Mrówki na przystawkę

Najbardziej niesamowite doznania w Australii? Spotkanie w buszu z Aborygenami i wspólne jedzenie węża. Świt u stóp magicznej góry Uluru, wyprawa na Fraser Island z plażami tak szerokimi, że lądują na nich samoloty, i tak białymi, że z ich piasku można by piec chleb. I drogi, po których można jechać przez setki kilometrów, nie napotykając żywej duszy.

 

 

W Australii postanowiliśmy świętować urodziny. Wyprawa trwała cztery tygodnie - na krócej chyba nie ma sensu tam lecieć, bo to drugi koniec świata, w dodatku kontynent jest większy od Europy.

 

 

Obowiązkowa wizyta u apostołów

 

Lądujemy w Sydney. Stąd będziemy też za miesiąc wracać, więc na delektowanie się miastem zostaną ostatnie dni wyprawy. Na starcie planujemy tylko jazdę obowiązkową: operę, której gmach jest jednym z najbardziej znanych budynków na świecie, ogród botaniczny z drzewem zasadzonym przez młodziutką królową Elżbietę II w 1954 r., nowoczesną dzielnicę Darlington pełną mieniących się w słońcu szklanych domów oraz stare nadbrzeżne Rocks - dzielnicę, która zachowała charakter z czasów białych osadników, a potem przemykamy przez Melbourne i gnamy na południowe wybrzeże. Na Great Ocean Road.

 

Wzdłuż klifów południa wiedzie słynna Great Ocean Road

 

To najbardziej znana droga Australii. Porównywalna ze słynną, wiodącą po urwiskach na Pacyfikiem Highway 1 w Kalifornii albo europejską trasą łącząca Cannes, Niceę, Monako i Genuę - wąską, krętą i zapierającą dech nadmorskimi widokami. Great Ocean Road zaczyna się tuż za Torquay, kurortem, którego symbolem jest deska surfingowa i cudownie wysmagane wiatrem cedry. W Aires Inlet - miasteczku, w którym zatrzymujemy się na noc - nie ma niczego poza latarnią, małymi plażami wciśniętymi pomiędzy cyple skał i oberży oferującej kilka pokoi dla przygodnych gości. Mieszkańcy okolicznych domów wpadają na piwo i z kuflami ustawiają się tyłem do dużego kominka, w którym buzuje ogień. Wszyscy grzeją plecy. Za oknem temperatura w okolicach zera, bo tu czerwiec to środek zimy. Jeśli jednak chcesz zobaczyć urwiska południa i przez pustynie środka kontynentu przedrzeć się do tropików północy, możesz podróżować tylko zimą. Latem pora deszczowa zalewająca drogi północy i sięgająca 40-50 st. temperatura uniemożliwiają dotarcie do wielu miejsc.

Kolejny dzień na wybrzeżu to perła południa - Twelve Apostles, czyli Dwunastu Apostołów. Z wód oceanu wystają potężne wapienne skały (wbrew nazwie jest ich osiem). To właśnie tu kontynent australijski oderwał się od Antarktydy i wciąż oba brzegi pasują do siebie jak układanki puzzli. Tylko apostołowie poddają się upływowi czasu. Kiedyś byli połączeni skalnymi mostami z lądem. Gdy zwietrzałe łuki runęły do oceanu, ostały się tylko zachwycające urodą skalne słupy.

 

 

Koale i lasy dinozaurów

 

Las deszczowy na Cape Otway z paprociami jak w „Jurassic Park

 

Great Ocean Road prócz magicznych skał posiada także żywą tajemnicę. Na przylądku Otway zachował się jeden z kilku rozrzuconych po Australii fragmentów lasu deszczowego, który przed wiekami pokrywał kontynenty. Tak wyglądał podobno las w czasach dinozaurów - składa się z tylu pięter roślinności, że gromadzące się wilgotne powietrze ulega ciągłemu skraplaniu - stąd deszczowa nazwa. Ale przede wszystkim można tu spotkać rośliny jakby żywcem przeniesione z planu filmowego "Jurassic Park" - drzewa paprociowe. Są wielkości naszych klonów.

Jadąc przez Cape Otway, mijamy też jedną z największych w Australii kolonii niedźwiadków koala. Początkowo w eukaliptusowych gajach, przez które wiedzie wąska droga, nie sposób dojrzeć żadnego futrzastego misia, ale wystarczy zatrzymać się i spojrzeć w górę. 20 m nad naszymi głowami drzemią puchate kulki.

 

Koale mają w tym kraju własny szpital w Port Macquarie

 

Ale zapomnij o zdjęciu z koalą na ręce. Takie robi się tylko w zoo. Koale to niezwykle płochliwe zwierzęta i każdy bliski kontakt z człowiekiem to dla nich ogromny stres. Opowiedział nam o tym weterynarz w jedynym na świecie koalim szpitalu w Port Macquarie na wschodnim wybrzeżu. Do tego szpitala trafiają chore torbacze. W Port Macquarie zamiast łóżek mają specjalne kojce zawieszone między eukaliptusami. Zdrowsze koale mogą wędrować po koronach drzew. Każdy z pacjentów ma lekarza prowadzącego, wypisaną na tablicy diagnozę choroby i zalecone leczenie. W okresie zimowym stacje radiowe apelują do kierowców o ostrożność, bo to czas godów i leniwe kuleczki przetaczają się z jednej strony drogi na drugą. Widok martwych koali przy szosach nie należy do rzadkości. Podobnie jak martwych kangurów w środku kontynentu.

 

W dzień spotkanie z kangurem należy do rzadkości

 

To nasze największe rozczarowanie. Mit o wyścigu z kangurem skaczącym wzdłuż drogi. Przez pierwszy tydzień podróży wypatrywaliśmy oczy w poszukiwaniu tego symbolu Australii. Okazało się, że kangury żerują głównie w nocy i trudno je zobaczyć za dnia. Po zmierzchu natomiast wylegają z kryjówek, tyle że światła samochodów działają na nie hipnotyzująco. Każdego ranka na australijskich drogach można oglądać krwawe żniwo. Bywały odcinki, na których trupy zabitych przez samochody kangurów rozsiane były co 100 - 200 m. A wówczas pojawia się kolejne zagrożenie - orły. Tu przerzuciły się na świeżą padlinę. I przyzwyczajone do samochodów żerują na krwawym śniadaniu aż do ostatniej chwili, póki pęd zbliżającego się auta nie wzbije ich w górę. Wypadki spowodowane przez orły rozbijające przednią szybę nie należą do rzadkości.

 

 

Jesteśmy winni

Dolina Barossy to ziemia obiecana winiarzy

 

Po tygodniu podróży docieramy do Doliny Barossy, najstarszego regionu produkcji wina w Australii. Stąd pochodzi znany w Polsce Jacobs Creek. Ta winnica ma charakter już niemal przemysłowy, ale na wzgórzach Barossy rozsianych jest wiele małych, rodzinnych winnic, produkujących doskonały trunek jedynie na lokalny użytek. Każda zachęca do testowania, a że odwiedzamy je zimą, w każdej szkarłatny napój serwowany jest przy akompaniamencie skwierczących w kominkach szczap. Tu rozmawia się nie tylko o walorach wina, ale i historii rodziny, bo założycielami Barossy byli w XIX w. osadnicy z Prus i Śląska. Na miejscowym cmentarzu do dziś są nagrobki ze swojsko brzmiącymi nazwami, np. Bobrowice czy Krosno Odrzańskie.

 

W Australii winorośl zbiera się w marcu - kwietniu. Czerwiec to środek zimy, więc krzewy są uśpione

 

Pożegnanie Barossy to pożegnanie z cywilizacją. Od tej chwili z każdym kilometrem wkraczamy na ziemię coraz mniej przyjazną i mniej przez człowieka oswojoną. Z mapy znikają miasta, a te, które są, sprowadzają się do stacji benzynowej połączonej ze sklepem i z miejscami do spania. Tak naprawdę aż do centrum Australii, czyli świętej góry Aborygenów, jest na tej liczącej prawie 2 tys. km trasie tylko jedno ludzkie skupisko - Coober Pedy. Światowe centrum opalu, położone na patelni pustyni, gdzie latem temperatura osiąga 50 st., przeniosło się pod ziemię. W wydrążonych jamach po opalach powstają domy, hotele, sklepy. Niektóre łączą podziemne tunele. To właśnie w Coober Pedy trafia nam się jeden z najbardziej niezwykłych noclegów na całej trasie - Bed and Breakfast w podziemnym domu Anne i Joe. W wykutej w skale sypialni zamiast okna mamy tuż nad łóżkiem szyb, którym niegdyś wydobywano opale.

 

Wrota szalonego miasta kopaczy opali w sercu Outbacku

 

Spacer po mieście przygnębia. Jest parę sklepów spożywczych, ale reszta placówek handlowych to zakurzone dziury, w których zakurzeni sprzedawcy budzą się tylko, gdy klient zainteresuje się którymś z kamieni. Wówczas zapalają światła, by opale zaczęły skrzyć się pełnią blasku. I opowiadają o każdym kamyczku godzinami. Żyją z takich ludzi jak gość, który po nas zajął pokój - niemiecki jubiler przyjeżdżający co roku do Coober Pedy po zapasy opali. Bo nigdzie na świecie nie są tak efektowne i tanie. Każdy może kupić tu działkę i w takich odkrywkach szukać swego szczęścia.

Nieopodal opalowego zagłębia rozciąga się jeszcze jedna dziwna kraina - Breakaways - rezerwat biało-żółtych urwisk, na których swe maszyny rozpędzali bohaterowie filmu "Mad Max".

 

 

Jazda na krechę po Outbacku

 

W Red Center uważać trzeba też na dzikie konieCoober Pedy to już Outback. Nieprzyjazna kraina pustyń, wyschniętego jak pieprz w porze suchej buszu oraz ziemi nabierającej z każdym kilometrem coraz bardziej czerwonego odcienia. To właśnie od jej koloru, czerwieńszego niż mielona papryka, wzięła nazwę cała środkowa część kontynentu - Red Center. Tu bardziej niż na wybrzeżu odczuwamy, że wypożyczony przez nas w Sydney srebrny mitsubishi outlander jest naszym australijskim domem.

Przyjemność jechania przez Australię tak naprawdę poczuć można dopiero w Outbacku, gdy przez setki kilometrów droga wiedzie prosto jak strzała, bez jednego zakrętu. Jazdy samochodem po Australii nie można porównać z żadną inną. To jedyne miejsce na Ziemi, gdzie z dokładnością do minuty można zaplanować podróż. Jeśli mieliśmy do przejechania 1000 km w ciągu dnia, przy założeniu, że będziemy się poruszali z bezpieczną prędkością 100 km/h, zajmie nam to 10 godzin plus pół godziny na tankowanie i jedzenie.

 

Monstrualne ciężarówki odgrywają tu rolę pociągów

 

Tu się po prostu jedzie, nie ma rajdowych szaleńców, nie ma korków, a jedynym wyzwaniem dla kierowcy są road trains (drogowe pociągi), czyli tiry z czterema przyczepami. Gdy stają na stacjach benzynowych, ich kierowcy niczym prawdziwi kolejarze opukują młotkami koła. Lusterko takiego road traina ma metr wysokości.

 

 

Nasycenie Red Center

 

Prawdziwe serce kontynentu to Uluru, święta góra Aborygenów, zwana również Ayers Rock. Większość turystów przylatuje tu samolotem, ale traci wówczas szansę na poznanie tej nieludzko niegościnnej ziemi, która w promieniu setek kilometrów otacza górę. Traci możliwość zrozumienia ludzi, którzy tu żyją. Pojęcia tego, że musi w tej ziemi być coś, co każe ludziom tu trwać mimo upału i suszy, mimo kłopotów z wodą i prądem. Dopiero przemierzając kilometr po kilometrze tę czerwoną przestrzeń, przyzwyczajając oczy do rażącego słońca i płuca do gorącego oddechu (mimo zimy temperatura sięga 30 st.), można zrozumieć, że ta ziemia daje poczucie wolności. Niezależności od cywilizacyjnej gonitwy, od wyścigu z modą. Tu liczą się praca, zdolność przetrwania. W ludziach środka Australii nie ma wylewności, ale jest zasada, że potrzebującemu trzeba podać rękę, bo wskazanie złej drogi albo odmowa noclegu mogą oznaczać czyjąś śmierć.

 

Uluru - święta góra Aborygenów, która przyciąga jak magnes

 

Zachód to półgodzinne widowisko światła zmieniającego w każdej minucie odcienie Uluru - jednego z największych meteorytów, który uderzył w Ziemię. Nocą robi się on niewiarygodnie zimny. Za dnia nagrzewa się jak brzuch hutniczego pieca. Wokół Uluru jest wiele tablic zakazujących robienia zdjęć, bo są to święte miejsca Aborygenów.

Najlepszą porą na obejście góry wokoło, czyli zrobienie 10-kilometrowej pętli, jest ranek, tuż po wschodzie słońca. Świt zapala Uluru niczym pomarańczową żarówkę. I nie przeszkadzają nawet tłumy turystów depczących sobie po piętach. Gdy góra rozjarzy się już pełnią wschodzącego słońca, rozchodzą się oni we wszystkie strony i można w samotności obcować z górą.

Okolice Uluru to najdroższy region Australii. Mimo to nie warto ryzykować spania w przydrożnych zajazdach. My zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce dwa noclegi w odległym kilkadziesiąt kilometrów od Uluru Curtin Springs Stadion przy Lasseter Highway. Zajazd miał nas kosztować 100 dol. i był polecany w przewodnikach jako najbardziej przyjazne miejsce w okolicy. Okazał się blaszanym barakiem podzielonym na maleńkie klitki, bez toalety. Wycofaliśmy rezerwacje i pojechaliśmy prosto do Yulardy, wioski noclegowej pod samym Uluru. Motelowy pokój kosztuje tam wprawdzie 250 dol., ale w cenie są łazienka i dostęp do kuchni.

 

 

Dzikość północy

 

Wraz z przekroczeniem zwrotnika Koziorożca wkraczamy w krainę zamieszkaną przez rdzennych mieszkańców kontynentu. Ostatni łyk cywilizacji zapewnia miasto Alice Springs, gdzie nabywamy didgeridoo, tradycyjny instrument Aborygenów - długą rurę z pnia eukaliptusa, którego środek wygryzły termity, rzeźbiąc drobniutkie kanaliki na wewnętrznych ścianach tuby. Te, na których grają Aborygeni, są w naturalnym kolorze drzewa, bo oni palą instrumenty po każdym obrzędzie. Te dla turystów ozdobiono malowidłami.

 

Instrumenty didgeridoo to klasyczne wyroby Aborygenów

Zaopatrzeni w wielką tubę (ok. 1,40 m długości) odkrywamy Northern Territory, największy i najdzikszy obszar Australii. Zajmuje 20 proc. kontynentu, a mieszka na nim zaledwie jedna setna ludności.

Co parę kilometrów z autostrady Stuart Highway odchodzą zjazdy na czerwone, piaszczyste drogi, które zamknięte są metalowymi bramami. To wjazdy na tereny zamieszkane przez Aborygenów i nikt inny nie ma tam wstępu. Na mapach obszary te zaznaczone są jako białe plamy.

W drodze do Top Endu, czyli tropikalnej północy Australii, do zaliczenia jest kilka ciekawych miejsc. Devils Marbles to skały przypominające kulki ustawione jedna na drugiej. Wyglądają jakby najmniejszy powiew wiatru mógł je zwalić, tymczasem twardo trzymają się od setek lat.

 

Sklecony z kabiny śmigłowca kurnik w kultowym pubie Daly Waters

 

Warto zatrzymać się też na lunch w reklamującym się jako najstarszy pub Australii Daly Waters. W tej budzie podają wyśmienite barra-burgery, czyli hamburgery z mięsem ryby barrabundi łowionej w wodach Top Endu. Pub ma zresztą nie tylko kulinarną tradycję. Także garderobianą. Jego ściany i sufit zdobią dziesiątki biustonoszy i majtek. Podobno każda dziewczyna zostawia jakiś fragment swej bielizny.

 

Im dalej na północ, tym kopce termitów są większe

 

I jeszcze jedna atrakcja na trasie - termitiery. Im dalej na północ, tym porastające przestrzeń po obu stronach autostrady kopce termitów są coraz większe. Od półmetrowych na granicy Outbacku po trzy-, czterometrowe w Top Endzie. Twarde jak beton, mogą rozsypać się w jedną dobę, gdy kopiec opuści królowa. Przedzierając się do tych wież, należy pamiętać o wysokich butach z cholewą. Nie chodzi tylko o węże i pająki, lecz także o spinifex - trawę, która wbija ostre nasiona w najgrubsze nawet skarpety.

 

 

Kolacja w buszu

 

Celem wypraw na północ jest Kakadu - wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO park narodowy. To olbrzymie obszary buszu zamieniające się w porze deszczowej w mokradła. W tutejszych rzekach żyją najgroźniejsze i największe krokodyle ludojady. Podczas naszego pobytu ich ofiarą padła kilkuletnia dziewczynka. Pokazywane w telewizji ciało krokodyla mordercy miało wybrzuszenie w kształcie pupy dziecka.

Krokodyla o długości do 6 m najłatwiej zobaczyć na bagnach Yellow Waters. Wyprawy łodziami wyruszające o świcie suną gęstymi od krokodyli szuwarami. Wraz z pierwszymi promieniami słońca wznoszą się ku niebu tysiące ptaków, dla których bagna są domem. Na kikutach samotnych drzew wiją gniazda orły białe, jedyne ptaki, które według wierzeń Aborygenów mogą zanieść ich dusze po śmierci do gwiazd.

 

Głównymi mieszkańcami mokradeł Top Endu są krokodyle ludojady

 

Po ranku na bagnach południe spędzamy z aborygeńską Buszmenką. Wykupienie wyprawy z buszmenem to jedyny sposób, by otrzeć się o życie tego bardzo zamkniętego i nieufnego ludu. Patsi nie jest rozmowna. Wsiadając do toyoty, odwraca od nas głowę. Kierowca Sean tłumaczy, że po wielu latach wspólnego handlu mięsem wodnych bawołów, czym zajmuje się plemię Patsi, zdołał namówić ją na turystyczną współpracę. Teraz raz dziennie zabierają kilku turystów do buszu, by pokazać, jak żyją Aborygeni. Patsi uczy, która kora leczy ból głowy, a która służy do wypiekania mięsa. Jakie korzenie nadają się do jedzenia, a jakie są trucizną używaną przez jej braci do zatruwania billabongów, by bez narażania się na zęby krokodyla wyłowić zgromadzone tam ryby. Billabongi to ważny element tutejszego krajobrazu - małe jeziorka, które powstają w porze suchej z wysychających strumieni.

Zbieramy drewno na ogień i liście, które posłużą jako przyprawy. A także dziwne kwiatki, które będą zbawieniem, gdy o zmierzchu zaczną nas atakować komary. Podpalone wydzielają dym chroniący od moskitów.

Na przystawkę Patsi serwuje mrówki cytrynowe. Trzeba je rozgryźć jeszcze żywe, by wyssać zawarty kwas działający podobnie jak nasze środki przeciwbólowe.

 

Świt na rozlewiskach Kakadu

 

Ogień rozpalamy na dwie godziny przed zachodem słońca, bo po zmroku Aborygeni nie jedzą mięsa. Wyjęte z plastikowego worka płaty wodnego bawołu lądują w liściach, następnie owijane są w korę eukaliptusa i układane w ogniu. Potem obkłada się je kamieniami, zasypuje ziemią i tak pieką się przez dobrą godzinę. Obok w popiele kruszeje złapany przez brata Patsi wąż oraz aborygeński przysmak - wyciągnięte spod kory drzew grube, białe larwy. Sean robi chleb i piecze w ogniu, nad którym w kotle grzeje się woda na herbatę. Zanim zaczniemy ucztę, Patsi karmi bawolą wątrobą orły. My zaczynamy od węża. Każdy palcami odrywa kawałek gumowatego, przypominającego ośmiornicę mięsa. Potem obowiązkowo upieczona larwa - w smaku jak tłusta krewetka. I wreszcie na końcu aromatycznie upieczone mięso z gorącym chlebem.

Gdy wracamy nocą przez busz, pokonując strumienie i parowy, Patsi jest bardziej rozmowna. Jakby okrywający ją mrok chronił jej duszę. Opowiada o ojcu szamanie, który zginął, wyciągając złego ducha z jej brata. Zły czai się blisko, dlatego trzeba żyć tak, by go nie zbudzić.

Tłumaczy też, dlaczego Aborygeni - w buszu i w mieście - chodzą boso. Bo muszą czuć kontakt z ziemią, z miejscem, w którym żyją ich przodkowie. Dlatego odarci przez białych z ziemi tracą duszę i zatracają się w alkoholu. Nikt w Australii nie pije tyle co Aborygeni. To oni kupują najtańsze wino w pięciolitrowych kartonach. Młodzi sięgają też po opary benzyny ściągniętej z baków samochodów.

Patsi jest dumna, ale wielu jej braciom tę dumę zabrano. To największa hańba tej ziemi.

 

 

Królestwo piachu

 

Przedarcie się z najbardziej wysuniętego na północy miasta Darwin na wschodnie wybrzeże to, lekko licząc, trzy tysiące kilometrów, które trzeba pokonać jak najszybciej. Po drodze są wprawdzie senne miasteczka przypominające te z amerykańskich westernów o Dzikim Zachodzie, ale nocleg to wszystko, co warto w nich sobie zafundować. W Walkabout Creek jest oberża, w której kręcono "Krokodyla Dundee", a w Winton centrum strzyżenia owiec oraz ściana, którą mieszkańcy co rok rozbudowują, wmurowując w nią zbyteczne rzeczy. Są więc garnki, motor i maszyny do pisania.

Dojeżdżając do wschodniego wybrzeża, musimy podjąć decyzję - Cairns i wyprawa na Wielką Rafę Koralową czy cud natury Fraser

Island. Na oba wyskoki nie starczy nam czasu. Ponieważ znamy mniejsze siostry Wielkiej Rafy (te na Morzu Czerwonym i u wybrzeży Florydy), wybieramy Fraser - bo podobnego zjawiska nie ma nigdzie indziej na świecie.

Kogo nie stać na wypożyczenie na wyspie prawdziwego terenowego wozu, może skorzystać z oferty biur obwożących po wyspie, przy czym ważne jest, by była w programie wizyta nad jeziorem McKenzie.

 

75-milowa plaża na Fraser Island, gdzie odbywają się prawdziwe rajdy

 

Fraser Island zwana jest największą łachą piachu na świecie. To właściwie jedna wielka plaża, na której wyrósł las deszczowy z rosnącymi tylko tu i nigdzie indziej na świecie drzewami satynowymi. Mają drewno tak odporne na gnicie, że Brytyjczycy, budując Kanał Sueski, wycięli je w pień, by wyłożyć nimi dno kanału. Od kilkudziesięciu lat trwa rekultywacja satynowego lasu.

W samym sercu wyspy ulokowało się jezioro, a że liście okalających roślin zakwaszają wodę, ta wytrawia piasek do białości. Otaczające jezioro McKenzie plaże są białe i miałkie jak mąka. Mamy zwyczaj przywożenia ziemi z każdego miejsca na świecie, do którego docieramy. Bieli z Fraser Island nie dorównuje piasek z żadnego z kontynentów. Zresztą nie tylko plaża przy jeziorze stanowi ewenement natury. Także ta rozciągająca się na wybrzeżu wyspy - zwie się ją "75-milową", bo na takim odcinku można gnać po plaży samochodem. Do tego jest tak szeroka, że mieści pasy dla samochodów terenowych, autobusów, a nawet lądujących tu samolotów. Samochody dopuszczone do jazdy po Fraser Island mają specjalne zawieszenia i obowiązkowo napęd na cztery koła, bo na wyspie nie ma kawałka asfaltowej drogi, tylko piaszczyste szlaki po wydmach.

 

 

Szampan w operze

 

Ostatnie dni australijskich wakacji to kolejne plaże wschodu, plantacje trzciny cukrowej, z której wyrabia się znakomity rum, oraz rzadkie australijski baobaby - drzewa o pniach przypominających kształtem butelkę. A do tego owoce morza serwowane w knajpach ulokowanych na palach wbitych w dno oceanu.

 

Na najsłynniejszej plaży Sydney Bondi picie alkoholu jest zakazane. Urodzinowy toast wznosimy więc w pobliżu Opery i Harbour Bridge

 

Do Sydney docieramy na dwa dni przed odlotem. Zdanie samochodu i zgodnie z planem szampan wypity na schodach opery. Potem zakupy i wieczorna włóczęga po mieście. Z jednej strony żal nam, że cała przygoda już za nami, z drugiej czujemy radość, że udało się to wszystko pokonać. 11 523 kilometry.

Ostatni dzień to wyprawa na Bondi Beach - słynną plażę Sydney, a wieczorem już samolot. Z przesiadkami w Singapurze i Frankfurcie czeka nas 36 godzin podróży do Warszawy.

 

 

Trasa

Trasa

 

1. Sydney - tu startujemy

 

2. Melbourne - przemykamy przez miasto, by cieszyć się widokami Great Ocean Road - najsłynniejszej drogi południa Australii

 

3. Adelajda - to brama do krainy wina

 

4. Coober Pedy - przed nami w podziemnym mieście był tu Mad Max

 

5. Serce Australii to magiczne skały: Uluru, Kata Tjuta i Kings Canyon

 

6. Mataranka - gorące źródła w towarzystwie krokodyli

 

7. Cooinda to obozowisko w Kakadu

 

8. Począwszy od Townsville wkraczamy w krainę cud-plaż

 

9. Fraser Island - największa wyspa piachu na świecie

 

10. Port Macquarie - to prócz koali także rewelacyjne ostrygi

 

 

Planowanie wyprawy

 

Zaczęliśmy od kupienia przewodników i profesjonalnego atlasu, które studiowaliśmy w każdy weekend od jesieni do wiosny, wyznaczając trasę. Prócz wyznaczenia miejsca, które chcemy odwiedzić, ważne jest wyliczenie z atlasem odległości. Dziennie można maksymalnie przejechać 1-1,2 tys. km. Zima ma ten minus, że ok. godz. 18.30 zapada zmierzch, a wówczas wzrasta ryzyko wypadku w zderzeniu z kangurem.

Po rozpisaniu wyprawy na poszczególne dni zabraliśmy się do szukania noclegów. Przynajmniej w pierwszej części trasy mieliśmy zamówione motele i hotele. To z jednej strony ogranicza elastyczność, z drugiej daje jednak poczucie bezpieczeństwa w obcym kraju. Dobrze jest wiedzieć, że po 700 km będzie gdzie złożyć głowę. Rozpoczęliśmy też starania o wizę. Można ją uzyskać drogą elektroniczną po uiszczeniu opłaty - 50 dol.

Kolejny etap to kompletowanie ekwipunku: od czapki i rękawiczek, które przydają się zimą na południu, po kostium kąpielowy przydatny na północy. Konieczne są buty trekkingowe. Nauczeni doświadczeniem z poprzednich wypraw wzięliśmy też mały elektryczny czajnik. Okazał się zbyteczny, większość moteli i hoteli ma kącik kuchenny, gdzie można rano zrobić sobie kawę i tosta.

 

Pozbawiona niemal zakrętów Stuart Highway łączy południe z północą Australii.

 

Język

 

Angielski załatwia wszystko, choć trzeba się przyzwyczaić, że Australijczycy mają tendencję do skracania słów. Zamiast cangooroo mówią roo, zamiast Australia (wymowa: Oztralia) po prostu Oz - stąd "Czarnoksiężnik z krainy Oz" albo barbie zamiast barbeque czyli grill.

 

 

Koszty

 

bilet lotniczy 4224 zł na osobę (lecimy Lotem do Frankfurtu i doskonałymi Singapore Airlines do Singapuru i Sydney)

 

wypożyczenie i ubezpieczenie samochodu 2100 dol.

 

noclegi 2000 dol.

 

benzyna 1700 dol.

 

bilety wstępu 900 dol.

 

jedzenie: 570 dol.

 

Wszystkie ceny w dol. australijskich. 1 AUD = 2,3 PLN

 

 

 

Znak „Uwaga kangury” można zobaczyć tylko w Australii. Najczęściej w interiorze

TEKST | Aleksandra Pawlicka "Przekrój"

i Jacek Pawlicki "Gazeta Wyborcza"

Znak „Uwaga kangury” można zobaczyć tylko w Australii. Najczęściej w interiorze

 

 

Czytaj też na Logo24:

Dla tasmańskich diabłów

Kraina tysiąca smaków

Kara-at, czyli śladami Czyngis-chana

 

Griswoldowie Wschodniego Wybrzeża (USA)

 

Heban i kość słoniowa (Wybrzeże Kości Słoniowej)

 

 

 

 

Zobacz także:

Nalewka z pędami sosny

Więcej o: