Kuchnia Australijska - Niedźwiedź w krainie kangurów

Szaszłyk z krokodyla, stek z kangura, duszony struś, owoce morza albo kiełbasa w cieście i tosty z pastą drożdżową. O niesmacznej postbrytyjskiej i świetnej współczesnej kuchni Australijczyków opowiada Marek Niedźwiecki.

 

- Który to już raz byłeś Down Under?

- Jedenasty, w ciągu niespełna piętnastu lat.

 

- To strasznie często tam jeździsz! Co cię tak ciągnie?

- Miejsca, ludzie, wino, przygoda...

 

- Poczekaj, miało być o jedzeniu.

- Jedzenie też, ale ono jest tam częścią tego wszystkiego: niezwykłości, przyrody, stylu życia...

 

- To jest ze sobą związane?

- Oczywiście. Australijczycy to wyluzowani goście. Przyjaźni, towarzyscy, serdeczni. Może właśnie dlatego tak lubią grillować. BBQ, czyli po australijsku barbie, to ich świętość czy jak mawiają ikona. Dla nich zresztą wszystko, co tradycyjne, to ikona. Gdyby mogli, staliby przy tych swoich grillach przez cały czas. W przydomowych ogródku i nie tylko. Uwielbiają to do tego stopnia, że np. w wielu parkach znajdziesz publiczne barbie, czyli automatyczne, elektryczne urządzenia działające po wrzuceniu monety. Grupa przyjaciół przygotowuje sobie jedzonko i nawiązuje kontakty z grupą z sąsiedniego barbie. Tak spędzają czas. Dodam, że każdy biwakujący w ten sposób tubylec elegancko wszystko po sobie sprząta. Pozazdrościć. Pomysł na własnoręczne grillowanie tak się im spodobał, że nawet w przyzwoitych knajpach i hotelach możesz wybrać sobie kawałek mięsa czy rybę i samodzielnie upiec na barbie. Ja tak zrobiłem na przykład w wielkiej, chyba na 1000 osób, restauracji u podnóża świętej góry Aborygenów Uluru.

 

 

Wave Rock, czyli skała wysoka na 15 m, długa na 100 m. Sławna prawie jak góra Uluru.

 

 

- Grillują coś innego niż my w Polsce?

- Mięso, ryby, warzywa. Wszystko, co mają, a mają dużo.

 

- Piją?

- No pewnie, nie zapominaj, że bywa tam naprawdę gorąco. Piją wodę, piwo i wino. Dużo wszystkiego. Co ciekawe, mają to często przy sobie, bo obowiązkowym wyposażeniem każdego Aussie jest wypełniona lodem przenośna lodówka turystyczna, zwana esky. Powiedziałem przenośna? Raczej przewoźna, bo niekiedy są to naprawdę duże boksy mogące pomieścić zapas wina czy piwa nawet na niezłą imprezę.

 

- Rozumiem, że w sobotnie popołudnie Australia chodzi pijana?

- Skądże. Nie widziałem pijanego Aussie. A jeśli już, to niestety tylko Aborygenów. Australijczycy piją dużo, ale po pierwsze, nie wódki, tylko piwa albo wina, po drugie, piją powoli, po trzecie, sporo jedzą, no i bawią się pod gołym niebem.

 

- Oni, zdaje się, nawet podróżują z tymi eskami?

- Jak najbardziej, bo w Australii czy jak się tam mawia - w Mainlandzie, własne wino można także przynieść do knajpki.

- ?

- To się u nich nazywa BYO - bring your own (przynieś swój własny, w domyśle alkohol). Wpadasz do restauracji BYO na kolację z przyjaciółmi i eską, wyciągasz butelki i tylko prosisz o szkło. Bardzo popularne. No i tanie, bo "korkowe" kosztuje zaledwie 4 dolary.

 

- Wróćmy do jedzenia. Czy jest coś, do czego zawsze wracasz, jakaś magiczna potrawa, której u nas ci brakuje?

- Ryby. Australia to raj dla rybojadów. Nigdy i nigdzie ryby mi tak nie smakują jak właśnie w krainie Aussie. Z grilla, smażone, pieczone. W każdej postaci. Australia jest zamieszkana głównie na wybrzeżach, więc dostęp do świeżych ryb i owoców morza jest zawsze i wszędzie. Tego im okropnie zazdroszczę. Jak u nas jest z rybami, szczególnie z dala od Bałtyku, wiesz sam.

 

- Opowiedz o rybach.

- No więc jest np. barramundi, w Polsce nieśmiało przez niektórych nazywana latesem. Ale to i tak nieważne, bo na razie jeszcze jej nie ma. Duża, bo nawet ponadmetrowa ryba, o którą najłatwiej na wybrzeżach Queenslandu. Ciekawe, że barramundi może żyć zarówno w wodzie słodkiej, jak i morskiej. Skądkolwiek by jednak nie była, smakuje świetnie. Jadłem i przyrządzoną na barbie, i w tajskiej knajpce, duszoną z trawą cytrynową. Podobno świetnie też smakuje na surowo. Albo king fish, tej spróbowałem na Cable Beach koło Broome. Plaża cudo: 22 km piasku nad Oceanem Indyjskim, oszalałe słońce, a do tego grillowana ryba z cukinią i kolendrą. Mój znajomy jadł carpaccio z tej ryby i rzodkiewek i też się zachwycał. Albo, wyobraź sobie, na brukselce, najpierw ugotowanej, potem podsmażonej z bułką tartą. Na to upieczona ryba i kremowy sos. Tak dobre, że muszę spróbować zrobić to w domu. Trzecia to snapper. O tę łatwiej na południu kraju i aby ją złowić, wcale nie trzeba wypływać na otwarte morze. Australijczycy łapią je na wędki nawet z molo. A potem grillują, pieką, duszą. Najsmaczniejsze są okazy niewielkie, do 4 kg. Mięso białe, kruche, świetne z ziołami zawinięte w folię, tak jak my robimy pstrąga, ale próbowałem też snappera fusion, z tajskim mlekiem kokosowym i włoskim octem balsamicznym.

 

 

Barramundi - wyjątkowo łagodna w smaku, delikatna, lekko słodkawa. Świetna pod każdą postacią, również w ceviche.

 

 

 

 

Australijczycy lubią łowić snappery bezpośrednio z molo. Limit to 5 sztuk na osobę. A potem prosto na barbie albo patelnię.

 

 

  

 

 

Yellowtail Kingfish - najczęściej występuje w pd-wsch Australii, może mierzyć nawet ponad 1 m. Ceniona także w Japonii jako składnik sashimi.

 

 

 

 

 

Barramundi - wyjątkowo łagodna w smaku, delikatna, lekko słodkawa. Świetna pod każdą postacią, również w ceviche. 

 

Australijskie specjały: kangurze mięso z grilla, panierowane paluszki z krokodyla. Jeśli komuś nie posmakują, ma do wyboru równie popularną sarninę, świetną wołowinę i wieprzowinę.

Mięso to akurat mocna strona Mainlandu.

 

- Zdaje się, że Australijczycy mają fusion na co dzień?

- No pewnie, to wynik tego, co się tu dzieje przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Ja pojechałem po raz pierwszy na antypody w 1995 r. I wiesz, jakie knajpki były tu wtedy na porządku dziennym? Budki, gdzie dostałeś tylko fish & chips, i to zazwyczaj zawinięte w papier. To jedna z tych rzeczy, które zostawili Anglicy, czyli pomsy (POM - Prisoner of Mother England, czyli więźniowie matki Anglii). A dziś? Przebieram w fast foodach indyjskich, chińskich, włoskich, greckich. W dodatku te kuchnie się mieszają, przenikają nawzajem, a kucharze uczą się od siebie. Możesz zjeść kangura z fetą, strusinę z halloumi albo włoską pastę z trawą cytrynową i orzechami. I to jest re-we-la-cyj-ne żarełko. To, co się stało przez tych zaledwie kilkanaście lat, jest niezwykłe. Nie trzeba już jeść ryby z frytkami, bo masz obok curry, saté albo sushi.

 

- A ty co wybierasz?

- Wszystko. Jem ryby, o, przypomniał mi się pyszny trewal, u nas widziałem tylko wędzonego, rzadziej owoce morza, ale nie w wersji surowej czy, broń Boże, żywej. Ostrygi nie dla mnie, chyba że ugotowane czy upieczone. Skorupiaków w Wielkiej Rafie Koralowej jest tyle, że fani oszaleliby ze szczęścia. Rozmaite rodzaje krewetek, małży, przegrzebków, a do tego langusty i inne robale, których nie znam. Ale to nie wszystko - specjalnością Australii jest także słodkowodny marron, pewnie jakoś spokrewniony z naszym rakiem. Jest ciemny, prawie czarny, a po ugotowaniu staje się czerwony. Można go upiec lub ugotować, smakuje jak homar, choć wydaje mi się, że jest mniej słony, mniej... rybny. Do tego wino, grono przyjaciół, żyć nie umierać... Szkoda, że nie ma go w Polsce. Lubię także coś przekąsić w popularnych Wok-Station, czyli ulicznych miniknajpkach, w których skośnoocy kucharze nad olbrzymimi płomieniami ognia wyczarowują orientalne cuda. W Australii jest trochę tak, jak w wielkich metropoliach: w jednym miejscu masz smaki ze wszystkich stron świata.

 

 

 

Fish & chips jeszcze niedawno były w codziennym menu Australijczyków. Szczęśliwie imigranci z innych krajów urozmaicili miejscową kuchnię.

 

 

 

 

 

 

Marron występuje w rzece Margaret River i jej dopływach, na południowym zachodzie Australii.

 

Jeśli lubisz owoce morza, wal do Australii - bogactwa Wielkiej Rafy Koralowej są nieprzebrane.

 

 

- Są polskie knajpki?

- No to się nam akurat w Australii chyba nie udało. Polskie restauracje nie podbiły antypodów. Sam nie wiem, dlaczego: czy polscy imigranci nie chcieli jeść schabowego z kapustą, czy miejscowych nie zachęciły pierogi i bigos. Więc sporo knajpek padło.

 

- Jest coś takiego w tamtejszej kuchni, co przypominało ci nasze smaki?

- Może sarnina? Jest niezwykle popularna, dostępna zarówno w restauracji, jak i supermarketach. Podobnie jak mięso kangura czy strusia. Australijczycy hodują sarny dla mięsa i wcale im się nie dziwię. O Polsce myślałem także za każdym razem, gdy kupowałem chleb. Do wyboru był tylko tostowy. Jeszcze 10 lat temu było praktycznie niemożliwe kupić ciemny chleb czy może nawet jakikolwiek, który choć trochę przypominałby nasz polski. Teraz jest łatwiej, bo Niemcy i pieką ciemne pieczywo, i nawet kiszą ogórki. A ponieważ moda na

 

 

Takich rydzów jak w Australii nie masz w żadnym kraju

żywność ekologiczną, naturalną dopadła także Aussiech, więc i o takie produkty nietrudno. Chleb na zakwasie kupiłem np. na wielkim i sławnym targu Salamanca Market na Tasmanii. Polska kojarzy mi się także z miodem, a ja trafiłem m.in. do rezerwatu pszczół na Kangaroo Island, gdzie są produkowane fantastyczne miody o aromacie miejscowych kwiatów, w tym także eukaliptusowy.

 

- Smakuje jak guma do żucia czy jak amol?

- Pachnący olejek eukaliptusowy uzyskuje się z liści, nie z kwiatów, więc miód pachnie zupełnie inaczej. I jest pyszny.

 

- Słodkości to mocna strona Australii?

- Czy ja wiem? Raczej nie, mimo że to w Perth powstał przesławny tort bezowo-owocowy Pavlova.

 

- No o to akurat jest niezła kłótnia, bo Nowozelandczycy twierdzą, że to ich przepis z Wellington.

- Chwilowo trzymam z Australijczykami. Jak będziesz pisał o Nowej Zelandii, to zobaczymy. A wracając do ciastek - w Mainlandzie zbyt wielu słodyczy nie próbowałem, bo i trochę odstraszyła mnie miejscowa wersja nutelli. Jak wiesz dzieciaki na całym świecie jedzą kanapki albo tosty ze słodką, czekoladową pastą. A małe Aussie dostają tosty z vegemite. Wygląda toto prawie jak Nutella, jest trochę ciemniejsza, ale konsystencję ma taką samą. Powstaje bodajże z drożdży, z dodatkiem selera, cebuli i przypraw, a smakuje jak... maggi.

 

- Słona? Tak jakbyś zagęścił sos sojowy?

- Dokładnie. Vegemite to kolejna "australian icon". Powstała jakoś w latach 20. ubiegłego wieku jako konkurencja dla podobnej, ale brytyjskiej pasty Mermite. Prawa do niej kupił jeszcze przed wojną Kraft Foods i od tego czasu święci w Mainlandzie triumfy. Przez dziesięciolecia Australijczycy wierzyli, że jest najważniejszym źródłem witamin, również dla kobiet w ciąży, że korzystnie wpływa na rozwój dziecka i jego szarych komórek, więc jedzenie tego było obowiązkiem każdego Aussie, szczególnie małego. A z uwagi na smak łatwo nie było, powstały więc nawet specjalne instrukcje dla rodziców, jak przekonywać dziecko do smaku tej słonej masy. Jest strona internetowa z przepisami, a w każdym zakątku kraju można kupić np. cheesymite scroll, czyli bułkę zwiniętą jak ślimak z dodatkiem sera i tej słonej pasty. Tylko ostatnio coś się popsuło w tej dobrze działającej maszynie, bo okazało się, że to nie tak zdrowe, jak się mówiło, że za dużo soli itp. Słyszałem nawet o "vegemiteoholikach".

- Próbowałeś?

- No pewnie i mogę powiedzieć, że lubię

 

- A przesławne bułki "pies" czy jeśli pozwolisz - paje.

- Paje, np. meat pie, to cała historia, więc znać trzeba. Przywędrowały do Australii z pierwszymi brytyjskimi więźniami i ich stróżami, w Europie, czyli głównie na Wyspach, tradycję mają jeszcze o kilka wieków dłuższą. W Down Under zadomowiły się na dobre. Klasyka to okrągła lub kwadratowa bułka wypełniona nadzieniem z wołowiny lub kurczaka i sosu, który można nazwać pieczeniowym. Nie za duża, żeby można ją było trzymać w dłoni i maczać w sosie pomidorowym

 

- Trochę jak pizza calzone?

- Tak, tyle że mniejsza i zupełnie inna w smaku - po pierwsze, pizza to bliższe naszym zwyczajom ciasto drożdżowe, a to w pajach jest, zdaje się, na proszku do pieczenia. Po drugie, Australijczycy lubią mocny smak mięsnego sosu, dlatego dodają do niego i vegemite, i worcestershire, i często jeszcze sos sojowy. To tak jakbyś jadł bułkę wypełnioną mocno doprawionym gulaszem. Teraz są już, oczywiście, odmiany bardziej "nowoczesne", czyli wegetariańskie, faszerowane rybą, z akcentami kuchni wschodniej, ale mnie to nie przekonuje. Paje możesz kupić gotowe, w sklepie, zafoliowane, ale jeśli chcesz coś naprawdę przyzwoitego, powinieneś pójść do dobrej, pajowej knajpy. Najlepsza jest w Docklands w Sydney, obok apartametowców za ponad milion dolarów.

 

- Nie, nie, stanowczo bliższe mi są europejskie wynalazki na wytrawne ciasto z mięsem, choćby quiche. A i tak wolę na słodko, szczególnie jeśli to jagodzianka.

- No, nie znajdziesz tego w Sydney ani Adelajdzie. Tam najpopularniejsza przegryzka przed południem to właśnie paje.

 

 

 

Wyjątkowe skarby z Wyspy Kangura: liguryjskie pszczoły produkują 10 tys. kg miodu rocznie.

 

 

 

 

Pavlova, czyli słodki, bo bezowy, owocowy i delikatny deser o kilkudziesięcioletniej tradycji.

 

 

 

 

Vegemite, czyli wytrawna i słona pasta do tostów, zup, sosów i Bóg wie czego jeszcze.

 

 

 

 

Lamingtons, czyli bardzo popularne w Mainlandzie ciastka biszkoptowe, oblane kakaowym lukrem, posypane wiórkami kokosowymi. Smaczne, ale bez uniesień. 

 

 

 

 

Meat pie - drugie śniadanie Australijczyków i najpopularniejsza przekąska kibiców miejscowej odmiany futbolu.

 

Piękne plaże w zachodniej Australii w okolicach Perth. Zdjęcia najlepiej się udają z dachu samochodu.

 

 

- Jadają zupy?

- Wydaje mi się, że coraz częściej. Ja zakochałem się w tamtejszej dyniowej.

 

- To ile razy dziennie oni jedzą?

- Najczęściej cztery: na śniadanie tost z vegemite albo jajkiem, potem paja, na lunch wyskakują do pobliskiego baru, po pracy jedzą w domu: grillują albo gotują swoje postbrytyjskie specjały.

 

- Wciąż jeszcze czuć te angielskie wpływy?

- Jeszcze tak, w sumie trudno się dziwić. Toż to kawał ich historii. Popularna potrawa to np. toad in a hole, czyli kiełbasa zapieczona w cieście.

 

- Ohyda.

- No właśnie. Ale są i przysmaki. Np. w połowie drogi między wybrzeżem Wiktorii a Tasmanią leży niewielka wyspa King Island. Klimat jest tam taki, że pozwala na całoroczny wypas krów. A te z kolei w dowód wdzięczności dają świetne mięso i mleko. Sery ze znaczkiem Królewskiej Wyspy to naprawdę najwyższa klasa. Czy sprawiły to okoliczności, czy rzeczywiście jakość tego mleka, nie wiem, ale śmiało mogę porównać tamtejsze brie czy camemberty do doskonałych francuskich.

 

- Wspomniałeś wołowinę, słyszałem, że świetna, ale ja wciąż czekam na twoje wrażenia po zjedzeniu czegoś bardziej australijskiego...

- Wombata, oposa, koali, dziobaka, kolczatki nie próbowałem. Ale jadłem, oczywiście, mięso krokodyla. Jest delikatne w smaku, pulchne, puszyste i jak się przekonałem, wymaga dobrego kucharza, bo źle przyrządzone zajeżdża rybą. Czy się zachwyciłem? Niespecjalnie, choć rozczarowania nie było. Kangur? Jest w menu każdej knajpki, na półkach supermarketów obok wołowiny i drobiu. W postaci steku z grilla jest przysmakiem dla tych, którzy lubią wątróbkę, a ja akurat nie przepadam. W potrawce, pieczeni już tego nie czułem, ale też i czar jedzenia czegoś oryginalnego nieco prysł. Krokodyl to jasne mięso, kangur - ciemne, więc z jakimś miejscowym shirazem zawsze smakuje nieźle. Do nałogowego jedzenia kangurów jakoś nie dorosłem. Może mi przeszkadza ich wszechobecność, szczególnie tych martwych, na poboczach dróg w głębi kraju, tzw. Outbacku. Zwróć uwagę, jak często samochody Aussiech są orurowane od frontu: to właśnie jest taran na kangury, bo przecież zderzenie z 90-kilogramowym zwierzakiem naraziłoby pasażerów i auto na spore uszkodzenia. Co jeszcze? Emu. Struś jest smaczny, struś jest zdrowy, a pod Wiszącą Skałą (tak, tak, tą z filmu Petera Weira) wręcz doskonały. Mięso, w zależności od tego, czy z nogi, czy z piersi, nieco jaśniejsze lub ciemniejsze od indyczego. Smaczne właściwie w każdej postaci. W dodatku, jak zapewniają dietetycy, bardzo zdrowe (mało tłuszczu i cholesterolu!). Jest wymagające, bo za długo pieczone staje się twarde, żadna radość. Jadłem świetne emu prosto z grilla i kombinowane, z sosem z ostrych, zielonych papryczek i grzybków shiitake. A, także zupę.

 

- Zdaje się, że warzywa i owoce to także mocna strona Mainlandu?

- Takich mango jak w Australii nie jadłem nigdzie indziej. Klimat sprawia, że pomarańcze, winogrona, arbuzy są doskonałe. Kiedy jedziesz przez ten olbrzymi kraj i mijasz dom jakiegoś plantatora, często znaleźć tam możesz stragan ze świeżymi owocami. Obowiązuje samoobsługa - owoce popakowane są w woreczki, na każdym jest cena, a obok skarbonka, do której wszyscy wrzucają odpowiednią kwotę. Jeśli masz banknot, możesz sobie sam wydać resztę. Chyba nie do pomyślenia nigdzie indziej.

 

- Australijczycy lubią dodawać owoce do wytrawnych potraw?

- O, jak najbardziej, ale ja chyba jestem z innej szkoły i słodkie dodatki do mięs czy ryb smakują mi rzadko i przeważnie tylko w Polsce. Ale np. piwo mangowe mnie zachwyciło.

 

- Coś jak nasz jabłkowy redd's?

- Nie, mango beer to zupełnie inny pomysł. Piłem dwa rodzaje: białe, lekkie, orzeźwiające z, jakby to nazwać, akcentem owoców egzotycznych, ale tak to było skomponowane, że nie wyczułbyś obecności samych owoców. Coś nieuchwytnego. Najlepszy trunek na upały na zachodnim wybrzeżu. Pycha. I wcale nie słodkie. Drugie było zupełnie inne: mocniejsze, w duchu piw belgijskich, z wyczuwalnym smakiem mango, ale znowu, co ważne, nieprzesłodzone. To z kolei świetne na późne popołudnie. W ogóle piwo w Australii to odrębna historia. Najpopularniejsze i niesmaczne to victoria bitter, słabe, gorzkawe, zbyt mocno dla mnie pachnące piwem. Picie piwa to zresztą dla Aussiech rytuał. Wiesz, dlaczego najpopularniejsza butelka piwa to u nich 375 ml?

 

- Nie mam pojęcia.

- Bo do tych małych, pękatych butelek produkuje się specjalne ubranka, zwane stubby holder. To taki cooler, którego zadaniem jest utrzymywanie stałej temperatury piwa. A jest to o tyle ważne, że pije się tu naprawdę powoli, nie tak jak u nas, więc piwo musi być chłodne aż do ostatniej kropli. Zawodowcy mają swój holder zawsze przy sobie, a nuż zdarzy się okazja, bo go użyć... Te coolery to cały przemysł: mogą być z kartonu, styropianu i najdoskonalsze - z pianki, takiej samej jak w kombinezonach dla nurków. Mało tego, tak jak my (no, może nie wszyscy) mamy szajbę na punkcie niepowtarzalnego etui na telefon, tak oni chcą mieć niepowtarzalne holdery. Powstały firmy, które się w tym specjalizują! Ozdóbki, nadruki, kreatywność bez granic.

 

- To akurat fajne, mój przyjaciel birofil, miałby nową kolekcję. Przywiozłeś swój stubby holder?

- Nie, bo ja jednak jestem bardziej winny człowiek, więc przywiozłem trochę wina.

 

- Miało być o jedzeniu.

- Ale jedzenie bez wina? W Australii? Może więc opowiem ci tylko, jak poznałem moje ulubione. A było to w Stanach. Kolega poszedł do sklepu, aby kupić kilka różnych butelek w cenie ok. 10 dolarów. Przez kolejne dni próbowaliśmy i ocenialiśmy. Aż pewnego wieczoru spróbowałem wina, które mnie zachwyciło. Kolega wziął je za namową sprzedawcy, bo kosztowało nie 10, tylko 30 dolarów. To było Possums z McLaren Vale, koło Adelajdy. Jak się później dowiedziałem, 60-hektarowy kawałek ziemi, własność starszego dziś pana Johna Possinghama, uchodzi za absolutnie najlepszy w tej dolinie i cieszy się uznaniem na całym świecie. Mr John produkuje kilka gatunków win, m.in. cudowny shiraz, który leżakuje w beczkach z amerykańskiego dębu, pachnie śliwkami, wanilią i czekoladą. Albo cabernet sauvignon, czekoladowy, porzeczkowy, ze szczyptą anyżu. Boski. Reszta spod znaku Possums Vineyard jest równie świetna. Jest tylko jeden problem: trudno te wina znaleźć. Muszę kupować na zapas.

 

- Starczy do następnego wypadu do kraju kangurów.

- No worries, mate.

- To znaczy?

- Spoko, stary, ulubiony zwrot w Australii.

 

 

Toad in a hole, czyli co Brytyjczycy zostawili Australijczykom: kiełbasy w cieście, a do tego np. puree ziemniaczane.

 

 

Steki z kangura dla odważnych, bo w wersji krwistej.

 

 

 

Witchetty Grub - smakołyk Aborygenów. Larwy ciem można jeść na surowo, można też w zupie albo pieczone. Jeśliś ciekaw, w internecie znajdziesz przepisy.

 

  

 

Antypody na talerzu, czyli strusina, krokodylina i kangurzyna obok siebie.

 

 

 

 

Niewinnie wyglądające szaszłyki, podobne do drobiowych, ale tu z krokodylego mięsa.

 

 

 

 

Mango, na pewno najsmaczniejsze na świecie. 

 

  

 

Chardonnay z Jacob's Creek w sławnej Barossa Valley. Smacznie i pięknie.

 

 

 

Possums, czyli wino z Possums Vineyard w McLaren Vale. Ulubiony "australijczyk" Marka Niedźwieckiego. Shiraz, cabernet i inne. Szanowane w świecie.

 

 

 

 

Rozmawiał: Jarosław Matuszewski

Zdjęcia: Marek Niedźwiecki, Shutterstock, Australia ona a Plate Management (montaż)

 

 

Zobacz też na Logo24:

 

Mrówki na przystawkę

Najbardziej niesamowite doznania w Australii? Spotkanie w buszu z Aborygenami i wspólne jedzenie węża. Świt u stóp magicznej góry Uluru, wyprawa na Fraser Island z plażami tak szerokimi, że lądują na nich samoloty, i tak białymi, że z ich piasku można by piec chleb. I drogi, po których można jechać przez setki kilometrów, nie napotykając żywej duszy.

Smaczne historie

Na naszych talerzach pojawiają się specjały, których nazwy tak bardzo się zadomowiły, że nawet nie przypuszczamy, jakie niezwykłe nazwiska, miejsca lub historie się za nimi kryją. Każdy, kto chce uchodzić za smakosza, powinien je poznać.

 
Z każdej wyprawy w dalekie strony przywożę pamiątki i zdjęcia. Z Tajlandii nie tylko to - przede wszystkim miejscowe przyprawy, których nie ma w Polsce, oraz przepisy na potrawy, którymi częstowali mnie tubylcy.

W Azji mówi się: poznaj kuchnię, a zrozumiesz ludzi, ich kraj i kulturę.

Chiny od kuchni

Nie zaglądać do kuchni? W Chinach to niewykonalne - i niewskazane, bo jest czym karmić zmysły!

Kuchnia rosyjska

Z kuchni rosyjskiej najlepiej znamy wódkę i stroganowa. Rzadziej bliny oraz pielmienie.

A już naprawdę niewielu ma pojęcie o królowej rosyjskich zup - pochlopce.

 

Więcej o: