Jambo Simba czyli safari Last Minute

 

Nie, to niemożliwe. Tak od razu, zupełnie bez przygotowania? Tylko głowy nie widać. O, wynurza się, jest. Ładna, tylko umazana krwią. Pierwsza lwica, którą oglądamy w największym parku narodowym Tanzanii.

 

 

 

 

Posiłek 

 

Nasz nissan patrol z otwieranym dachem podjeżdża coraz bliżej. Od pożywiającej się w najlepsze lwicy dzielą nas może trzy metry. Ale ona tylko leniwie rzuca na nas okiem i znów zanurza głowę w cielsku upolowanej nocą antylopy. Nie wiem dlaczego, to obrzydliwe, ale nie mogę oderwać od niej wzroku. Chrupot łamanych żeber wywołuje dreszcze. Ale nawet smród świeżego mięsa mnie, wegetarianina, nie jest w stanie odgonić od tej sceny lwiej uczty. Atawizm jakiś czy co? Prymitywny łowca tkwiący gdzieś w najbardziej pierwotnych zwojach mojego mózgu się obudził?

A to przecież dopiero pierwsza godzina naszego safari w Selous Game Reserve, największym parku narodowym Afryki. Jest większy niż Szwajcaria - całe 48 tys. km kw. - zajmuje pięć procent powierzchni Tanzanii, a liczebnością zwierzyny ustępuje ponoć tylko słynnemu Serengeti. Swoją nazwę zawdzięcza Frederickowi Courtenay Selousowi, legendarnemu myśliwemu, a zarazem (kiedyś chodziło to w parze) jednemu z pionierów ekologii, który zginął tu od kul niemieckiego snajpera w czasie I wojny światowej.

Tyle zdążyliśmy się dowiedzieć przed przyjazdem tutaj. Bo tak naprawdę wcale miało nas tu nie być.

 

Nici z Bali

 

Tydzień do wyjazdu. Wieczór, ciągle w pracy, ledwo powłóczę nogami. Nagle telefon. Dzwoni biuro podróży. - Bardzo nam przykro, ale pański wyjazd jest odwołany.

Niech ich diabli, nigdy więcej! Miały być dwa tygodnie na Bali - z biurem taniej - a tu w ostatniej chwili organizator się wycofuje. Ponoć z powodu możliwych zamachów. Wolałbym jednak sam decydować o swoim bezpieczeństwie. Tak czy inaczej - jeśli w przyszłości polecimy na Bali, to na pewno bez pośredników.

Ale co teraz? Czasu mało. Do tego połowa lipca. W Europie tłoczno. Trzeba uciekać. Bilety lotnicze kupione w ostatniej chwili są upiornie drogie. Trudno, musimy się zresetować. Cena nie jest kluczowa. Więc kluczymy... Może Skandynawia, może Sri Lanka, może Krym, może Borneo...

Staje na Afryce. Karolina od zawsze chciała tam pojechać, mnie kusi perspektywa nurkowania na Zanzibarze. Tak, Tanzania to dobry pomysł. Ale jak to zorganizować w pięć dni?

Jest przecież Matylda.

O Matyldzie przeczytałem w reportażu Magdy Grzebałkowskiej w ?Wysokich Obcasach":  ?Pół życia spędza w fototapecie - lazurowe niebo, przezroczyste morze, palmy nad głowami. Potem szara Warszawa, zagonieni znajomi. - Rozdwojenie - mówi. - Ale przyjemne. W Polsce dygot, praca po 15 godzin i zarabianie pieniędzy. A tu nagle okazuje się, że można żyć na bosaka i dom nosić w plecaku. (...) Żyję w błogiej świadomości, że jak mnie kiedyś wszystko wkurzy i będę chciała zostawić Warszawę, znajdę pracę na najpiękniejszej wyspie świata".

Kogoś takiego mi trzeba. Matylda ma teraz dom w Nungwi na Zanzibarze i małe biuro podróży w Warszawie. Na stronie internetowej Zanzi.pl dowiaduję się, że właśnie organizuje nurkową ekspedycję na Papuę. Nie, jeszcze nie teraz. Najpierw Afryka.

 

Zebry 

 

Dzwonię. Matylda obiecuje pomoc, a ja szukam biletów do Dar es Salaam. Wielkiego wyboru nie ma, KLM albo Swiss, wybieram pierwszą opcję - więcej lotów, dogodniejsze przesiadki. Matylda układa program. Opcje są dwie - albo ruszamy na północ Tanzanii do Serengeti

i krateru Ngorongoro, czyli tam, gdzie najtłoczniej, albo na południe, do miejsc mniej znanych, ale za to z gwarancją, że jeepów z turystami będzie mniej niż zwierząt.

Oczywiście wybraliśmy południe.

Naturalnie można sobie zorganizować safari, korzystając z internetowych ofert albo kombinując coś na miejscu. Ale wszystkie przewodniki przestrzegają przed szemranymi miejscowymi tour operatorami. Dlatego pomoc kogoś, kto poprowadzi przez Afrykę krok po kroku, wskaże zaufanych kierowców i przewodników, poleci sprawdzone hotele i campy jest naprawdę najlepszym pomysłem. Oszczędzającym sporo czasu, nerwów, a także pieniędzy.

 

Europa na Safari

 

Lwica wciąż wyżera antylopę od środka (chyba gnu, choć już trudno poznać), a ja się wściekam. Jednej rzeczy przed wyjazdem nie zrobiłem: nie pożyczyłem, kupiłem, ukradłem (opcja do wyboru) aparatu z teleeobiektywem. Moja cyfrówka z czterokrotnym zoomem to naprawdę minimum. Całe szczęście lwica ma nas w nosie, jesteśmy dosłownie dwa metry od miejsca uczty, a ona sobie po prostu wcina. Co chwila przerywa i dyszy. Jedzenie to ciężka praca. - Zwłaszcza kiedy trzeba się najeść na dwa dni. Polują zwykle nocą, potem jedzą. A najdłużej trawią - tłumaczy nasz kierowca i pokazuje, że w krzakach tuż obok leży kolejna lwica i drzemie.

 

Lwica 

 

Znowu myślę o teleobiektywie. Ale i o czystej koszuli, skarpetkach, no i proszkach na malarię. Wszystko gdzieś jest, tylko nie wiadomo dokładnie gdzie.

Ale żeby to wyjaśnić, musimy się cofnąć o trzy dni. Kobieta z transferdesku na amsterdamskim lotnisku Schiphol spojrzała na nas jak na zjawy. - Przecież was tu nie powinno jeszcze być!

Rzeczywiście, samolot z Warszawy się spóźnił, ale nie aż tak. Do Dar mieliśmy wylecieć za pół godziny. Lotniskowy komputer jednak się pospieszył: przebukował nas na następny lot.

- Możecie czekać 24 godziny na lotnisku albo lecieć teraz, ale bez bagażu. Nie zdążymy go przepakować. Przyleci jutro.

Tak naprawdę przyleciał do nas po trzech dniach, gdy już właściwie go nie potrzebowaliśmy. Nawet polubiliśmy to uczucie, że w gruncie rzeczy do życia - nawet w Afryce - prawie nic nam nie jest potrzebne. No, może z wyjątkiem szczoteczek do zębów i pasty kupionych w pierwszym napotkanym sklepie w Dar, klapek za dolara i paru ubrań z bazaru - niestety, pełnego chińskiej tandety zamiast spodziewanych arcydzieł miejscowego rzemiosła. Takie są poboczne skutki globalizacji. Trudno, nie wyglądamy na tym naszym pierwszym safari jak bohaterowie ?Pożegnania z Afryką". Przypominamy raczej klientów bazaru Europa. Lwom jest jednak wszystko jedno.

 

Mr Enjoy

 

Lwica 

 

Jak długo można oglądać obżerające się lwy? Do znudzenia? Nie, do zmierzchu. W parkach i rezerwatach panuje zasada, że o siódmej koniec - wszyscy turyści o tej porze muszą być już w swoich campach.

- Próbuję namawiać władze rezerwatu na nocne safari z reflektorami. Bo tu dopiero po zmroku zaczyna się prawdziwe życie. I prawdziwa walka o życie. Na razie jednak bez skutku - opowiada Mr Enjoy. Tak nazwaliśmy menedżera naszego campu. Enjoy your coffee, enjoy your breakfast, enjoy your drink, enjoy your time - powtarza uśmiechając się pod wąsem za każdym razem, kiedy nas spotyka, a spotyka nas mniej więcej co kwadrans. Jest jedynym białym - oprócz nas - na campie. A my jesteśmy jedynymi gośćmi jego nowiutkiego, ledwo kilkumiesięcznego Selouse Riverside Camp. Mr Enjoy ma więc dla nas mnóstwo czasu.

Kiedy kończymy kolację pod Krzyżem Południa, przysiada się do nas, by omówić po kolei swoją biografię (urodził się w Zimbabwe, ma południowoafrykański paszport, trzy lata mieszkał w Londynie, nie wytrzymał, wrócił do Afryki), sytuację polityczną w Afryce (z jego afrykanerskiego punktu widzenia), kłopoty z tanzańską biurokracją i zakupem profesjonalnego ekspresu do kawy (pitą w czasie safari rozpuszczalną Africacoffe zamierzaliśmy przywieźć do Polski i częstować naszych wrogów - z braku wrogów zrezygnowaliśmy z pomysłu). Opowiada też, jak szkoli swoich pracowników. Nie, nie wystarczy przyspieszony kurs rozkładu sztućców, rytuału otwierania wina, podawania piwa wyłącznie z lodówki i lania go po ściankach. Bo trzeba jeszcze wyjaśniać, dlaczego nóż po prawej, a widelec po lewej, po co tyle ceremonii ze zwykłą butelką, dlaczego do ryby to białe, a do steku czerwone...

 

Taras

 

Nie byliśmy pewni, czy Mr Enjoy wytłumaczył wszystko jak trzeba. Bo nasi kelnerzy wykonywali swoje powinności na sztywnych nogach, z absurdalną powagą, ale miny mieli takie, jakby za chwilę zamierzali eksplodować śmiechem. A patrzyli na nas - i nie było to przywidzenie - jak na osobników odrobinę przygłupawych.

My zresztą też czuliśmy się dość idiotycznie - samotna parka obsługiwana przez czterech kelnerów w scenografii mocno odwołującej się do kolonialnych tradycji. No i ten naprawdę niespodziewany luksus: namioty wyposażone jak pięciogwiazdkowe pokoje hotelowe, szklane umywalki, miedziane armatury, basen, taras nad rzeką z widokiem po horyzont, kolacje przy świecach... A tuż obok wioska z miniaturowymi domkami z suszonej cegły. Dla jej mieszkańców kelnerska pensja w wysokości 60 dol. miesięcznie to prawdziwy dar od losu. Postkolonialnego moralnego kaca do końca wyleczyć się nie da. Trochę pomagają napiwki. No i plany snute przy winie o tym, jak można by się zaangażować w akcje pomocy Afryce.

 

Chata 

 

Nie, nie ma co ściemniać: safari to nie tylko czysta przyjemność oglądania lwów, żyraf, antylop w ich naturalnym środowisku. To także świadomość, że jest się uprzywilejowanym przedstawicielem bogatej Północy, który ponosi cząstkę odpowiedzialności za atakującą go tutaj ze wszystkich stron - to nic, że uśmiechniętą - nędzę. I za niezrównoważony rozwój owocujący m.in. pojawiającymi się tu i tam architektonicznymi koszmarami, zanieczyszczeniem środowiska, nadwyrężeniem ekosystemów i tysiącami plastikowych torebek unoszących się w powietrzu wokół tubylczych wiosek.

Niektórzy ten dyskomfort omijają, lecąc do Selous Game Reserve samolotem z Dar (wydatek ok. 100 dol. w jedną stronę) albo podróżując luksusowym pociągiem (180 dol. za bilet powrotny). W samym parku nie ma już żadnych ludzkich siedlisk - tylko kilka campów dla turystów. Izolacja od pozaprzyrodniczej rzeczywistości jest więc niemal stuprocentowa. My jednak chcieliśmy oglądać prawdziwą Afrykę i dlatego wybraliśmy siedmiogodzinną podróż samochodem przez Morogoro, Msumbisi i Kisaki. Po drogach, które w porze deszczowej zmieniają się w nieprzejezdne strumienie. Ale nawet w lipcu afrykańska droga jest jak rzeka - ruda rzeka, jeżeli mielibyśmy coś powiedzieć o jej barwie. Płynie po niej kolorowy strumień niespiesznych i objuczonych wędrowców na rowerach i własnych nogach. To wzdłuż drogi - od wioski do wioski - toczy się tutaj życie. Próbowaliśmy choć na chwilę się w nim zanurzyć. Zatrzymaliśmy się w pobliżu masajskiej wioski. Natychmiast wokół nas pojawiły się kobiety i chmara dzieciaków. Podeszliśmy bliżej, żeby się przywitać. Uciekli. Było to tak absurdalne, tak idiotycznie oklepane w podróżniczych opowieściach - a jednak na prawdę czarne kobiety z dziećmi na rękach uciekały w panice przed białymi mzungu jak przed zarazą. Potem było równie idiotycznie - przywabianie z pomocą naszego lunchu dzieciaki zajadające się ciastem i zgoda matek na sfotografowanie się razem z nimi kupiona za dwa dolary (kobiety chciały półtora - my okazaliśmy się hojni). A potem zjawia się na rowerze prawdziwy masajski wojownik, żeby sprawdzić, co się dzieje. Przy charakterystycznym długim nożu dyndała mu... komórka.

Co do komórek: nie ma problemu z przeprowadzeniem nawet w głębokim buszu rozmowy następującej treści:

- Halo, mamusia? Tak, to ja, Pawełek. Jak to gdzie? No, w Afryce jestem. Lwa oglądam. Nie, nie zje mnie. Najedzony jest. Co robi? Leży i sapie.

 

Twierdza w buszu

 

Słoń 

 

A lew to był przecież dopiero początek. No, nie do końca, bo zanim trafiliśmy do Selous, dzień spędziliśmy w Mikumi, parku narodowym najbliżej Dar es Salam, gdzie widzieliśmy nasze pierwsze żyrafy, gazele, guźce i słonie o melancholijnym spojrzeniu. Właściwie to przez słonie byliśmy oblężeni. Camp, w którym się zatrzymaliśmy, położony był na wzgórzu - wyobraźcie sobie ten widok na sawannę rozciągającą się we wszystkie strony. A dookoła wzgórza dziesiątki słoni. Niektóre wdzierały się nawet do obozu, o czym świadczyły kupy--giganty na ścieżkach do namiotów. Po zmierzchu nie wolno nam było zrobić nawet kroku bez obstawy - spotkanie ze słoniem to jednak nie jest zabawa. Zwłaszcza że wiele z nich - tych z Selous szczególnie - ma doświadczenia z myśliwymi. Większa część parku jest bowiem zarezerwowana dla nich. Dla słonia fotograficzny myśliwy, niestety, niczym się nie różni od swojego uzbrojonego w sztucer - pożal się Boże - kuzyna.

 

Hippo 

 

Ale Mikumi to był zaledwie aperitif. Selous jako prawdziwa uczta sprawdził się wyśmienicie - niemal do przesytu. Park, który przecina najdłuższa z tanzańskich rzek, Rufidżi, szczyci się przecież największą w Tanzanii populacją słoni - około 10 tys. trąb! Mają tu bawoły, które niestety, dawały się oglądać tylko z kilkuset metrów, i żyrafy, którym nasza obecność czasami trochę przeszkadzała w pieszczotach. Są hieny, których groteskowe boje ze stadami sępów o padlinę odbierały nam apetyt na lunch. Są pawiany, których pojedynki o przywództwo w stadzie rozgrywały się tuż za bramą naszego campu. Są ogromne stada zebr, które pasą się nad brzegami jezior najeżonych pniami martwych drzew. Setki krokodyli i hipopotamów, których wystające z wody grzbiety wyglądały jak dorodne golonki gotowane w piwie. Są antylopy impala, gnu i kudu, a do tego ponoć około 200 czarnych nosorożców. Ponoć - bo spotkanie ich w czasie trzydniowego safari graniczy z cudem.

 

 

Ptak 

 

Ale Selous to także fantastyczne miejsce dla miłośników ptaków. Wystarczy kilka godzin rzecznego safari łodzią wzdłuż brzegów Rufidżi, by spotkać przynajmniej kilkadziesiąt spośród 350 występujących tu gatunków. Od bocianów z czarno-czerwonymi dziobami (fachowo: żabiru afrykański), przez kuzynów naszych zimorodków - rybaczka srokatego i przepięknego, z zadziwiającą cierpliwością nam pozującego zimorodka malachitowego, po dostojne, czarno-białe bieliki afrykańskie.

Selous oferuje też piesze safari - trzeba jednak znieść wtedy obecność uzbrojonego strażnika. Co kto lubi.

 

Pozdrowienia z drzewa

 

To nasz ostatni dzień w Selous. Znowu jedziemy oglądać lwy. Znowu? Ile można!

Z lekka zblazowani krytycznie patrzymy na naszego kierowcę, który usiłuje w nas wzbudzić choć odrobinę entuzjazmu.

- Lew na drzewie to rzadkość - zapewnia nas. Skąd wie, gdzie go szukać? To proste: przewodnicy i kierowcy nie rywalizują tu ze sobą. Wręcz przeciwnie - przekazują sobie z ust do ust informacje o napotkanej zwierzynie. Ale i tak nie było łatwo - dopiero sępy krążące nad rozłożystym baobabem po godzinie kluczenia nakierowały nas na cel. Tym razem to zwłoki żyrafy i trzy lwice, z których jedna właśnie jadła obiad, druga czekała na swoją kolej, a trzecia wylegiwała się na gałęzi, dysząc z przejedzenia. Spojrzałem jej w oczy ze zrozumieniem. Też czułem przesyt. Tu co noc przed oczami przebiegały mi stada zebr i antylop, hordy słoni tratowały busz, a krokodyle czmychały do wody. Jednak już po paru dniach po wyjeździe z Selous tęskniłem za tymi intensywnymi, niespokojnymi safari-snami.

Od lwa się zaczęło nasze safari i na lwie się skończyło. Dzień później zapakowaliśmy się do naszego nissana patrola i wyruszyliśmy w powrotną drogę do Dar. A stamtąd na Zanzibar. Ale to już zupełnie inna historia.      

 

 

tekst | paweł goźliński

 

 

Afrique Quest - Sahara na wyciągnięcie ręki

 

Skarby Etiopii

 

Waleczny Lew z Plemienia Judy

 

Kenia - przywitanie z Afryką

 

 

Tanzania

 

TanzaniaAż 39 proc. powierzchni Tanzanii to parki narodowe i rezerwaty. Na północy są Serengeti, Masai Mara, Ngorongoro i Kilimandżaro. Na zachodzie leży park narodowy Gombe - to tam pracuje słynna badaczka życia szympansów Jane Goodall. Na południu są coraz popularniejsze rezerwaty, wśród nich Selous.

 

ZDROWIE

 

Obowiązkowo przed podróżą do Tanzanii trzeba się zaszczepić na żółtą febrę.

W Warszawie można to zrobić w sanepidzie (róg Chłodnej i Żelaznej). W Tanzanii występuje też malaria i jej groźna odmiana - malaria mózgowa. Niebezpieczeństwo zachorowania pojawia się zwłaszcza w porze deszczowej, czyli w kwietniu i maju. Pozostałe, suche

miesiące są dosyć bezpieczne. Przed malarią można się zabezpieczyć, przyjmując leki profilaktyczne, niestety, dość drogie. Receptę można dostać w poradniach chorób tropikalnych w większości miast wojewódzkich.

 

WIZA I PIENIĄDZE

Wizę kupuje się na lotnisku, przy wjeździe do Tanzanii. Jest ona ważna maksymalnie trzy miesiące i kosztuje 50 euro albo 50 dol. Oczywiście ze względu na kurs lepiej płacić w dolarach. W ogóle dolar jest tu walutą dość uniwersalną. Ale miejscową walutą jest szyling tanzański (Tsh) 1 dol. = 1200 Tsh. Karty płatnicze przyjmowane są jedynie w lepszych restauracjach i w sklepach dla turystów.

Nigdzie nie są akceptowane stare banknoty dolarowe z tzw. małymi głowami.

 

KIEDY JECHAĆ?

Nie w porze deszczowej. Wtedy do Selous samochodem dojechać się nie da, a campy są pozamykane. Pora deszczowa trwa od kwietnia do maja.

 

PRZELOTY

Z Europy do Tanzanii bezpośrednio latają linie British Airways, KLM, Swiss i Kenya Airways. Docierają do Dar es Salaam. Samoloty KLM lądują także na lotnisku Kilimandżaro w północnej Tanzanii. Bilet kupiony z wyprzedzeniem to ok. 4 tys. zł., na tydzień przed wylotem - prawie 5 tys. zł.

 

KOSZTY SAFARI

Opłaty za wjazd do parków narodowych są wysokie: 30 dol. od osoby. Do tego 30 dol. dziennie za samochód, 10 dol. dla straży przyrody i jeszcze 30 dol. za przebywanie na campie (nie licząc kosztów noclegu). Za samo oglądanie zwierzyny zapłacimy ok. 100 dol. dziennie. Do tego trzeba doliczyć koszt wynajęcia samochodu. Na koniec safari napiwek dla kierowcy jest normą - minimum 100 dol.

Nasz dwutygodniowy wyjazd - pięciodniowe safari plus dziewięć dni na Zanzibarze - kosztował 6500 zł od osoby (plus przelot).

Więcej o: