Nauka jazdy - TransCarpatia

transcarpatia

transcarpatia

Jesteś w błędzie, jeśli myślisz, że potrafisz jeździć na rowerze. Ja tę trudną sztukę opanowałem dopiero na TransCarpatii - najcięższym wyścigu rowerowym w tej części Europy.

 

 

 

To był szatański plan mojego kolegi Pawła Markowskiego. Najpierw, jak gdyby nigdy nic, namówił mnie wczesną wiosną na zakup roweru górskiego. Mieliśmy sobie jeździć razem po okolicznych lasach wokół Gorzowa - dla przyjemności i kondycji. Po kilku tygodniach dałem się przekonać do startów w paru wyścigach terenowych dla amatorów kolarstwa. W czerwcu wszystko się wyjaśniło. - Zapisałem nas na TransCarpatię - rzucił od niechcenia Paweł. Legendarny, najdłuższy, tygodniowy wyścig przez łuk polskich i słowackich Karpat. Od Ustronia w Beskidzie Śląskim po bieszczadzki Baligród. Jeden z najtrudniejszych wyścigów nie tylko w Europie. Bez oznakowanej trasy - masz tylko mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi (trzeba je zaliczyć za pomocą elektronicznych czytników). Wieloetapowy, epicki, morderczy, dramatyczny. Wyprawa, przygoda, życie po życiu - czytam w internecie relacje tych, którym udało się przejechać trasę TransCarpatii. W tym wyścigu-wyprawie, gdzie przez tydzień jesteś zdany tylko na siebie, chodzi nie tyle o ściganie, ale o dojechanie do mety. Co trzeci kolarz tam nie dociera. Nie daje rady fizycznie, pęka psychicznie, rezygnuje, potłuczony w niezliczonych upadkach na ekstremalnych zjazdach. Pękają ramy rowerów, markowy sprzęt rozsypuje się jak próchenko. - Damy radę. To tylko siedem dni na rowerze. Będzie świetnie - zapewnia Paweł. Ja jestem przerażony.

 

Artur Brykner i Paweł Markowski

 

Miłe złego początki

 

Podczas ostatnich dni przygotowań przekonujemy się wzajemnie, że chodzi tylko o "przygodę", "epickie wyzwanie", "piękne widoki". Dojechanie do mety ma być przyjemnością. Pewnie trzeba się będzie sporo nakręcić, czasem stanąć na pedałach, ale w końcu obaj uprawiamy przeróżne sporty, kondycyjnie damy więc radę. W TransCarpatii dla bezpieczeństwa startują zespoły dwuosobowe.

Paweł wziął na siebie załatwienie wszelkich formalności i skompletowanie zaplecza technicznego. Miał być też naszym liderem. Ja - z racji górskiego doświadczenia - zostałem nawigatorem. Moje obycie z mapami i wyczucie terenu miało nam zapewnić bezbłędny dojazd do mety każdego etapu. - Ty tylko dobrze nawiguj, a resztę zostaw mnie - pocieszał Paweł, gdy dopadały mnie wątpliwości. Gosia, właścicielka terenowego samochodu, zgodziła się zostać naszym kierowcą, szefem logistyki, łączności, kuchni i zarazem kierownikiem wozu technicznego.

Na kilka dni przed startem w domu rosły kartony z żarciem - z tym, co lubimy i czego nie lubimy, ale będziemy musieli jeść, żeby dać sobie chociaż cień szansy na pokonanie Karpat. Paweł dosypał jeszcze pół tony tajemniczych różnokolorowych tabletek: potas, magnez, witaminy, węglowodany itp. Tabletki garściami kazał brać regularnie już na trzy dni przed startem do pierwszego etapu.

Zapakowaliśmy rowery. Do wozu trafił jeszcze właściwie cały trzeci rower (w częściach). Tylko ramy nie bierzemy, poza tym mamy wszystko na przeszczepy - podsumował lider.

 

 

Przez Czantorię i Pilsko

 

Mapka

 

Wieczór przed startem - baza TC w Ustroniu. Zawieszony na ścianie wykres przebiegu całej trasy trochę deprymuje. Odprawa, mapy, chipy, ubezpieczenia. Jest sporo kolarzy także z zagranicy: Niemcy, Austriacy, Belgowie, Holendrzy, Słowacy, teamy z Francji, Kanady i Australii. Lekką tremę potęguje widok rowerów, na jakich wybierają się w góry nasi konkurenci. Przed oczami przetacza się sprzęt dziesięcio-krotnie droższy od mojego. Paweł ma gianta, ja kelly'sa. Z takimi maszynami lokujemy się w dolnej strefie stanów średnich. - Mamy rowery komunijne! - stwierdzam. Ostatnie zdjęcia na starcie, głęboki oddech - jedziemy! Do Korbielowa mamy 70 km i ponad 2500 m przewyższeń. Tradycją TC jest start etapu pod górę. Na kilku kilometrach podjazdu peleton 250 kolarzy rozjeżdża się, co pozwala już w kilkanaście minut po starcie w samotności toczyć walkę ze swoimi słabościami. - Spokojnie. Niech inni gonią. My jedziemy swoim tempem i rozkładamy siły. To siedem dni, a nie jeden. Zobaczysz, jeszcze wielu z nich dojdziemy - leje miód na skołatane serce zadyszany Paweł. Po ramie mojego roweru spływa i wsiąka w beskidzką ziemię pierwszy hektolitr potu.

 

Wjazd na Czantorię

 

Wjazd na Czantorię. Masakra! Łydki puchną. Po prostu wnosimy rowery na górę, wyprzedzając rywali. - No i gdzie te terminatory? Te maszyny za 30 tys. zł? - myślę nie bez dumy. Potem to, co w tym rajdzie najwspanialsze - zjazdy i podjazdy po kamieniach wielkości wiader. Zaliczam pięć upadków. Na jednym z szybszych szutrów przemyka myśl - ja może i wytrzymam, ale moja Kelly chyba nie da rady. Czekam na odgłos pękającej ramy, tylny hamulec jest już właściwie wspomnieniem. Jazda przypomina pracę przy młocie pneumatycznym i pogadać nie ma jak, o jakości spawów ramy rozmyślam więc w samotności.

Zapada wieczór. W dali dopiero majaczy Pilsko. - O Jezu, ale będzie wstyd. Pojechali narwańcy w Karpaty i padli po pierwszym etapie - dzielę się z Pawłem moimi głębokimi przemyśleniem.

 

Zjazd z Pilska

 

Zjazd nartostradą z Pilska, tak jest najkrócej. Jedna, druga, trzecia gleba. Rower niesie, skurcze w dłoniach, towarzyszy nam zapach palonych okładzin hamulców. Wreszcie wypadamy na asfalt. Tniemy nim ponad 70 km/h w dół do Korbielowa. Meta! Poziom adrenaliny opada. Wzruszam się. Lecą mi łzy. Paweł też ma zaszklone oczy. Dalej jesteśmy w grze. Przed snem jeszcze wstawiam nowe klocki hamulców.

 

 

Jedziemy w Tatry

 

Nazajutrz rano widzę błysk w oku Pawła. - Dzisiaj będzie o wiele łatwiej. Dużo po szosie - przekonuje. Za to o wiele dalej - kwituje we mnie Pan Pesymista. Rzeczywiście z mapy wynika, że ponad połowa sugerowanej trasy to asfalt. Do Kościeliska mamy 89 km i 2,5 km podjazdów. Szybciej będzie przejechać przez Słowację. Zaczynamy hardcorowo od podjazdu na Beskid Korbielowski. Z karkołomnych singli (wąskie ścieżki) spadamy na przejście graniczne.

 

Trzy Korony

 

Na Słowacji jest już szosa - właściwie cały słowacki odcinek to asfalty o różnej kategorii odśnieżania i zapomnienia. Pojedyncze teamy zbijają się w kilkunastoosobowe grupy. Po wczorajszej walce czuję się słaby jak dziecko. Po szosie gnamy jak szaleni 30, w porywach 40 km/h. Chowam się za kołem Pawła, ale asfalt się kończy i na podjeździe pod Oravicką Magurę błądzimy po lesie. Cały czas podjazdy i miotanie się między słupkami granicznymi. Biegamy z rowerami. Zaliczamy piknięcie chipa i w dół do Kościeliska.

 

Oślizłe kamienie

 

Oślizłe kamienie, trochę błota i najniebezpieczniejszy zjazd po korzeniach. Koła tańczą nierówno jak staruszka na ślizgawce. Dojazd do mety w Kościelisku lokalnym dróżkami - trochę asfaltu, trochę szutru, góra - dół, góra - dół... Gdzie ta meta, do cholery? Jest! Wytrzymaliśmy dwa dni.

 

 

Przełom Dunajca

 

Rzut oka na mapę III etapu. Organizatorzy mówią o pięknym Podhalu, widokach na Tatry, o przełomie Dunajca i bajkowych Pieninach.

 

wjazd na Gubałówkę

 

Pierwsze kilometry - wjazd na szczyt Gubałówki: 1123 m! Start! Poruszamy się z prędkością raczkującego niemowlaka, a przed nami 79 km Podhala. W okolicy 40. km gubimy się w leśnych ostępach masywu Spiskiej Magury. Jako nawigator podaję w wątpliwość własny kurs, gdy z przeciwnego kierunku pod górkę wlecze się zziajana zgraja kolarzy, pokrzykując z daleka o pomylonej drodze.

 

Czasem trzeba rower prowadzić lub nieść

 

Kluczymy po lesie z godzinę, aż w końcu wszyscy ruszamy w dół niebieskim szlakiem. Pędzimy na złamanie karku, nadrabiając pogubione w lesie minuty. Na zakrętach rowery suną bokiem - kurczę, jestem żużlowcem! Zjazdy, podjazdy, otwiera się widok na Pieniny, lekko zamglone, znaczy daleko jeszcze. Kolejny szeroki szuter zakończony rowem przeciwczołgowym! Rozdygotane ręce ledwo utrzymują kierownicę. Przelatujemy z Pawłem nad rowem bez hamowania. Ci, którzy próbowali się zatrzymać przed przeszkodą, kończyli zjazd efektownym baranem. Podhalańskie szutry doprowadzają nas nad brzeg Jeziora Czorsztyńskiego. Fragment szosy i szybki zjazd przełomem Dunajca turystyczną trasą rowerową. Zaskakujące, że tego dnia nie zginął tu żaden turysta, a niedzielny rowerzysta nie wpadł do potoku, gdy wąską ścieżkę rozjechała kawalkada "górali". Tę noc spędzamy w Szczawnicy.

 

 

Jaworzyna to pikuś

 

Mgła. Chmury na wysokości drzew. "Jaworzyna górom się kłania, pogoda będzie, jutro będzie piękny dzień..." - nucę, żeby przynajmniej pogodę zaczarować na trasie, gdy ze sprzętem i samym sobą nie można już nic zrobić.

 

Etap IV

 

Dzisiaj będzie lajtowo - jedynie 54 km do Krynicy. Pierwsze 600 m w górę pozbawia mnie radości ze słonecznej pogody. Zjazd do Piwnicznej to jeden z epizodów TransCarpatii, które mocno wryły mi się w pamięć, wraz z siniakami na głowie, łokciach i kolanach. Kilka razy fikam barana na wąskich singlach. Niewielu bez upadku zjechało na tym odcinku w dolinę. Zresztą organizatorzy świetnie wiedzieli, co może nas spotkać - karetka czekała na połamańców na końcu zjazdu. Tuż za nami ktoś zaliczył lot koszący zakończony złamaniem nogi.

Z Piwnicznej pchamy rowery po górskich szlakach. W końcu dopadamy do stoków Jaworzyny. Paweł rozmawia czule ze swoją maszyną. Wczoraj było podobnie. To już kolejny seans kochanków - Lakierek ci zmienię, nowe łożyska włożymy. Dowieź mnie tylko, kochanie, do mety - mruczy. Orzeźwiające powietrze działa kojąco. Wpadamy na szczyt Jaworzyny wprost pod drzwi stacji kolejki. Wiemy, że dojedziemy, że już nas nic nie zatrzyma. Na zjeździe nie dociskamy - niech się same toczą nasze dziewczynki Kelly i Gina. Nikt nas już nie wyprzedza. Wtaczamy się do Krynicy.

 

 

Drogi średniowiecza

 

Chcemy jechać spokojnie

 

Etap do Krempnej (67 km) miał być spokojny. Sporo odcinków dolinami, po bitych drogach. Paweł kurował się jeszcze po góralskiej kuchni, do ostatniego etapu podchodzimy więc relaksacyjnie. Chcemy jechać spokojnie, jednak bez obsuwy w generalnej klasyfikacji. Samo dojechanie już nam nie wystarczy. Gdzieś na Podhalu nasze tylko "być", czyli dojechać do mety, przemieniło się w także "mieć" - dojechać w pierwszej połowie peletonu. Na początku etapu, na jednym z pierwszych podjazdów, na około 200-metrowym odcinku gumy łapie kilkanaście zespołów. Czekamy na naszego pecha. Niepewnie podjeżdżamy, mijając teamy pompujące koła. Udało się. "Aleję Pompiarzy" mijamy bez kłopotów. Po drodze, między szybkimi przejazdami, jest nawet czas na krótkie pogaduchy o Łemkach.

 

Sztuką jest wstać i jechać dalej...

 

Sielanka kończy się na wąskim asfalcie, gdy tniemy w kilkuosobowej grupie rozsądne 30 km/h. Zza zakrętu wypada maluch 126p. Nasz rozpędzony szwadron rozsypuje się. Paweł nie ma gdzie uciec. Odbija się od fiacika. Wstaje i najpierw... sprawdza rower. Wszystko OK. Natomiast pobieżne oględziny Pawła wykazują poważne stłuczenie. Noga puchnie z minuty na minutę. Zaciska zęby i kiwa głową w kierunku jazdy. - Ruszamy! - cedzi twardo. 15 km przed metą, na wysokości Kiczery Żydowskiej, wjeżdżamy na słynną asfaltową drogę do Krempnej - drogę chyba nigdy nieremontowaną. Liczba i rozmiar dziur dyskwalifikują ten szlak w jakiejkolwiek kategorii. Czy asfalt był znany w średniowieczu? Bo to chyba jedyny nienaprawiany fragment drogi od czasów Kazimierza Wielkiego. Jak wygłodniałe wilki, węszące za osłabioną sarną, czujemy bliskość mety, ciepłych pryszniców i chłodnej pościeli. Lekko dociskamy pedały. Paweł syczy z bólu. Ja nie mam nawet siły syczeć. W tylnym kole gubię szprychy. Kończymy ten etap ze świadomością, że jutro przed nami 100 km do Baligrodu.

 

 

Pitstop z gumą

 

Etap VI

 

Szef TC Marcin Rygielski wczoraj wieczorem pokazywał zainteresowanym próbki ziemi z Beskidu Niskiego i przekonywał, że jest sucho jak na Saharze. O tym etapie myśleliśmy z największą obawą (ma ponad 100 km), ale też z przeświadczeniem, że jeśli pokonamy Beskid Niski, to TransCarpatię ukończymy, bo ostatnie bieszczadzkie kryterium możemy nawet przebiec z rowerami na plecach. Startujemy i spokojnie pniemy się przez Chyrową. Pawłowi rozgrzała się potłuczona noga, więc przyspieszamy, mijając kilkanaście zespołów na nieprzyjemnych singlach przeciętych zwalonymi drzewami. Przelatujemy przez Duklę. Dętkowy pech dopada tym razem i nas. Pierwszą (jak się potem okazuje - jedyną) gumę łapiemy po stromym i szybkim zjeździe tuż przed punktem kontrolnym nad Wisłoczkiem.

 

bufet na trasie Gdy pijemy duszkiem isostary, nagle słyszymy świst... z roweru Pawła powietrze uchodzi jak z czajnika pod parą. Podbiegamy. W kilku miejscach widać w kurzu ulatujące powietrze. Felgi nieprzyzwoicie rozgrzane! Dotykam obręczy w moim tylnym kole - parzę palce! Płynem z bidonu polewam koło. Nasz pitstop trwa zdecydowanie dłużej niż u Kubicy, bo niestety, pierwsza zapasowa dętka też jest dziurawa.

Na etapie o długości 100 km zespoły mogą się wykazać dużą samodzielnością. Rozjeżdżają się na dużej przestrzeni. Prawie połowę trasy jedziemy samotnie, spokojnie kojarząc realny krajobraz z poziomicami na mapie. Nie ma błota, skupiamy się więc na żmudnym mieleniu korbami. Paweł po drodze wspiera ketonalem jakiś poturbowany i lekko zalany krwią zespół. Potem ci goście na naszych lekach wyprzedzają nas o kilkanaście minut. Czuję się wyjałowiony, pusty i bezwolny jak manekin przypięty do roweru. Ostatni, 9-kilometrowy, zjazd po szutrze do mety pokonujemy z sercem na ramieniu - żeby tylko nie złapać kolejnego flaka, nie wywalić się, dowieźć się do mety. Moje tylne koło traci kolejną szprychę.

 

 

 

 

Kryterium bieszczadzkie

 

Drobna korekta tylnego koła, żeby z ewidentnej elipsy stało się bliższe okręgowi. Poprawione tylne hamulce. To powinno wystarczyć na ostatni etap. Ruszamy 9-kilometrowym podjazdem na przełęcz Żebrak. Tu i ówdzie wyłaniają się dymiące kotły węglarzy. Na grzbiecie Chryszczatej jeszcze przed Cisną skrzywione tylne koło w mojej Kelly wyrywa okładziny tylnego hamulca, a na wertepach czerwonego szlaku odpada koszyk z bidonem. Zwalniamy. Spoko, jest dobrze, jedziemy lekko zluzowani, z kojącą myślą, że będziemy mogli jednak z dumą nosić koszulki TransCarpatii.

W połowie 64-kilometrowego etapu, po błądzeniu w leśnych ostępach pod Cisną, na punkcie kontrolnym dowiadujemy się, że kilka minut przed nami jedzie znajomy zespół. - Gonimy! - rzuca Paweł. Siadam mu na kole. Przed nami w dali piętrzy się ostatni podjazd - masyw Chryszczatej i znów przełęcz Żebrak. Zaczynają się serpentyny, lewo-prawo, coraz stromiej. Rowery stają dęba. Przed jednym z zakrętów dostrzegamy ścigany team. Chłopaki wolno mielą asfaltowe metry. Widać, że ciągną na oparach "paliwa". My z kolei dopalani jesteśmy jakimś adrenalinowym szałem. Do mety około 11 km. Stajemy w rowerach. Na przełęcz wpadamy na ostatnim oddechu. "Chipujemy się" i dalej 9 km w dół po szutrach. Boże! Teraz tylko bez flaka, błagam! Spadamy z przełęczy, dociskając pedałami na maksa. Meta! Szampan, gratulacje, zdjęcia... Zaczyna padać pierwszy deszcz TransCarpatii.

 

szampan

 

 

Każdy może spróbować

 

Jak przejechać TransCarpatię? Ważne jest dobre przygotowanie roweru i siebie samego - kondycyjne i merytoryczno-kartograficzne rozpoznanie trasy. Ale najbardziej liczą się chęci. Każdego dnia budzisz się obolały, jakbyś spadł z piątego piętra i zderzył się z tirem. To zniechęca. Rower już drugiego dnia nie chodzi tak, jak powinien, a ponaciągane ścięgna, poobijane łokcie i kolana dopełniają pobitewnego krajobrazu. Są tysiące powodów, żeby nie jechać, i zaledwie kilka, żeby się przymusić i wsadzić tyłek na siodełko. TransCarpatia to sztuka tłumaczenia się obolałych.

W TC startują osoby z różnymi oczekiwaniami. Jedni chcą się ścigać, inni jadą przez piękne góry, zachwycając się widokami. Dylemat- czy walczyć, czy cieszyć się górami - sam się rozwiązuje po drodze. U nas szczera chęć jedynie dojechania do mety w którymś momencie przeistoczyła się w chęć ścigania. Czasem z określonym konkurentem, czasem z miejscem w tabeli wyników, innym razem z własnymi słabościami.

Po pierwszym etapie, gdy znaleźliśmy się w połowie klasyfikacji, po prostu chcieliśmy się tam utrzymać.

Przejechanie Karpat to także przyjemność: widoki, świetna atmosfera i przygoda oraz przyspieszony kurs zdobywania umiejętności rowerowych.

Jazda na rowerze? Teraz już to potrafię.

 

 

 

Sprzęt na wyprawę

 

Najważniejszy jest rower. Tu nie ma litości dla szajsu z marketu. To musi być solidny, atestowany rower górski (jaki rower wybrać, przeczytasz tu). Do tego grube opony, amortyzowane przednie koło lub tzw. full, czyli maszyna z amortyzowanym także tylnym kołem. Kilka dętek, opona, komplet naprawczy hamulców, spinki do łańcuch, kilka szprych, smary, łatki, pompka, klucze - to minimum, jakie trzeba mieć ze sobą, by mieć szansę na pokonanie łuku Karpat. Do tego mała apteczka, mapy, GPS. Wszystko wkładamy do małego plecaka z tzw. camelbagiem - sakwą na co najmniej 2 litry płynów izotonicznych.

 

Pięć wyścigów dla twardzieli

 

Niemal w każdym kraju na całym świecie odbywają się wieloetapowe wyścigi rowerowe po górskich bezdrożach, ale tylko pięć zyskało międzynarodową sławę i prestiż najtrudniejszych wypraw górskich. Wśród nich polska TransCarpatia

 

Crocodile Trophy

10-dniowy wyścig przez bezdroża i góry Australii, 1200 km, 11 155 m przewyższeń

 

Cape Epic Rase

8-dniowy wyścig przez afrykańskie góry RPA, 966 km, 18 526 m przewyższeń

 

TransRockies

7-dniowy wyścig przez Góry Skaliste Kanady, 600 km, 12 000 m przewyższeń

 

TransAlp

8-dni alpejskich szutrów Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Włoch, 600 km, 19 500 m przewyższeń

 

TransCarpatia

8-dniowy wyścig górskimi szlakami Polski i Słowacji, 563 km, 15 200 m przewyższeń

 

tekst | Artur Brykner

ZOBACZ WIDEO

Polecamy