Gruzja - zakaukaska czacza

U stóp Kazbeku, na wysokości 3 tys. metrów, smakowaliśmy wspaniałe gruzińskie wino. A przecież czekały na nas jeszcze wspaniałe zabytki na wschodzie kraju, mocna wódka na winogronach na zachodzie i... rodzinny dom Stalina w Gori.

 

 

Łaźnie w Tbilisi, tutejsze masaże chwalił sobie Puszkin.

 

Zakręty wiją się jak wąż, a droga wspina się mozolnie. Zura, nasz kierowca, nie zważa na to zupełnie, w każdą serpentynę wpada z impetem. W ostatniej chwili, tuż nad przepaścią, gdy serce mam już w gardle, zwalnia, byśmy nie spadli w przepaść. Nie ma żadnych barierek ani znaków ostrzegawczych, przepisów też nikt nie przestrzega.

 

W Mcchecie, dawnej stolicy grózińskiego królestwa Iberii, łączą się dwie rzeki Mtkwari (z lewj) i Aragvi (z prawej).

 

Gruzińska Droga Wojenna (nazwana tak przez Rosjan w XIX w.) wiedzie na północ kraju przez ośnieżone nawet latem zbocza Kaukazu. W czasie każdej wojny, która wybucha u stóp tych ogromnych gór, wąski pas podziurawionego do granic możliwości asfaltu, łączącego Południe z Północą, to klucz do sukcesu. Droga Wojenna jest jak brama. Gruzini strzegą jej ze wszystkich sił, a wrogowie - od Persów, Rzymian i Mongołów poczynając, na Rosjanach kończąc, co jakiś czas próbują forsować. To tędy najwygodniej i najszybciej dostarcza się broń, dociera do północnej granicy Gruzji, przekracza Kaukaz. Tak było i w czasie niedawnej wojny Gruzji z Osetią Południową i Rosją, gdy droga znów została zamknięta dla cywilów. Krzepki Zura zna, na szczęście, nie tylko historię górskiego szlaku, ale też każdy jego metr. Ta wiedza jest tu o wiele bardziej potrzebna! Gruzin co dzień jeździ swoim busem z Tbilisi do Kazbegi, wioski przy granicy z Osetią Północną i Czeczenią, skąd do Groznego jest tak samo blisko jak do gruzińskiej stolicy.

 

Portal nad wejściem do katedry w Tbilisi, a na nim napisy w trudny gruzińskim alfabecie.


 

Po przekroczeniu najwyższego punktu - Przełęczy Krzyżowej na wysokości 2379 m n.p.m. - droga opada w kanion rzeki Baidarka. A Zura używa już niemal wyłączne pedału gazu. Gdy mijamy się z innym autem, zamykam oczy, choć w normalnych warunkach lubię szybką jazdę.
Lepiej jest dopiero w dolinie. Ciut więcej miejsca, łagodniejszy zjazd, a ze skalistych zboczy tryskają źródła mineralne. Łatwo je rozpoznać nawet z dużej odległości, bo minerały barwią skały, np. na mocno pomarańczowy kolor.

 

Krzyż św. Nino w cerkwi Dżwari w Mcchecie. Według legendy największa gruzińska święta związała
taki krzyż z winnego krzewu własnymi włosami. Krzyż z ramionami skierowanymi w dół to dziś symbol Gruzji.



Choć z Tbilisi do Kazbegi jest niecałe 100 km i Zura jechał jak wariat, podróż przez góry Gruzińską Drogą Wojenną zajęła nam ponad 3,5 godz. Innej przeprawy nie ma. Do otoczonej ponad 4-tysięcznymi szczytami osady docieramy jeszcze przed zachodem słońca. Krótkie przepakowanie prawie 30-kilogramowych plecaków i cała nasza piątka rusza w góry. Chcemy spać już ponad wsią.

 


 

Pierwszy punkt - zbocze, na którym stoi słynny kościół Gergeti - Cminda Sameba (Świętej Trójcy). Po prawie dwóch godzinach marszu, gdy zmrok powoli przykrywa już góry, jesteśmy na miejscu. Widok dosłownie jak z pocztówki: XIV-wieczna świątynia na wysokości 2170 m n.p.m. stoi na tle symbolu Gruzji - góry Kazbek.
Szczyt Kazbeku (5033 m n.p.m.) można znaleźć na etykiecie najpopularniejszego w kraju piwa o tej samej nazwie, pamiątkach, obrazach.
- Nie ma Gruzji bez tej góry - mruczał jeszcze w busie Zura.
Choć lato na Kaukazie jest gorące, nocą temperatura spada poniżej zera. Błogosławimy nasze ciepłe śpiwory puchowe i ich kaptury, w które można się całkowicie opatulić! Nad ranem z chmur wyłania się cały wierzchołek Kazbeku. Piękny, dostojny, zawsze okryty lodową czapą, uśpiony wulkan. Przez najbliższe dni będziemy podążali w jego kierunku. Pierwszy raz góra została zdobyta w 1868 r., ze względu na strome nachylenie zboczy (nawet do 60 stopni) wspiąć się na nią znacznie trudniej niż na najwyższy na Kaukazie (zdaniem wielu również i w Europie) Elbrus (5642 m n.p.m.).

 

Kościół Cminda Sameba wznosi się nad Kazbegi.

 

 

Gra lodowca


 

Kazbek nie jest najwyższym szczytem Gruzji, ale pierwsza w tym rankingu Szchara (5068 m n.p.m.) nie dorównuje mu znaczeniem w gruzińskiej tradycji. My rejon najważniejszej "Lodowej Góry", jak mówią miejscowi, wybraliśmy na cel podróży ze względu na jej piękno. Trzeciego dnia marszu rozbiliśmy obóz u stóp lodowca Gergeti, schodzącego z Kazbeku.
Pogoda nas rozpieszczała. Tylko z wodą był kłopot. Zapasy czystej wypiliśmy po drodze. Wiedzieliśmy, że po dojściu do lodowca spokojnie uzupełnimy butelki. Wieczorem trudno jednak znaleźć krystaliczne źródła, bo wszystko, co spływa z góry, ma kolor błota. Te same strumienie rano są czyste jak łza, ale po całym dniu rozmarzania woda przybiera bury kolor i nic nie da się na to poradzić. Zadowoliliśmy się więc tym, co było.

Na szczęście w plecaku znaleźliśmy butelkę tutejszego czerwonego wina, które podarował nam jeszcze szalony Zura. Było wspaniałe, domowe, z pysznych kachetyjskich (o Kachetii za chwilę) winogron! Wpatrzeni w szczyty, na wysokości ponad 3 tys. metrów smakowaliśmy Gruzję. Za plecami mieliśmy łagodne, zielone stoki, przed nami skaliste góry. Dookoła grał lodowiec, po którym co jakiś czas zsuwały się wielkie głazy lub kawałki lodu. Choć ośnieżony szczyt jest popularnym celem wspinaczek, nie ma mowy o tłoku. Chcąc ruszyć na jego podbój, trzeba umieć posługiwać się mapą i kompasem, szlaków nikt tu, na szczęście, nie zdążył jeszcze wytyczyć.

Aby oswoić się z wysokością, przez kilka dni poznawaliśmy okolicę na wycieczkach aklimatyzacyjnych, co jakiś czas przenosiliśmy też obóz. Potem mozolnie w górę, w stronę Kazbeku. Nieoczekiwanie nasza ekipa powiększyła się w tym czasie o nowego towarzysza - biało-czarną sukę, którą z braku lepszego pomysłu roboczo nazwaliśmy... Gruzja.
Pies odwiedził nas na jednym z noclegów, był zmęczony i głodny. Daliśmy mu jeść i myśleliśmy, że po odpoczynku ruszy w kilkudniową drogę powrotną do wsi.

 

Cminda Sameba, za nią Kazbek.

 

Ale nasza Gruzja miała inne plany. Poszła z nami. Wieczorami, gdy szukaliśmy jakiegoś zagłębienia, by ukryć namioty przed wiatrem, już po rozbiciu obozu leciała na najbliższe wzniesienie, kładła się na nim i z bezpiecznej odległości obserwowała okolicę. Pilnowała nas przed wilkami i niedźwiedziami, które podchodziły jeszcze na tę wysokość. Nigdy nie przyszła żebrać o jedzenie. Czekała spokojnie, aż ją zawołamy. Miała wyraźne nawyki wyszkolonego psa pasterskiego.

Modliszki spotkaliśmy w górach.

 

 

Po dwóch dniach wspólnego marszu teren dla Gruzji zrobił się stanowczo zbyt trudny. Nie chcieliśmy, by szła dalej. Miała wielkie problemy z przekraczaniem potoków, ślizgała się po lodzie, męczyła się. Ale dochodziła do przeszkody, a kiedy się oddalaliśmy, ujadała w niebogłosy. Nasz kolega Radek został więc jej opiekunem - gdy pies nie mógł pokonać potoku, Radek przenosił go na rękach, choć suka lekka nie była.



Znajomość pewnie by się szybko zakończyła (psy w rakach nie chodzą i słabo dają sobie radę na lodowcu), gdyby nie załamanie pogody, które zmusiło nas do odwrotu spod Kazbeku. Na poprawę aury nie mogliśmy czekać zbyt długo, bo przepadłyby nasze pozostałe zakaukaskie plany, a podróż po Gruzji przecież dopiero się rozpoczynała...
Na naradzie powrót został przesądzony, a pies był wyraźnie szczęśliwy. My za to coraz bardziej się obawialiśmy o los naszej przyjaciółki. Po ponad tygodniu wspólnej wędrówki doszliśmy znów do Gruzińskiej Drogi Wojennej. Wszystkie samochody z Kazbegi wracały pełne i dopiero po dwóch godzinach udało się złapać marszrutkę, jak w całym byłym ZSRR nazywa się busy przewożące pasażerów. Gdy ładowaliśmy plecaki do auta, Gruzja patrzyła mądrymi oczami. Wiedziała, co się święci. Choć czekały nas jeszcze trzy tygodnie wakacji, nie cieszyliśmy się. Przecież z tego powodu musieliśmy się rozstać z psem, którego wszyscy bardzo polubili. Odjeżdżaliśmy smutni, wgapieni w drogę, na której została nasza Gruzja.

 


Akademia gościnności


Wino, kobiety i śpiew - to najkrótszy opis każdej gruzińskiej imprezy. W liczącym 4,6 mln mieszkańców kraju każdy powód do świętowania jest dobry. A jak już biesiadnicy się zbiorą, wówczas tamada, mistrz toastów, zaczyna swą mowę. W legendach o słynnych, długich gruzińskich toastach nie ma ani odrobiny przesady! Kiedyś tylko tamada mógł zezwolić gościom na opuszczenie przyjęcia, uprzednio pożegnawszy ich, oczywiście, godnym toastem. Dziś rola mistrza toastów nie jest już tak wielka, ale nadal jest to zawsze osoba szanowana, bystra i z poczuciem humoru.
Lekcję z gruzińskiej gościnności i toastów dostaliśmy w odpowiednim miejscu - w Gelati, gdzie niegdyś istniała najstarsza akademia nauk, którą w czasach świetności nazywano "drugimi Atenami". Uczelnia skupiała wybitnych gruzińskich filozofów, naukowców i teologów. Mieściła się na terenie wzniesionego w XII w. monastyru, który postawił król Dawid Budowniczy (1073-1125). Był wielkim reformatorem, rozwijał armię i edukację, a najzdolniejsze dzieci wysyłał po nauki do Konstantynopola. Był też wybitnym wodzem, który zdołał wygnać z kraju Turków seldżuckich, zjednoczył gruzińskie ziemie i podporządkował sobie znaczą część Kaukazu. Za te wszystkie zasługi spoczął w wybudowanym przez siebie monastyrze w Gelati, a Gruzini wciąż stawiają mu pomniki. My w Gelati, które dziś - gdyby nie przepiękny królewski klasztor i jego sklepienia pokryte bezcennymi freskami - byłoby jedynie senną wsią, poznaliśmy za to gruzińskie serce. A wszystko za sprawą Lili, sprzedawczyni pamiątek, która gdy się dowiedziała, że szukamy noclegu (w Gelati nie ma hotelu ani prywatnych kwater), łamaną ruszczyzną powiedziała, że dziś koniecznie i bezwarunkowo musimy zanocować u niej. Lili znała po rosyjsku tylko kilka słów, choć trzeba przyznać, że i tak więcej niż my po gruzińsku (o dogadywaniu się po angielsku w Gruzji, z wyjątkiem Tbilisi, można zapomnieć). Sprzedawczyni wyjaśniła nam jednak, że nie ma się co martwić, bo jej mąż był w Armii Radzieckiej i bez kłopotu się z nami dogada.

 

Gelati, świątynia postawiona przez króla Dawida Budowniczego.

 


Dawid, imiennik słynnego króla, od razu stwierdził, że skoro są goście, pora na czaczę. Nie był jednak miłośnikiem tańca towarzyskiego! Czacza to mocny alkohol z winogron. Domowa ma zazwyczaj od 70 proc. w górę. Mąż Lili znał się na zakaukaskim trunku, słabizny nie podawał. Przy smacznym, choć piekielnie silnym alkoholu, żółtym od mąki kukurydzianej cieście i suchej krakowskiej zacieśnialiśmy polsko-gruzińską przyjaźń.
Toasty za nią należą w moim prywatnym rankingu do jednych z najdłuższych i najmocniejszych. W międzyczasie do naszych nowych znajomych zaczęli się schodzić sąsiedzi. Każdy chciał zobaczyć, jak wyglądamy, bo wieść o obecności Polaków rozeszła się po wsi lotem błyskawicy. Tego wieczoru do tragedii nie doszło, ale następnego dnia ruszyliśmy w drogę trochę później, niż planowaliśmy. Za to bogatsi o wiedzę o gruzińskiej duszy i gościnności. W takich chwilach przypomina mi się zawsze zdanie słynnego szwajcarskiego podróżnika Nicolasa Bouviera: "Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich coś zupełnie innego niż to, po co się pojechało".

 


Cudowne pustkowie


Z Gruzji faktycznie można przywieźć znacznie więcej. Kraj ma wszystko, o czym marzy podróżnik - piękne góry, ciepłe morze, ciekawych, niezepsutych masową turystyką ludzi i cudowne zabytki. Dwa miejsca zrobiły na mnie szczególne wrażenie: klasztor Dawid Garedża, w południowo-wschodniej części Gruzji, na granicy z Azerbejdżanem, i wydrążone w skałach miasto Wardzia, na południu kraju. Tuż po powrocie z gór na pierwszy ogień wybieramy klasztor. Z Tbilisi ruszamy do Sagaredżo w słynącej z winnic Kachetii.

 

Signagi w Kachetii, zabytkowe miasteczko pośród winnic.

  

Z miasteczka do monastyru jest jeszcze 40 km, które pokonujemy taksówką. Droga wiedzie przez pokryte trawami stepowe wzgórza, w powietrzu unosi się zapach spalenizny. Choć mgła ogranicza widoczność, czarne, wypalone grzbiety nie pozostawiają złudzeń - kilka dni temu w okolicy szalał wielki pożar. Sadza unosi się w powietrzu, jest jej tyle, że po chwili każdy z nas pod nosem ma czarne wąsy. Na dziurawej drodze nie ma żywego ducha, żadnej osady. Przez cały okres komunizmu był tu poligon wojskowy i cywile nie mieli dostępu do klasztoru. Po dwóch godzinach turlania się po resztkach asfaltu dojeżdżamy do monastyru założonego w VI w. przez świętego Dawida, który na początku zamieszkał w jednej z tutejszych jaskiń, żywiąc się mlekiem jelenia i trawą. Wrażenie jest imponujące. Ponad naszymi głowami w zboczu góry widać piętrowo ułożone, wykute w skałach cele mnichów, którzy mieszkają tu do dziś, w części zamkniętej dla gości. Kompleks przez stulecia, a szczególnie w złotym okresie gruzińskiej kultury, między XI a XIII w., był jednym z najważniejszych miejsc w kraju. Dziś leży na samej granicy z Azerbejdżanem.

 

Klasztor Dawid Garedża i cele mnichów wykute w skałach.

 

 

Azerowie uważają, że powinien należeć do nich. Temu spornemu położeniu zawdzięczamy towarzystwo dwóch rosłych pograniczników gruzińskich, którzy eskortują nas podczas wspinaczki do górnej części klasztornych jaskiń. Właśnie tam mieszkali niegdyś mnisi. Było ich wielu: podczas jednego z najazdów w XVII w. szach Persji Abbas I Wielki zamordował w Wielkanoc aż 6 tys. mnichów! Cele, w których mieszkali prawosławni duchowni, słyną z wyśmienicie zachowanych fresków i są uznawane za jeden z najważniejszych zabytków kraju. Aż trudno uwierzyć, że mnisi przetrwali tysiące lat na tej półpustyni, czerpiąc wodę z jednego tylko w promieniu wielu kilometrów źródła. Podobno wymodlił je sam Dawid. Klasztor uległ dopiero bolszewikom, którzy w 1921 r. kazali go zamknąć. Potem wokół monastyru ćwiczyli radzieccy żołnierze przed wyjazdem do Afganistanu. Mnisi powrócili na swoje pustkowie dopiero po 70 latach, gdy powstała wolna Gruzja.
Z granicy azersko-gruzińskiej ruszyliśmy do Wardzii - skalnego miasta-twierdzy na południu kraju, założonego w XII w. przez najsłynniejszą gruzińską królową Tamarę. Przed wiekami na 13 kondygnacjach w skałach mieściło się aż 6 tysięcy komnat. Do miasta, które służyło Gruzinom jako schronienie w czasie najazdów mongolskich i mogło pomieścić od 20 do 60 tysięcy osób, wiodły tylko sekretne tunele ukryte w pobliżu rzeki Mtkwari. Pod koniec XIII w. trzęsienie ziemi zniszczyło jednak dwie trzecie skalnego królestwa Tamary. Ukryte dawniej pomieszczenia mieszkalne zostały odsłonięte, a miasto zaczęło pełnić głównie rolę religijną. Ostatecznie upadło w XVI w., po kolejnych najazdach. Życie w tym miejscu musiało
wyglądać ciekawie. Jak twierdził nasz przewodnik, każdy z mnichów z Wardzii wypijał minimum litr wina dziennie.

 


Stalin wiecznie żywy


Gori, miasto, w którym urodził się Stalin, budziło we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony warto zobaczyć, z drugiej czemu nabijać kabzę tym, którzy zarabiają na Josifie Wissarionowiczu? Ale pojechaliśmy, i dobrze! Odwiedziliśmy Gori jeszcze przed sierpniową wojną. Za wstęp do mauzoleum "w stylu florenckim" zapłaciliśmy bandycką w Gruzji cenę - 15 lari. Było to najdroższe muzeum w kraju, droższe niż najcudniejsze monastyry, skalne miasta, pradawne twierdze!

 

Portret Stalina przed domem w miasteczku Signagi, Kachetia.

 


Od wielkiego pomnika Stalina szeroką Stalin Avenue, jedyną ulicą w mieście z angielskimi napisami, doszliśmy do małej chatynki, w której w 1878 r. ubogiemu szewcowi urodził się syn Josif. Stalin spędził w Gori pierwsze cztery lata życia. Jego rodzice wynajmowali w chacie jeden pokój, a w piwnicy ojciec miał warsztat. Dziś dom, a właściwie jego fasada, która się ostała, stoi obudowany wielkim kompleksem muzealnym. Wizyta w muzeum byłaby piekielnie nudna, gdyby nie nasza przewodniczka. Słuchałam jej z otwartą buzią, bo kobieta mówiła tak, jakby przez ostatnich 18 lat nic się w Gruzji nie zmieniło: że miał taki pseudonim, bo był twardy jak stal, że pisał wiersze, że od małego walczył, był genialny, tłumaczył sztuki itd.
Po obejrzeniu gablot z darami bratnich narodów dla "wielkiego Stalina", przespacerowaniu się po opancerzonej prywatnej salonce, którą przemierzał Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich i jechał na konferencje w Jałcie i Teheranie, a także spojrzeniu z bliska na biurko i telefon "wybitnego Gruzina", którego zresztą do dziś wielu rodaków bardzo szanuje, zapytałam naszą przewodniczkę, czemu nie powiedziała nic o zbrodniach Stalina.
Odparła: - Opowiadam tylko o tym, co jest na ekspozycji. A ta jest sprzed 1991 r. i o zbrodniach nic tu nie ma. Zresztą przecież nie ma dowodów, że je popełnił...Zdębiałam. Widząc moją minę, dopowiedziała: - W książkach to ludzie różne rzeczy piszą, ale dowodów nie ma. Przy wyjściu z upiornego w swej niezmienności muzeum można było kupić kalendarzyk z podobizną Stalina. Nie kupiliśmy. Na pamiątkę woleliśmy przywieźć wyborne wino i wspomnienie o naszej Gruzji. 

 

 

Przykładowe ceny:

 

 

  

waluta lari (1 lari = ok. 2 zł)


wino od 6 do 20 lari
chleb ok. 1 lari
marszrutka z Tbilisi do Kazbegi 10 lari od osoby
taksówka z Sagaredżo do Dawid Garedża (40 km) ok. 40 lari za auto
marszrutka z Tbilisi do Erywania (Armenia) 35 lari od osoby

 

 

Woda Borjomi (Bordżomi)

 

Gruzini są z niej prawie tak dumni jak z króla Dawida Budowniczego. Produkowana od 1890 r. woda mineralna wodorowęglanowa-sodowa, fluorkowa, gazowana jest zaliczana do najbardziej ekskluzywnych wód świata. Pijana na dworze rosyjskich carów (wielki książę Michał Romanow uruchomił produkcję wody butelkowanej) i do dziś wielbiona przez rosyjską elitę. W ciągu wielu lat obserwacji skład wody pozostał niezmieniony i jest podobny do wód ze źródeł Grande Grille (Vichy we Francji) i Silizer (Niemcy). Mimo renomy i docenianych właściwości leczniczych (m.in. w przypadku schorzeń żołądkowo-jelitowych, nadkwasoty żołądka, choroby wrzodowej, chorób nerek, systemu sercowo-naczyniowego), to produkt raczej dla koneserów, coś jak woda Zuber z Krynicy Górskiej.

 

Sprzedawca tytoniu na targu w Kutaisi.

 

 

Subiektywna karta win

 

Nie ma się co silić na tandetne pamiątki z Gruzji. Lepiej kupić to, z czego kraj słynie - wino lub
koniak! Oba produkty opłaca się przywieźć, bo te wysokiej jakości są znacznie tańsze niż w Polsce. Gruzińskie wina wytrawne są bardzo delikatne w smaku.
Moje cztery ulubione wina:

 

Mukuzani - wytrawne czerwone o bogatym bukiecie, mocne aromaty kawowe podbite tonami dojrzałych wiśni, borówek i jeżyn. Są też nuty czekoladowe, tytoniowe, przeplatające się z wątkiem wanilii i czarnego pieprzu. Ponoć ulubione wino Stalina.


Kvanchkara - czerwone półsłodkie, o rubinowej barwie, aromacie jeżyn, dzikiej róży, rodzynek
i migdałów, jedno z droższych.


Saperavi - wytrawne czerwone, dominują aromaty pieprzu, wanilii i jeżyn oraz dojrzałych owoców i dębu.


Napareuli - wytrawne czerwone, o lekkim aromacie jeżyn i czarnej porzeczki, jest też biała odmiana.

 

 

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

 

Dojazd: Nie ma bezpośrednich lotów z Polski. Najszybciej samolotem z Warszawy do Tbilisi (np. Lufthansą), można też z Kijowa do Tbilisi (stąd latają gruzińskie linie, najtańsze). Możliwa jest też droga lądowa przez Turcję.

 

Spanie: hotele w Tbilisi są drogie, dużo taniej można znaleźć pokój na mieście (nam się udało
wynająć kawalerkę w samym centrum za 20 euro za noc), są też pierwsze hostele. Na prowincji śpi się u ludzi, ze znalezieniem noclegu nie ma kłopotów. W górach konieczny namiot.


Uważać na: złodziejaszków i mocowanie bagaży na dachach autobusów przez miejscowych.

 

Bezpieczeństwo: Bez względu na wysiłki stacji telewizyjnych, które na Kaukazie szukają niemal wyłącznie krwi, bo ta najlepiej się sprzedaje, nie ma co ulegać złudzeniu, że Gruzja to niebezpieczny kraj! Są mniej bezpieczne rejony, w które po prostu nie należy się pchać w czasie, gdy nabrzmiewają konflikty, ale poza tymi momentami jest spokojnie. Podczas miesięcznej podróży nic złego nam się nie przydarzyło. Gruzja jest znacznie bardziej przyjazna turyście niż np. uznawana za bezpieczną Armenia, gdzie milicja kilka razy próbowała wyłudzać od nas pieniądze. W Gruzji policjant, jeśli podchodził, to tylko po to, by ostrzec, np. że na dworcu grasują kieszonkowcy.

 

 

Tekst i zdjęcia: Agnieszka Skieterska

 

Zobacz też na Logo24:

Obrazki z wyprawy, czyli ... Japonia po raz pierwszy    
 
See you later, alligator
  Heban i kość słoniowa        Biel i błękit
 
Kusząca Namibia       Konie tańczą w Jerez 
  U blaszanego Czyngis-chana         Mrówki na przystawkę 
Więcej o: