Na tropie islandzkiego szczęścia

Smak zupy z homarów, zamarzające na twarzy krople wody ze złotego wodospadu, reykjawickie noce - to klucze do zagadki islandzkiego samozadowolenia, którego nie zmieni pewnie nawet obecny kryzys.
 

 

Co on wyprawia? Nasz pilot chyba zwariował. Właśnie wlecieliśmy w wąską gardziel fiordu, a on zaczyna skręt. O 180 stopni, więc jelita okręcają mi się wokół przełyku, a w mózgu kotłują się wizje katastrofy. A przecież wiedziałem, że to jedno z najtrudniejszych lądowisk na całej Islandii. Wąski pas na sztucznym, usypanym z kamieni półwyspie wewnątrz fiordu. Ale żeby pasażerski lot okazał się popisem akrobacji powietrznej - to już przesada. Na to się nie da przygotować.

To zresztą charakterystyczne dla podróżowania po Islandii - choćbyś przeczytał tuzin książek, wykuł zawartość przewodników na blachę - i tak lodowa wyspa zaskoczy cię, zawróci w głowie i uwiedzie. Nie masz szansy na obronę. Zamiast wertować księgi, kup parę płyt z muzyką. Ich zimne, przestrzenne brzmienie najlepiej przygotuje cię do podróży na wyspę, gdzie deszcz pada poziomo, a wiatr przeszywa przez skórę, jakbyś wcale jej nie miał. Nie, nie płyty Björk, raczej Sigur Rós, moim zdaniem najlepszej kapeli na świecie. "Ág tis byrjun", " ()", "Takk"... - zapamiętaj te tytuły. To ta muzyka tak naprawdę ściągnęła mnie na Islandię. Jeśli jeszcze jej nie znasz, poznaj, zakochaj się, kup bilet do Reykjavi´ku i nie zapomnij o ciepłych butach. Jedziesz na naprawdę daleką północ.

 

 

Seks po islandzku

 

Do Reykjavi´ku jeszcze wrócimy. Na razie jakimś cudem wylądowaliśmy w I´safjörnur na północy wyspy. To miała być pokaźna jak na islandzkie warunki miejscowość (cała wyspa ma niecałe 320 tys. mieszkańców - mniej niż Lublin). Ale widzę tylko dwieście metrów drogi zaczynającej się przed budynkiem lotniska. Samo lotnisko przypomina dworzec autobusowy w prowincjonalnym mieście. Reszta tonie we

mgle. Wieje jak diabli, a mieszanka śniegu i deszczu zmieniła moje ponoć odporne na wszelkie pogodowe ekstrema ubranie w wilgotne szmaty.

Zaczynam żałować, że uparłem się podróżować po Islandii wczesną wiosną, a nie - jak każdy porządny turysta - latem, kiedy jest tu zielono, nie wieje tak bardzo, dni są długie, a noce niezauważalne. Ale co by to była za przygoda? Ja chciałem zobaczyć, jak można żyć na tej lodowej wyspie i jeszcze czuć się szczęśliwym. Bo przecież Islandia - jak twierdzą badacze - to najszczęśliwszy kraj świata. Nie we wszystkich rankingach, ale nigdy nie schodzi poniżej czwartego miejsca. Być może to dobre samopoczucie ma związek z niesamowitym bogactwem. Produkt krajowy brutto wynosi tu ponad 63 tys. dol. na głowę (czwarte miejsce na świecie), nic więc dziwnego, że przeciętny Islandczyk jeździ raczej land roverem lub toyotą land cruiser niż fiatem pandą. To również jeden z najbardziej rozwiniętych krajów świata - w tym indeksie oprócz dochodu bierze się pod uwagę m.in. średnią długość życia i poziom edukacji.

 

Dorsze na taśmie, a z taśmy do Portugalii. Ryby to wciąż jedno ze źródeł islandzkiego bogactwa, a więc i dobrego samopoczucia. Ale przy taśmie pracuje Polka. Polacy są zresztą największą mniejszością na wyspie.

Pod względem liczby partnerów seksualnych Islandia jest również w światowej czołówce. Trzynastu partnerów/partnerek w ciągu całego życia daje Islandczykom czwarte miejsce. Turcy, najmniej wierni, a raczej najbardziej lubiący się chwalić, mają statystycznie tylko o półtora partnera na głowę więcej. A jeśli dodamy do tego, że to jedno z najbezpieczniejszych miejsc na Ziemi - sto osiemdziesiąta pierwsza lokata na liście prawdopodobieństwa ataku terrorystycznego - to może lepiej pojmiemy to islandzkie samozadowolenie, wbrew zimie, mgle, niedoborowi światła słonecznego i innym pomniejszym przykrościom.

 

 

Wino na lodzie

 

Wypożyczamy samochód - to rzecz absolutnie niezbędna. Oczywiście z napędem na cztery koła, innych tu nie ma. Jedziemy - a raczej ślizgamy się po asfalcie - do miasta. Miasta? Arktycznej bazy chyba. Rozrzucone domki, niektóre (jak za dawnych czasów) z drewna obitego falistą blachą, inne filigranowe, jakby przeniesione z zupełnie innej bajki. Port, w którym stoi kilka kutrów, bloki rozrzucone na zboczach fiordu - nawet gustowne, jak to w Skandynawii. Jest i hotel - przypomina trochę noclegownię robotniczą w Stalowej Woli. Ale...

 

 

Przełęcz, wichura, śnieg, droga-szklanka - czyli jazda po islandzku.

 

No właśnie. Bo kiedy zaczynamy zapominać o wietrze, poznajemy ludzi, wtapiamy się trochę w to pozornie nieprzyjazne otoczenie, okazuje się, jak wiele znaczy detal. Ot, choćby doskonale dobrana kolekcja win w hotelowym barze, dzięki której tutejsze długie wieczory stają się zaskakująco słoneczne, języki tubylców rozwiązują się, a my poznajemy tajniki sztuki przeżycia na północy. Kluczem jest jedno słowo: zaufanie. Islandczycy, od czasu kiedy osiedlili się tu pierwsi skłóceni z "centralą" wikingowie, byli skazani na siebie nawzajem. Jedyną szansą na przeżycie choroby czy innego życiowego kataklizmu był sąsiad w oddalonym często o dziesiątki kilometrów osiedlu. Tak im zostało do dzisiaj - zwłaszcza w takich oddalonych od Reykjavi´ku miejscach jak I´safjörnur. Tu wciąż nikt nie zamyka domów i samochodów, w wypożyczalni nikt nie pyta mnie o dokumenty, tylko wręcza kluczyki, nikt nie patrzy mi na ręce w ogromnej jak na trzytysięczną populację księgarni, kiedy buszuję między półkami z islandzką muzyką. Ale czy zaufanie może wszystko wytłumaczyć? Jak wytrzymać całe miesiące w mroku i mrozie bez zapadnięcia się w głęboką depresję?

Kiedy pytam o to tubylców, wzruszają ramionami. Oczywiście, łykają często antydepresanty, oczywiście, chodzą jak struci. Ale - jak opowiada miejscowy nauczyciel muzyki - jedyne kolejki tworzą się do lekcji gry na gitarze. Na koncertach - i tych rockowych, i tych z muzyką poważną - jest tłok. W urządzonej w dawnym szpitalu wielkiej bibliotece, najpiękniejszym budynku w mieście (także z kolekcją książek po polsku dla rodaków, których parę setek pracuje tu w przetwórniach rybnych), słyszę, że więcej ludzi pisze tu książki, niż je czyta. A jak przychodzi wiosna, tubylczą rozrywką stają się mecze kobiecego futbolu w błocie. Ot, dobra szkoła wspólnotowego życia i zbiorowej walki z chandrą. Zresztą zawsze w środku zimy mogą uciec na chwilę na Majorkę. Stać ich na to.

 

 

Cztery miesiące bez słońca

 

Ale ja wciąż nie czuję się przekonany. Gdzie to szczęście? Żeby rozwiać wątpliwości, z I´safjörnur wyruszam nieco na południe. Przez wielokilometrowy tunel, którego chropowate ściany przypominają naturalną jaskinię, przedzieramy się do Su´navi´ku. Zatrzymujemy się pod rozpadającym się drewnianym budynkiem handlowej faktorii, która pamięta jeszcze czasy, kiedy wyspą rządzili Duńczycy.

Latem można się stąd wybrać na połów oceanicznych ryb. Na razie jednak kadłuby rybackich łodzi leżą tu jak wieloryby wyrzucone na ląd. Dookoła pusto. Ludzie poukrywali się w domach. Idziemy do... przedszkola. Dyrektorka jest Polką. Kolejna osoba, która nie rozumie pytania, jakim cudem daje się tu żyć. Na ścianach dziecięce napisy w trzech językach: po islandzku, polsku i tajsku. Znak czasów.

Osiemnaście lat temu miała tu miejsce tragedia: część miejscowości zalała lawina skał i błota. Zmiotła dwadzieścia dwa z siedemdziesięciu domostw. Zginęli ludzie. Padła propozycja, by przenieść wszystkich tubylców i rybne przetwórnie, w których pracowali, w bezpieczne no i bardziej

 

Łódki rybackie jak wszędzie, ale obok cumują statki wycieczkowe, na których możesz się wybrać, by pooglądać wieloryby.

słoneczne miejsce. Nie zgodzili się. Zamiast przeprowadzki zastosowano inne rozwiązanie - na ścianie fiordu powstała masywna tama wyglądająca jak mur gigantycznego fortu, która ma ochronić Su´navi´k przed kolejną lawiną. Ot, jeszcze jeden dowód na islandzką troskę o bezpieczeństwo każdej duszy, która postanowiła związać swój los z lodową wyspą.

Trafiam jeszcze do Sunureyri. To wieś, która przez cztery miesiące w roku nie widzi słońca. Zasłaniają je strome ściany fiordu. Ale kiedy 22 lutego płonący krąg wynurza się zza skalnych murów, zaczyna się fiesta. Może gdybym zobaczył tych świętujących Islandczyków, pojąłbym także zagadkę islandzkiego szczęścia.

 

 

Tektoniczna rana

 

Wracam do Reykjavi´ku, ale tylko po to, żeby zmienić samochód i wyruszyć w kolejną ekspedycję. Na razie niewiele widzę, bo drogę przecinają fale niesionego przez wiatr śniegu. Najchętniej zepchnęłyby mnie do rowu. Ale i tak jestem szczęściarzem. Przed wojną podróżował po tej drodze nasz rodak Ferdynand Goetel. Za jego czasów jedynym środkiem lokomocji, który mógł go zawieźć w głąb interioru, były islandzkie kuce. Ja, gdybym chciał zrezygnować z niezależności, mógłbym się wybrać na wycieczkę autobusem - jeżdżą na monstrualnych kołach, dzięki którym są w stanie przedzierać się nawet przez rwące islandzkie rzeki. Ale wydawało mi się, że tym razem wystarczy mała toyotka. No i mam za swoje - muszę walczyć z wiatrem, który koniecznie chce, żebym mu coś na drodze zatańczył. Ale to nie ma znaczenia. Warto było wleźć wichrowi w drogę, bo zaraz za Reykjavi´kiem, kiedy już udaje mi się zjechać z górskiej przełęczy, widzę to, co tygrysy, a raczej polarne niedźwiedzie lubią najbardziej - ciągnące się po horyzont zaśnieżone pola z wylanej przed wiekami wulkanicznej lawy, zimne jeziora, w których przeglądają się księżycowe szczyty, jęzory lodowców, kipiące rzeki, martwe kratery wulkanów, gejzery i wodospady.

 

Ten akurat wulkan jest wygasły, ale Islandia lubi zafundować swoim mieszkańcom niespodziewane erupcje.

Mijam miasteczko Selfoss i docieram do Pingvellir. Ten płaskowyż jest jak zabliźniona rana. Przez środek biegnie tu dziwne wypiętrzenie - rozpadlina Almannagjá, która wygląda, jakby ktoś zetknął bokami dwie pajdy chleba o nierównej grubości. Tylko że te pajdy są ze skał, a ich nierówność to efekt spotkania dwóch płyt tektonicznych - europejskiej i amerykańskiej. Biegnie przez całą wyspę, wywołując całą masę anomalii. A to wybuchnie wulkan i urodzi nową wyspę, a to trzęsienie ziemi zmiecie to i owo, a to otworzy się ziemia i wypłynie z niej lawa, zalewając miasto, a to wielki gejzer przestanie strzykać wodą, a to powstają przepiękne pola i baseny siarczystej, wielokolorowej wody zmieniającej okoliczne skały w skrzydła gigantycznego kolibra (w celu zapoznania się z tym fenomenem polecam wycieczkę do Krýsuvi´ku).

 

Orgazm gejzeryczny albo gejzer orgazmiczny w trzech odsłonach.

 

Sytuacja w Pingvellir jest opanowana, płyty oddalają się o 2 cm rocznie, co daje pretekst liniom lotniczym do podnoszenia cen biletów transatlantyckich. Ale wracając na płaskowyż, już widzę tłumy brodatych wikingów zgromadzonych na posiedzeniu pod skałą przypominającą wielką trybunę pierwszomajową (skała prawa - Lögberg), widzę wojów, którzy ścierają się na śmierć i życie, także złodziei i czarownice strącane ze skały i topione w głębi Drekkingarhylur rzeki Öxará. Skąd te wizje? Ano stąd, że płaskowyż był siedzibą najstarszego parlamentu na świecie, działającego z przerwami do dzisiaj. Funkcjonował tu od 930 roku i stanowił prawa dla islandzkiego społeczeństwa. Althing - bo tak się do dziś nazywa - króla nie wybierał, a jedynym wówczas "etatowym" pracownikiem islandzkiego państwa był herold, który z głowy wygłaszał, stojąc na skalnej mównicy, prawa regulujące wzajemne stosunki między mieszkańcami. Armii też nie było, ale były prywatne hordy, które ścierały się tu, kiedy prawo akurat nie opowiedziało się za silniejszym.

 

Elektrownia, która wykorzystuje energię geotermalną. Po ludzku: gorąca woda tryska z ziemi, oddaje energię, a trochę schłodzona spływa między skały, tworząc błękitną lagunę.

 

A sama dolina? Tego się nie da opisać. To jest krajobraz niemożliwy. Żadne zdjęcie nie odda tego poczucia przebywania w centrum zamrożonego wszechświata. Skoro nie da się opisać, sami musicie tego spróbować. Podobnie jak smaku kropelek wody z wodospadu Gullfoss, do którego dotrzecie po dwóch godzinach jazdy samochodem - z przerwą na oglądanie hipnotyzujących wybuchów gejzerów. Gullfoss, złoty wodospad, największy na Islandii, chciał nas wessać. Już zejście w jego pobliże, po lodowej ścieżce, przy podcinającym nogi wietrze, było wyczynem. Potem trzeba się było zmierzyć z hipnotyzującym pięknem ton wody spływającej kaskadami w dół i rozbryzgującej się na oblodzonych skałach. Pozwólcie posłużyć się banałem - to, co zobaczyłem, było surowym pięknem w stanie idealnym.

 

 

Smak wieloryba

 

Wracam do Reykjavi´ku. Co za dziura - pomyślałem przechadzając się pierwszego wieczora po przylocie po uśpionych ulicach miasta. Mojego zdania nie mogły przecież zmienić siedziba premiera, przypominająca ciut większy dworek polski, ani Perlan, czyli cztery ogromne zbiorniki wody na wzgórzu z obrotową restauracją na szczycie, ani potwornie brzydkie katedry: katolicka (mała i pusta) oraz protestancka (duża i równie pusta). A jednak zakochałem się w tym mieście. Wystarczyło na chwilę wyjechać, zmierzyć się z wrogą islandzką naturą, żeby uznać istnienie Reykjavi´ku za cud. Przecież tego miasta nie powinno w ogóle być! Poza tym znów zadecydowały detale: jeziorko Tjörn w środku miasta, sklepiki z islandzkim designem przy ulicy Laugavegur, kiosk z najlepszymi hot dogami na świecie przy placu Austurvöllur, wielkie, parujące, otwarte baseny, no i knajpki, zwłaszcza te w starych, drewnianych chałupach, które jakimś cudem przetrwały tu ponad sto lat. Zwłaszcza jedna...

Jedliście kiedyś mięso wieloryba? Nie? To wciąż grzeszna przyjemność, bo ekolodzy ("wieloryby są na wymarciu") ścierają się z łowcami ("zagrożenia nie ma"). Ale jeśli już zdecydujecie się zgrzeszyć, to polecam pierwszy kontakt z wielorybiną w bezimiennej restauracyjce w reykjawickim porcie. Znajdziecie ją bez trudu - leży naprzeciwko modnego fast foodu "fish & chips".

 

Ratusz w Reykjaviku, a w nim knajpka z najlepszym widokiem na jezioro Tjörn w centrum miasta.

Przy ulicy stoi niebieski domek, w środku taborety z beczek na śledzie i zdjęcia starych rybaków. W wielkiej lodówie dziesiątki przeróżnych szaszłyków: z ryb, skorupiaków, no i wielorybów. Pokazujesz palcem, po dziesięciu minutach masz je na talerzu i mdlejesz z rozkoszy. Weź jeszcze zupę z homara -0więcej nie potrzebujesz, żeby zbliżyć się do tajemnicy islandzkiego szczęścia. A sama zagadka rozwiąże się w piątek po północy. Wystarczy wtedy wyjść do centrum i wtopić się w rozbawiony tłum zalewający ulice i kluby, poprzeciskać się między samochodami, które cierpliwie krążą od pubu do pubu, żeby poczuć, jak można być szczęśliwym nawet w środku wilgotnej i zimnej nocy.      

  

Tak wygląda stolica Islandii z Perlan, obrotowej restauracji położonej na czterech zbiornikach z wodą.

 

 

Kąpiel pośród lodowców

 

 

Ten obrazek zwykle reklamuje Islandię: niezbyt urodziwe syreny (tu, w poprawnym społeczeństwie, nie wypada reklamować się anorektycznymi modelkami) zanurzone w błękitnej wodzie. Dookoła czarne, wulkaniczne skały. To Blue Lagoon - wielki skalny basen, do którego spływają ciut schłodzone termalne wody. Oddały swoją energię elektrowni wodnej, a resztą ciepła ogrzewają cielska turystów. Czy islandiożerca powinien omijać tę wątpliwie ekstremalną atrakcję? Otóż nie. Blue Lagoon to doskonały sposób na odświeżenie się po długim locie na Islandię. Na lotnisku w Keflaviku kupić można specjalny bilet na autobus do Reykjaviku z postojem w lagunie.

 

 Blue Lagoon: siarczane ciepełko plus piwo, a dookoła minus pięć stopni. Tylko czterdzieści minut drogi z Reykjaviku.

 

 

Jak Dolecieć

 

Na Islandię można dolecieć bezpośrednio tanimi liniami Icelandexpress z Warszawy albo Krakowa za ok. 1200 PLN.

Lotem i liniami Icelandair przez Kopenhagę wychodzi drożej - ok. 2300 PLN.

Międzynarodowe lotnisko znajduje się w Keflaviku, godzinę drogi od Reykjaviku.

W samej stolicy znajduje się lotnisko krajowe, skąd za ok. 200 euro dolecisz do każdej większej miejscowości na Islandii.

 

 

 

Noclegi

 

W Reykjaviku godny polecenia jest przyjazny i nowoczesny hotel Fron w samym centrum miasta, przy Laugavegur. Dwójka kosztuje 9-10 tys. koron. W sezonie turystycznym, a więc od maja do połowy października ceny są o połowę wyższe. Na miejscu można wypożyczyć samochód, obsługa skontaktuje też cię - jeśli trzeba - z jednym z biur podróży.

 

 

Ceny

 

Jest w strefie Schengen, ale nie jest członkiem UE. Walutę też ma własną. 1 euro = 90 ISK, czyli islandzkich koron.

Nie ma co ściemniać: Islandia jest droga jak diabli.

Krajowe piwo Viking kosztuje 100 koron.

Karton soku - ok. 200 koron.

Czekolada Milka - 200 koron.

Bilet wstępu na Błękitną Lagunę - 1200 koron.

Najtaniej jest w sklepach sieci Bonus - to taka islandzka Biedronka

 

Bez porządnej bryki nie ma co się wybierać w islandzki interior. Dla Islandczyków terenówka jest jak szczoteczka do zębów - niezbędna i często wymieniana.

 

 

Tekst: Piotr Szary

Zdjęcia: Adam Kozak (montaż)

Infografika: Wawrzyniec Święcicki

 

 

Zobacz też na Logo24:

 

Na zdravi, czyli piwny weekend w Pradze  
Ałtaj - ciepła wódka w złotych górach
Konie tańczą w Jerez   
 
Rzym pępek świata
Świński festiwal w Papui
  Kusząca Namibia
 
Królewska pinta w londyńskim pubie   
Za górami, za murami...

Więcej o: