmy władcami świata. Szanujemy ludzi, jesteśmy ich ciekawi. Nie widziałem jeszcze nigdy pijanego Polaka z plecakiem. Ale mówię o backpackerach, nie o "pakietowych" Polakach z Szarm el-Szejk - przyznaje podróżnik Tomek Michniewicz, w rozmowie z Kubą Dobroszkiem.

KUBA DOBROSZEK: Jakie barwy wywieszasz w Święto Flagi?

TOMEK MICHNIEWICZ: Biało-czerwone, a jakie miałbym wywieszać?

Zastanawiam się, czym dla ciebie jest ojczyzna. Te ciągłe wyjazdy, podróże i obce kultury potrafią zamotać.

Musisz mieć dom, musisz mieć do czego wracać. Gdzieś się urodziłeś, skądś pochodzisz - podróże tego nigdy nie zmienią. Natomiast definicja "ojczyzny" mocno się zmieniła. Na przykład teraz wielu moich bliskich mieszka za granicą, w Londynie, Berlinie. Kiedyś, byliby na "obczyźnie", dziś słyszę ich, widzę się z nimi codziennie - przez media społecznościowe. Mogliby mieszkać równie dobrze w Bieszczadach.

Chcesz więc powiedzieć, że jeszcze kilka lat temu - bez social mediów - podróżowanie było trudniejsze?

Nie, dlaczego?

Ludzie nie muszą teraz szukać informacji na specjalistycznych forach - wszystko mają przeważnie skumulowane w jednej grupie na Facebooku. Poza tym łatwiej o towarzystwo na ewentualne wycieczki, a, jak wiadomo, w kupie siła.

Przed Facebookiem był Couchsurfing, a przed nim Hospitality Club - duże serwisy dla podróżujących. Ludzie pomagali sobie w podróżach od zawsze, tyle, że innymi kanałami.

No właśnie, teraz kanał jest jeden. Siłą rzeczy powinno być łatwiej.

Wydaje mi się, że mylisz dwa pojęcia: łatwość dostępu do informacji i poszerzenie grupy ludzi podróżujących, a więc dostarczających tych informacji. Dziesięć lat temu mieliśmy zaledwie jedno forum, będące centrum operacyjnym rodzimych globtroterów

Ilu was było?

Z pięć tysięcy?

A teraz?

Polaków, którzy samodzielnie podróżują po świecie, według moich obserwacji, jest ok. 60 tysięcy.

Rozumiem: więcej podróżujących, więcej źródeł informacji.

Social media, technicznie, to żaden przełom w podróżowaniu.

Co więc ułatwiło nam podróżowanie po świecie?

Nasza obecność w Unii Europejskiej, to, że się bogacimy, że jesteśmy coraz bardziej przedsiębiorczy, że mówimy różnymi językami. Masz paszport kraju UE. To dużo zmienia. Dzięki temu konsulaty brytyjskie czy francuskie są zawsze dla ciebie otwarte, nieważne, gdzie jesteś. Oczywiście to, czy ci pomogą, to inna kwestia, ale gdy jedziesz przez Kamerun, polskiego dyplomatę możesz zobaczyć najwyżej na zdjęciu.

No tak.

To, że jesteśmy w Unii wprowadziło do Polski również tanie linie lotnicze. Jeśli w niższej cenie możesz szybko dostać się do Paryża, Londynu czy Madrytu, to i szybciej i taniej polecisz do Ameryki Południowej, Azji i na Karaiby, gdzie podróżuje się głównie z większych stolic europejskich.

Dzięki tym tanim liniom lotniczym ludzie masowo uciekają na emigrację zarobkową.

Uciekają? Podróżują!

Oni też? O Boże, czyli niemal wszyscy podróżujemy?

Definicja podróżnika jest bardzo pojemna. W 1856 na wyprawę do Afryki pojechała obrzydliwie bogata holenderska arystokratka, Alexine Tinne. Zabrała matkę i ciotkę, służących, lokajów w liberii, pięciuset tragarzy. Niesiono jej wanny, porcelanę, baldachim, zebrane dzieła Szekspira, pianino i mnóstwo szampana. Podróżowała w lektyce z parasolem, a jej ciotka w fotelu. Miała zamiar odnaleźć źródła Nilu. I teraz powiedz mi, czy to była prawdziwa podróż, czy fanaberia?

Może jedno i drugie?

W tym samym czasie brytyjscy odkrywcy również eksplorowali afrykański interior, z tym, że ich ekspedycje przeważnie wracały zdziesiątkowane.

Albo w ogóle nie wracały.

Dlatego ja nie definiowałbym pojęcia podróży. Czasy prawdziwych podróżników skończyły się, gdy skończyły się miejsca do odkrywania. Nie ma już białych plam na mapie, niemal wszędzie możesz względnie łatwo dotrzeć.

Jeśli bawić się w górnolotne myśli, można by rzec, że całe nasze życie jest podróżą. Wielokrotnie bardziej nieprzewidywalną niż wyjazd, np. do Kambodży.

A wiesz, że bardzo często dalsze eskapady są nieprzewidywalne jedynie z perspektywy kogoś, kto siedzi w fotelu w Polsce? One tylko wyglądają na takie dzikie i niebezpieczne, gdy nie znasz kontekstu. Gdy jesteś w Bangkoku, wokół siebie widzisz 50 tysięcy ludzi, którzy robią dokładnie to samo, co ty. A indyjską Goa trudno już nawet nazwać indyjską prowincją. Teraz to raczej europejska plaża.

Żądza pieniądza?

Backpacking - podróżowanie z plecakiem - to też biznes turystyczny. I to na dużą skalę.

Nie boisz się, że Twoja pasja stanie się kiedyś tylko i wyłącznie biznesem? Że ten dreszczyk adrenaliny i doza niewiadomej, całkiem się ulotnią?

W wielu miejscach już tak jest.

Na przykład?

Na przykład w Vang Vieng w Laosie. To była malutka wioska na brzegu dopływu Mekongu, do której ciężko było dojechać, nic się tam ciekawego nie działo. Ale z dziesięć lat temu przyjechało tam paru chłopaków z Europy. Dla jaj napompowali sobie dętkę od traktora czy jakiejś maszyny rolniczej i spłynęli rzeką popijając piwo. Następnie umieścili to w Internecie, było trochę śmiechu, inni też chcieli się tak pobawić. I dziś Vang Vieng to ogromny biznes oferujący masowo spływ rzeką na  oponach i picie napojów wyskokowych do nieprzytomności.

Co więc, jeśli backpackerów spotka to samo, co podróżników? Każde miejsce, prędzej czy później, oprze się na modelu biznesowym. Gdzie będziecie jeździć?

To nam nie grozi.

Oj wielu było takich, co to się niczego nie obawiali.

Każdy biznes turystyczny przechodzi kilka identycznych faz, więc wiadomo co nas czeka.

Faza pierwsza?

Inspiracji. W dane miejsce, jeszcze zupełnie dziewicze, jedzie kilka osób. Wracają zachwyceni, co automatycznie ciągnie za sobą przebiśniegi nieco bardziej zorganizowanej turystyki.

Druga?

Jakiś czas później, w odpowiedzi na zapotrzebowanie, pojawia się na miejscu stacjonarna agencja turystyczna, która zorganizuje co trzeba przyjezdnym, ale później sama zacznie ściągać klientów zachodnich biur podróży. Zbudują się hotele, zorganizuje się transport, zacznie się masowa turystyka.

Podejrzewam, że faza trzecia jest ostatnią.

Po masowej turystyce zostają zgliszcza, a turyści przenoszą się gdzieś indziej. Przenoszą się jednak w kolejne podobne, łatwo dostępne miejsce. Nie jest na przykład możliwe, żeby całe pasmo Himalajów zostało w ten sposób skomercjalizowane, bo jest po prostu bardzo trudno dostępne. Masowa turystyka występuje tylko tam, gdzie można się szybko, łatwo i tanio dostać. Tak więc zawsze będzie gdzie jeździć z plecakiem.

Widziałem kiedyś ranking tych najbardziej skomercjalizowanych miejsc turystycznych, które jednocześnie okazują się dla turystów najbardziej rozczarowujące. Autor wymienił m.in.: Casablancę, wodospad Niagara i Liberty Island.

Wszystkim w Polsce wydaje się, że Bali jest rajską wyspą. Tymczasem to jest straszne miejsce!

Nudne?

To duże, śmierdzące, drogie, zakorkowane miasto. Niewiele tam autentycznej, lokalnej kultury. Na całej wyspie jest zaledwie jedna plaża, gdzie można znaleźć piękny biały piasek, reszta to czarne wulkaniczne plaże.

Bali jak Międzyzdroje? Skreślamy z listy marzeń.

Malediwy również rozczarowują. Te Malediwy, które znamy z pocztówek, owszem, istnieją, ale kosztują tysiąc dolarów za osobę za dzień pobytu.

No to rodaków na nie, mówiąc eufemistycznie, raczej nie stać.

Za to w innych częściach Azji spotykam sporo Polaków z plecakami.

Jacy jesteśmy?

Bardzo fajni.

Pytam, bo wydaje mi się, że nawet jeśli ktoś nie podróżuje zbyt często, to niemal codziennie styka się z podróżującymi rodakami. Zdaje się, że każdy wie, że klaskanie po wylądowaniu czy białe skarpetki w sandałach to emblemat Polaka na wakacjach. Zastanawiam się, na ile te poglądy są zgodne z rzeczywistością, a na ile je wygłaszamy, bo... bo tak.

Uwielbiamy swoje kompleksy, chyba ciągle czujemy się zaściankowym krajem. Zupełnie niepotrzebnie. Po pierwsze oklaski po wylądowaniu nie są polską specyfiką. To zwyczaj wielu krajów Europy Wschodniej, widziałem je też w Afryce, w Arabii Saudyjskiej Mało tego - gdy pewnego razu leciałem z Rosjanami, bili brawo, gdy samolot szczęśliwie wzbił się w powietrze!

Kompleks prowincjusza. Tak to się chyba nazywa.

Zarabiamy nieźle, żyjemy w przyzwoitych warunkach, należymy do Unii, NATO... Nie widzę większej różnicy między backpackerami z Polski, a tymi ze Szwecji. Zresztą akurat w przypadku podróżników, te kompleksy wychodzą nam nawet na dobre.

W jaki sposób?

Wyjeżdżamy bez poczucia, że jesteśmy władcami świata, szanujemy ludzi, jesteśmy ich ciekawi. Brytyjczycy czy Amerykanie na przykład wszędzie czują się panami, patrzą często na innych z góry.

No tak, mieli mnóstwo kolonii, poza tym wszędzie mówi się w ich języku.

Nie znam nacji, która w podróży zachowuje się gorzej niż młodzi Brytyjczycy. Tymczasem nie widziałem jeszcze nigdy pijanego Polaka z plecakiem. Ani nawet nie słyszałem, żeby jacyś gospodarze narzekali: "o nie, znowu przyjechali Polacy". Podkreślam, mówię o backpackerach, nie o "pakietowych" Polakach z Szarm el-Szejk.

Może więc jednak ten kompleks prowincjusza nie jest taki zły?

Niesie jednak za sobą więcej minusów niż plusów. One się uzewnętrzniają przede wszystkim tutaj, w kraju. Efektem jest raczej przygnębiająca atmosfera i poziom sfery publicznej. W polskich mediach jest tyle jadu, że włos się jeży. Zawiść, małostkowość, rozdrapywanie ran, podgrzewanie sztucznych konfliktów...

Wiesz, niektórzy nazywają to tożsamością.

Rozumiem, ale dlaczego wciąż przeżywamy te same problemy, nie potrafimy się z nimi uporać? Gdyby społeczeństwo miało terapeutę, zdiagnozowałby chorobę psychiczną, bo ciągle kręcimy się w kółko, zamiast iść do przodu.

Polak dopiero gdy wyjedzie za granicę, dowiaduje się, że jego ojczyzna nie jest pępkiem świata i nie każdy liczy się z naszym zdaniem?

Nie jesteśmy tak naprawdę wyjątkowi, nie jesteśmy Chrystusem Narodów, w Europie jesteśmy po prostu jednym z wielu podobnych krajów, a poza Europą mało kto w ogóle wie co to Polska. Raczej nam się wydaje, że europejskie media tak często się nami interesują niż tak jest w rzeczywistości. Takie błędne myślenie objawia się potem w zachowaniu polityków, czy to na arenie polskiej, czy międzynarodowej.

Co masz na myśli?

Wszystkie te kuriozalne happeningi polityczne, załatwianie jakichś regionalnych interesów na arenie Brukseli, różne faux pas, które się nam trafiają w Unii, są dosyć zabawne. Z drugiej strony, nie tylko my wykonujemy przeróżne dziwne ewolucje. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że nie tylko polscy europarlamentarzyści mają skłonności do robienia wiochy. To jest przypadłość uniwersalna. Dlatego cieszmy się, że mamy pierogi i barszcz, które wszyscy w Europie lubią, a nie smućmy się, bo rodaka przyłapano gdzieś w białych skarpetkach do sandałów albo poseł rozbił po pijaku golfowy wózek na Cyprze.

Z kim kojarzą nas za granicą? Wciąż Jan Paweł II to najsłynniejszy Polak?

Gdzie nie pojedziesz, każdy zna Roberta Lewandowskiego. "Skąd jesteś, z Polski? O, Robert Lewandowski!"

Aż tak?

W Afryce połowa dzieciaków ma koszulki z nazwiskiem Lewandowski. To obecnie nasz bohater narodowy. Wcześniej tak rozpoznawalni byli tylko Jan Paweł II i gdzieniegdzie "liczi waliza", czyli Lech Wałęsa.

Domyślam się, że podczas rozmów z obcokrajowcami, sporo mówisz o Polsce. W jednym z wywiadów stwierdziłeś, że najważniejsze, by przed każdą podróżą zapoznać się z kulturą danego państwa. Należy wiedzieć, co można, a czego nie można w miejscu, do którego zmierzamy. A gdybyś miał dla takiego, na przykład Azjaty, przygotować podobny przewodnik po naszym kraju?

Na pewno poradziłbym, żeby nie odmawiać poczęstunku, gościnności, zawsze pochwalić jedzenie. Żeby bardzo uważać na jezdni, bo nasi kierowcy nie biorą jeńców. Żeby nie rozmawiać o polityce i Kościele, żeby wchodząc do czyjegoś domu zapytać, czy zdjąć buty, bo to nasz lokalny zwyczaj. I żeby nie iść w zawody jeśli chodzi o alkohol, bo to są zawody przegrane w przedbiegach.

Czy podczas swoich podróży miałeś jakieś zabawne sytuacje związane ze złą interpretacją tych różnic kulturowych?

Wbrew pozorom podstawy kulturowe w podróży nie są aż tak wielkim katalogiem. To jest najczęściej kilka podstawowych punktów dotyczących etykiety, typu "nie jedz lewą ręką w krajach muzułmańskich". Poza tym zawsze jesteś kimś z zewnątrz, więc nikt ci nie zrobi krzywdy jeśli popełnisz gafę. W większości przypadków są to raczej sytuacje zabawne, nie groźne.

Może podzielisz się jakąś?

Jakiś czas temu byłem w Korei Południowej, gdy Wrocław ubiegał się o organizację EXPO. Rozmawiałem z tamtejszym burmistrzem, który następnie zaprosił mnie na przyjęcie do najlepszej knajpy w mieście. Siedząc z ośmioma Koreańczykami, pełniłem funkcję ambasadora naszego kraju. Panowie zamówili wszystkie dania z karty, żeby pokazać bogactwo lokalnej kuchni, a południowe wybrzeże Korei słynie z podawania surowych owoców morza. Odmówienie poczęstunku o oficjalnym charakterze w tamtych rejonach jest gigantycznym nietaktem. Wyobraź sobie, co czułem, gdy już podano te wszystkie zimne macki ośmiornicy i ciągnące się robaki morskie o konsystencji galarety...

Dobra mina do złej gry.

Reasumując: jeśli przed wylotem do danego kraju przeczytasz dowolny przewodnik na jego temat, gwarantuję ci, że dowiesz się najważniejszych zasad w nim panujących.

 

Tomek Michniewicz - podróżnik, reporter, fotograf, organizator wypraw i ekspedycji w najbardziej niedostępne zakątki świata, ceniony mówca motywacyjny. Na zlecenie firm zabiera na krótkie, ale intensywne i raczej niebezpieczne wyprawy ich kluczowych zarządzających, konfrontując ich z ograniczeniami i schematami myślenia w biznesie. W Polsce prowadzi szkolenia z działania w stresie i pod wpływem emocji, myślenia out-of-the-box oraz zajęcia teambuldingowe. Autor czterech bestsellerowych książek reporterskich, dziennikarz radiowej Trójki i Jedynki, autor programu "Inny świat" w TTV. Jego strona: www.tomekmichniewicz.pl


Książka "Samsara" Tomka Michniewicza w formie elektronicznej jest dostępna tutaj >>

Zobacz więcej na temat:

Zobacz także

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX