U blaszanego Czyngis-chana

Serce na mongolskim stepie stracisz przynajmniej raz, a głowę w każdym barze, gdy spróbujesz wódki Chinggis.
 

 

Pierwszy wstrząs przeżywasz, patrząc na Mongolię z okna samolotu. Pod tobą, jak okiem sięgnąć, szarozielony dywan stepu poprzecinany wzgórzami. Drugi, jeszcze mocniejszy, masz zapewniony po wyjściu z lotniska w Ułan Bator. Jak to możliwe, że taki piękny kraj ma tak paskudną stolicę? Ułan Bator (mong. Czerwony Bohater) wygląda jak gigantyczny sklep "Wszystko za 5 zł". Choć ostatnio buduje się tu dużo i nowocześnie, ciągle straszą zaniedbane ulice, odrapane bary, przeszkadza hałas i kurz. Połowa lipca wita turystów 30-stopniowym upałem, ale wydaje się, że jest przynajmniej 10 stopni więcej.

Miłośnik Harry'ego Pottera

 

 

Szybko dostajesz pierwszą lekcję. Na jezdni obowiązuje zasada - kto pierwszy, ten lepszy. Na chodniku także nie trać czujności. Uważaj na kieszonkowców i patrz pod nogi, bo o pokrywach studzienek kanalizacyjnych dawno tu nikt nie słyszał.

Na zwiedzenie Ułan Bator wystarczą trzy dni. Tajemnicze skośnookie piękności, spotkania oko w oko z niedźwiedziem, kołujące nad obozem orły i szamani, którzy wywróżą ci przyszłość, czekają w stepie.

My w stolicy zabawiliśmy dłużej, bo braliśmy tu ślub. Mieliśmy sentymentalne powody. Jeden dziadek brał udział w wyprawie w góry Ałtaju, drugi, wybitny ekspert od skór, pracował kilka lat w Mongolii jako attaché handlowy.

 

 

 Ułan Bator - stolica pośród stepów.

Ułan Bator - stolica pośród stepów.

 

W Ułan Bator nie sposób ominąć centralnie położonego placu Suche Batora, przywódcy rewolucji w 1921 r., która obaliła ustrój feudalny i zrobiła z Mongolii sterowane przez Rosję państwo komunistyczne. Trzeba obejrzeć zespół pałacowy bogdo gegena (główny lama Mongolii) i klasztor Gandan z ogromną kopią, skradzionej przez Rosjan, 25-metrowej pozłacanej figury Buddy. Warto też zwiedzić wzgórze Zaisan z mozaikami przedstawiającymi socjalistycznych bohaterów i dwa muzea: Historii Naturalnej - z potężnymi szkieletami dinozaurów, i Historyczne, gdzie jedną z sal przeznaczono na hołd mongolskiemu kosmonaucie. Mongołowie prowadzą życie na ulicy, możemy więc tu zrobić zakupy (buty, ubrania, warzywa i owoce), napić się kumysu lub kwasu chlebowego prosto z beczki, zważyć na elektronicznej wadze, a także zadzwonić z ruchomej budki telefonicznej - w tej roli występuje facet krążący po ulicy z przenośnym aparatem zaopatrzonym w antenkę.

A potem warto jak najszybciej uciec w step. Czym? Przez Mongolię przebiegają tylko dwie nitki torów kolejowych, najlepiej więc zdać się na miejscowe biura podróży i wykupić wycieczkę autobusem.

   Świetnie sprawdzają się przenośne budki. Mężczyzna w chroniącej przed kurzem masce nosi zaopatrzony w antenkę telefon w specjalnej skrzyneczce.

 

Tu czas na lekcję drugą. Jeśli zawczasu nie poprosisz o rozmowę z "anglojęzycznym" przewodnikiem i nie sprawdzisz jego umiejętności, w stepie się okaże, że po angielsku to on - owszem - mówi, ale kilka słów. Nasz przewodnik oprócz podstawowych rzeczowników opanował komunikat: "I like Harry Potter", i pytanie: "Are you tired?". Bardziej pojętny okazał się kierowca. Gdy po drodze musieliśmy mu przekazać prośbę współpasażerki, aby przejechał na drugą stronę rzeki, pokazaliśmy most, mówiąc: "Ona skazała, żeby ty na bridż, a potem, no, wiesz!". Zrozumiał.

Ceny wycieczek zależą od standardu. Luksusowe, samolotem i z noclegami w hotelach, kosztują kilka tysięcy dolarów. Trochę tańsze jest wynajęcie klimatyzowanego jeepa z kierowcą i nocowanie w turystycznych jurtach, ale to tak, jakby Tatry poznawać z piwnego ogródka na Krupówkach.

 

 

Decydujemy się na spartańską wersję - busa, przypadkowe towarzystwo i noclegi w namiotach. Na 13-dniową podróż wydajemy na dwie osoby tylko 520 dol. Wybieramy trasę na daleką północ, nad liczące 120 km długości jezioro Chubsuguł, gdzie żyją szamani i hodowcy reniferów, a temperatura zimą spada nawet do -50 stopni. Woda w jeziorze podobno jest przejrzysta na 24 m. Po drodze zahaczymy m.in. o pustynię Gobi i pierwszą stolicę Mongolii - Karakorum.

Ekipa naszego busa to: starsza pani Tuja (Zorza), która wychowała się na północy, jej syn Bolorcogt (Kryształ), nasza znajoma Altancicig (Złoty Kwiat), kierowca, którego imię jest skrzyżowaniem słów: czwartek i tybetańska książka (Purewdorg), przewodnik Bawuu (z tybetańskiego: Bohater) i kucharka Seinzaja, która tłumaczy nam, że jej imię znaczy tyle, co angielskie "good luck!".

Gdy tylko wyjeżdżamy za rogatki miasta, myślimy o Franku, Niemcu, którego poznaliśmy w samolocie. Jak, do licha, przemierza ten kraj motorem?! Kilka piaszczystych dróg i zero znaków! Żadnych charakterystycznych punktów, domów, a nawet ludzi.  Warsztaty samochodowe? Raz na sto kilometrów.

 

 Typowe mongolskie miasto to kilkadziesiąt domów i jurt otoczonych płotem.

Typowe mongolskie miasto to kilkadziesiąt domów i jurt otoczonych płotem.

 

Pakujemy się do busa. Z trudem pokonujemy płytkie rzeki i strome górskie podjazdy. Grzęźniemy w błocie, niebezpiecznie kolebiemy się nad stromiznami. Na każdym postoju kierowca wczołguje się pod auto i ogląda amortyzatory. Wymienia je co dwa dni. Podziwiamy kołujące w powietrzu orły i rozmawiamy o Czyngis-chanie. Ten wybitny wódz naprawdę miał na imię Temudżyn, urodził się około 1160 r. na terenie obecnej Rosji. Dzięki mądrej, konsekwentnej polityce i bezlitosnemu traktowaniu wrogów stworzył imperium mongolskie, które w XIII w. rozciągało się od Azji Środkowej po Bliski Wschód. Mongołowie są z niego bardzo dumni. Pomnik Czyngis-chana zdobi parlament w Ułan Bator, wizerunek władcy gości zaś na pocztówkach, banknotach i koszulkach.

 

 

Baranina na pierwsze, drugie, deser i popitkę

 

Pierwszy postój i pierwszy zachwyt. Jesteśmy na pustyni Gobi. Ta druga co do wielkości pustynia świata jest zarazem gigantycznym cmentarzyskiem dinozaurów. Jest fantastycznie ukształtowana, miejscami piaszczysta, miejscami trawiasta i kamienista (Mongołowie wyróżniają ponad 30 rodzajów pustyni). Wieczorem rozbijamy namioty nad rzeką Orhon, niedaleko Karakorum. Przed nami obrazek jak z filmu "Władca Pierścieni". W tym roku Mongolię nawiedziły wyjątkowo obfite deszcze, step czaruje więc obfitością traw, ziół i kwiatów. Co rusz wyskakują z nich wielkie na pół dłoni świerszcze i gryzonie przypominające myszy, które dają się karmić z ręki.

Na wzgórzu niedaleko miasta oglądamy ogromną mozaikę przedstawiająca podboje Czyngis-chana. Samo Karakorum  rozczarowuje. Domy przypominają szopy, po ulicy włóczy się maciora z młodymi, każde obejście ogrodzone jest szarym płotem z desek. Trudno sobie wyobrazić, jak to miasto wyglądało przed wiekami, kiedy zdobiła je fontanna ze srebra, tryskająca na cztery strony świata miodem, winem, piwem ryżowym i kobylim mlekiem.

 

 Do lepienia buuzów, pierożków z baraniną, nasza kucharka nie potrzebowała stołu.

Do lepienia buuzów, pierożków z baraniną, nasza kucharka nie potrzebowała stołu.

 

Przerwa na obiad. Kucharka wyciąga butlę z gazem i dwupalnikową maszynkę Hitachi. Wrzuca do garnka cebulę, kapustę i baraninę. To, co dostajemy w miseczkach, będziemy jeść przez kolejne dni. Baranina trafia na nasz otwierany z walizki stół nawet trzy razy dziennie. Gotowana, pieczona, smażona, w zupie, pierogach, z kluskami, ryżem, mlekiem lub herbatą. Nam najbardziej smakują husziuury (duże pierogi z baraniną lub wołowiną smażone na głębokim oleju) i buuzy, pierożki z cebulą i mięsem. Do tego posolona zielona herbata z łojem lub orzeźwiające sfermentowane kobyle mleko. Zanim jednak wypijesz czarkę tego drugiego specjału, rozejrzyj się za toaletą. Lepiej siedzieć niedaleko.

Wieczorna kąpiel, oczywiście, w rzece. Możesz mówić o szczęściu, jeśli po twojej lewej stronie nie kąpią się konie, a po prawej kierowca nie myje ciężarówki. Czasem przy większych obozowiskach stoją drewniane latryny, ale roje much radzą je omijać szerokim łukiem. Wolimy iść w step, narażając się na zdziwione spojrzenia tubylców. My z kolei patrzymy z niedowierzaniem, jak w pobliskim mieście pacjenci, odziani w piżamy, wychodzą ze szpitala na dwór, żeby załatwiać się w pobliskiej sławojce.

 

 

Zasypiamy pod rozgwieżdżonym niebem, słuchając rżenia koni. Rano zaglądają nam do namiotu owce i kozy.  - W stadzie najlepiej mieć wszystkiego po trochu: kozy, owce, konie, wielbłądy, a na północy dodatkowo jaki - tłumaczy nam żona pasterza, którą podwozimy do miasta. Przeciętne stado liczy 300 sztuk, bogate trzy razy więcej. Pasterze przeprowadzają się z nim w poszukiwaniu lepszych pastwisk przynajmniej cztery razy w roku. Za studia jednego pasterskiego dziecka płaci państwo, dla pozostałych są korzystne kredyty.

 

 Nawet w step wkracza cywilizacja. Niemal przy wszystkich jurtach stoją już baterie słoneczne i talerze anten satelitarnych. Dzięki nim pasterze w wolnych chwilach mogą oglądać jeden z czterech telewizyjnych kanałów. To obecnie ulubiona rozrywka.

Nawet w step wkracza cywilizacja. Niemal przy wszystkich jurtach stoją już baterie słoneczne i talerze anten satelitarnych. Dzięki nim pasterze w wolnych chwilach mogą oglądać jeden z czterech telewizyjnych kanałów. To obecnie ulubiona rozrywka. 

 

Gdy ożeni się pasterski syn, jego rodzice postawią jurtę, a rodzice żony dadzą wszystko, co potrzeba do wspólnego życia. Łącznie z anteną satelitarną i baterią słoneczną, żeby mogli oglądać ulubione programy.

 

 Przed każdą świątynią stoją młynki modlitewne. Wierni wprawiają je w ruch, wypowiadając w myślach życzenia.

Przed każdą świątynią stoją młynki modlitewne. Wierni wprawiają je w ruch, wypowiadając w myślach życzenia. 

 

Nazajutrz dojeżdżamy do Erdenzuu, które do czasów komunizmu było centrum mongolskiego buddyzmu. Komuniści zniszczyli ponad 700 klasztorów, wiele zabytków sakralnych zginęło więc bezpowrotnie. W Erdenzuu można jednak obejrzeć klasztor budowany od XVI w. Przewodniczka poleca obejrzeć odkopane niedaleko dwa kamienne żółwie i tłumaczy inne zoologiczne zawiłości: - W naszej kulturze mamy cztery silne zwierzęta. To smok, lew, słoń i feniks. Ważny jest też paw, bo według wierzeń zjada truciznę. A im więcej jej zje, tym piękniejszy. Dlatego w wielu domach spotkacie w wazonach pióra tych ptaków - mówi przewodniczka.

 

 Mongołowie mają wiele magicznych miejsc. Przy Tajhar Cziolto trzeba wziąć kamyk, wyszeptać do niego życzenie i przerzucić przez skałę.

Mongołowie mają wiele magicznych miejsc. Przy Tajhar Cziolto trzeba wziąć kamyk, wyszeptać do niego życzenie i przerzucić przez skałę.  

 

Zwierzęta i wierzenia - oto, do czego przywiązany jest Mongoł. Każda górka, większe drzewo, a jak tych brakuje, to kopce kamieni ozdabiane są kawałkami niebieskich szmatek. A pod nimi - cukierki, ciastka, drobne banknoty, które mają zapewnić pomyślność. Mongołowie wierzą też w miejsca, które leczą. Kilka dni później jesteśmy przy magicznej skale Tajhar Cziolto. Pod nią, wśród końskich odchodów, trzeba znaleźć kamyk, wyszeptać do niego życzenie i przerzucić przez skałę. Kierowca jedzie dalej, dopiero gdy wszyscy to zrobią,. Zatrzymuje się przy kolejnym magicznym miejscu - drzewie o stu gałęziach. Darmową stołówkę mają ptaki i gryzonie. Ludzie położyli tu ciastka, cukierki, kanapki, a także karty do gry, banknoty. Wszystko, co można zostawić, aby przyniosło szczęście. Przejeżdżamy przez drewniany, dziurawy most i już jesteśmy nad jeziorem Cagaanuur.

 

 

Miłość Gandzi

 

Po kąpieli siadamy przy palenisku i rozmawiamy. Seinzaja wykłada nam, czego od mężczyzny oczekuje współczesna Mongołka. Ma 20 lat, studiuje turystykę. - Podobają mi się tacy faceci, jak Bret Fit - mówi. Domyślamy się, że chodzi o męża Angeliny Jolie. - Musi być wesoły, lubić się śmiać - dodaje. - Żeby można było z nim ciekawie spędzić czas, a nie od razu brać ślub. Dowiadujemy się przy okazji, że Mongołki coraz częściej najpierw rodzą dziecko, a potem myślą o ślubie. Wyż demograficzny szaleje, bo jest rok Świni i Mongołowie wierzą, że dzieci urodzone w tym roku zaopiekują się na starość rodzicami. Pytamy Seinzaję, jak taka swoboda pasuje do buddyzmu, religii ciągle dominującej w tym raju. - A co to ma wspólnego z miłością? - dziwiła się nie tylko Seinzaja, ale i dwie starsze współtowarzyszki podróży. - Przecież najważniejsze to żyć po swojemu!

 

Mnisi rozpoczynają modlitwy. Często nie mają nic przeciwko temu, by uczestniczyli w nich turyści.

Mnisi rozpoczynają modlitwy. Często nie mają nic przeciwko temu, by uczestniczyli w nich turyści.

 

W trakcie podróży poznajemy inne mongolskie dziewczyny. W miastach są bardziej puszyste, śmiałe i gadatliwe. Żyjące w stepie - szczupłe i tajemnicze. Nie podejmują histerycznych prób zaobrączkowania faceta, nie obrażają się z byle powodu i mówią tylko wtedy, gdy mają coś do powiedzenia. - Przyjemnie jest porozmawiać z mężczyzną, pójść z nim na spacer do lasu, wypić razem herbatę, potańczyć - tłumaczy nam Nono, która studiuje koreański na uniwersytecie w Ułan Bator, a w wakacje pracuje w barze nad Chubsugułem. Nie ukrywa, że najlepiej rozmawia się jej z obcokrajowcem. - Nasi mężczyźni mogą nam coraz mniej zaoferować. Są, oczywiście, wyjątki, ale to my chętnie podróżujemy, uczymy się języków obcych, poznajemy nowych ludzi. Oni najchętniej przesiedzieliby życie przed jurtą, czekając, aż podamy im obiad - uważa Nono.

Z tym siedzeniem to trochę przesada. Nad jeziorem Chubsuguł - u celu naszej wyprawy - od razu wsadzają nas na konie. - Przejedziemy się - proponuje Gandzia, strażnik parku narodowego. I intonując mocnym głosem pieśń, wali gałęzią nasze konie po zadach. Te zapadają się po kostki w wilgotnych łąkach, płoszą dudki. Słyszeliśmy, że właśnie tu można się natknąć na pumę śnieżną, wilka lub niedźwiedzia, ale Gandzia uspokaja, że wypadki zdarzają się rzadko. - Ostatnio niedźwiedź zaatakował ludzi zbierających jagody. Ale to była ich wina, bo do niego strzelili. W odwecie niedźwiedź zdarł jednemu człowiekowi połowę skóry z twarzy - mówi obojętnie, popędzając konie. Gdy wracamy do obozu, Gandzia poznaje całą naszą ekipę. I natychmiast zakochuje się w kucharce. Mamy okazję przekonać się na własne oczy, jak wygląda podryw po mongolsku. Nono miała rację. Gandzia przychodzi do nas trzy razy dziennie, siada przy palenisku i opowiada o swojej pracy, a Seinzaja bez słowa podaje mu miskę z jedzeniem. Żadnych kwiatów, komplementów, nawet wspólnego wieczoru w pobliskim barze. Po godzinie 20 generator daje tam prąd, przy świetle można więc wypić szklaneczkę 39-procentowej wódki Chinggis, a nawet potańczyć. Gandzia ma jednak inny plan. Gdy wyjeżdżamy, czeka na drodze na białym koniu. Wymienia się z Seinzają numerami komórek i krzyczy, żeby o nim nie zapomniała. Jeszcze wizyta w wigwamach plemienia, które hoduje renifery, i wracamy do Ułan Bator. Jesteśmy pod wrażeniem, nie tylko piękna tego kraju i romantyzmu Gandzi, ale także wróżby tutejszej mieszkanki. Gdy jej kilkumiesięczny wnuk złapał Pawła za rękaw i wyciągnął do niego ręce, w chacie zapanowało radosne poruszenie. - Będziecie mieć syna. I to już niedługo - wytłumaczyła nam zachowanie malca jego babka.          

 

 

Waluta

 

Płacimy w tugrikach (T) i dolarach. 1 dolar = 1150 tugrików.

Godne polecenia jest skorzystanie z przekazów Western Union i Money Gram.

Przekazy można realizować w bankach tylko w stolicy.

Nie ma problemu ze znalezieniem z kafejki internetowej. W stolicy jest ich mnóstwo. Godzina - 0,5 dol.

Ceny w tugrikach:

Chleb - 750, piwo - 900, 0,5 l wódki - 4000, obiad w restauracji - 3000-4000, 1 km taksówką - 450, całodniowy autobusowy bilet miejski - 400, 1 l benzyny - 1500 (ostatnio stale rośnie), nocleg w hostelach w Ułan Bator - 3000-4000.

 

 Po zakupach w większym mieście można skorzystać z taksówki - motocykla z przyczepą.

Po zakupach w większym mieście można skorzystać z taksówki - motocykla z przyczepą. 

 

 

Koniecznie zabierz

 

- czapkę, chustkę chroniąca przed słońcem

- latarkę

- środek przeciw komarom

- mapę

- chusteczki nawilżone (jak dla niemowląt)

- drobne słodycze do częstowania dzieci

- mały słownik angielsko-mongolski lub rosyjsko-mongolski

- rozkładany stół i krzesła, jeśli nie podróżujesz z biurem podróży

 

Nie trzeba się przeciwko niczemu szczepić. Jeśli nie przesadzisz z kumysem, nie będziesz nawet potrzebował tabletek przeciwko biegunce.

 

 

Wiza

 

Trzeba wejść na stronę: www.ambasadamongolii.pl, wypełnić wniosek, wydrukować i zanieść do ambasady. Wiza kosztuje 46 dolarów, czeka się na nią dwa tygodnie.

Bilet lotniczy w dwie strony: wylot z Warszawy z przesiadką w Moskwie - 5 tys. zł

 

 

Pamiętaj

 

- wręczaj prezenty dwoma rękoma

- nie odmawiaj poczęstunku

- w zapasach, strzelaniu z łuku i wyścigu konnym nie masz szans, ale Mongołowie chętnie cię podszkolą w tych umiejętnościach

 

 

 

Czytaj o innych podróżach na Logo24:

 

Kara-at, czyli śladami Czyngis-chana

Griswoldowie Wschodniego Wybrzeża (USA)

Heban i kość słoniowa (Wybrzeże Kości Słoniowej)

Narciarz na wysokościach(Chiny)

Mrówki na przystawkę (Australia)

Koleją na Dach Świata (Tybet)

W poszukiwaniu zaginionych Majów, czyli garbusem po Meksyku

Western dla dużych chłopców (USA)

Biel i błękit (Spitzbergen)

Młody człowiek, a może (Mauritius)

 

 

Tekst: Katarzyna i Paweł Ziemniccy

 

Zdjęcia: Katarzyna i Paweł Ziemniccy, SHUTTERSTOCK

 

Więcej o:
Komentarze (1)
U blaszanego Czyngis-chana
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: Nana

    0

    błagam - bez słodyczy dla dzieci - jakieś drobiazgi: długopisy, pluszaczki, koraliki, nawet zeszyty - ale nie słodycze. Wszędzie, gdzie docierają turyści zaczynają się problemy z próchnicą o otyłością. W Maroku i Brazylii są już nawet specjalne ulotki z prośbami w tej kwestii - skoro Mongolia jest taka unikatowa, to jej nie dobijajcie...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX