Albania - w krainie bunkrów

Albania to kraj dla wyczynowców. Ale nie z powodu mafii, min i przemytników, tylko szalonych kierowców, dziur w chodnikach i rakii, którą gościnni miejscowi poją od rana do nocy.

 

Chodzę po Tiranie i liczę piętra. Freddy, właściciel mojego hostelu, szczegółowo opisał mi w mailu, jak do niego trafić. Bo choć lokal znajduje się w ścisłym centrum, wcale to nie jest takie proste - Albańczycy praktycznie nie używają nazw ulic.

Punkt pierwszy instrukcji: znaleźć plac Skanderbega. To akurat łatwe. Plac, nazwany imieniem bohatera narodowego, który w XV w. obronił przed podbojem tureckim Albanię (według Albańczyków także całą Europę), jest sercem stolicy. To tu krzyżują się najważniejsze ulice, tu prędzej czy później trafi się z dworca, tu wznosi się minaret meczetu, którego komuniści nie zniszczyli w czasie antyreligijnej kampanii. Punkt drugi: wejść w nieutwardzoną ulicę znajdującą się naprzeciw Narodowego Muzeum Historycznego. Też łatwe, monumentalny budynek muzeum jest jedną z dwóch głównych atrakcji miasta (druga to abstrakcyjna marmurowa piramida, zaprojektowana w hołdzie komunistycznemu dyktatorowi Enverowi Hodży przez jego córkę, a dzisiaj używana jako dyskoteka i centrum konferencyjne). Muzeum swą sławę zawdzięcza wielkiej frontowej mozaice, która przedstawia lud albański w triumfalnym pochodzie do boju.

Gdybym mimo to miała problemy z orientacją, Freddy podaje punkt trzeci: "skręcić w prawo za hotelem Tirana International, który jest prawdopodobnie najwyższym budynkiem w mieście". Policzyłam jego piętra - 15.

Przed wyjazdem wiele się nasłuchałam i naczytałam o Albanii. Ludzie, którzy nigdy w niej nie byli, mówili, że: po ulicach jeżdżą tylko kradzione mercedesy; krajem rządzi mafia; Albania jest punktem przerzutowym narkotyków, prostytutek i imigrantów do Europy Zachodniej; prowincja na pewno jest zaminowana, a każdy mieszkaniec ma broń; wszystko wygląda tak, jak w Polsce 20 lat temu. I wiele innych historii, w których Albania jawiła się jako ostatni skansen Europy.

Wyśmiałam je, uznając za stereotypy. Dlatego teraz chcę udowodnić samej sobie, że w stolicy na pewno jest budynek - i to nie jeden - wyższy niż 15 pięter. Rzeczywiście, znajduję go wzrokiem dość szybko. Stoi tuż za centralnym placem Skanderbega, strasząc betonowym szkieletem i pustymi rusztowaniami, jakby ktoś zaczął go budować i nigdy nie zamierzał skończyć. I jeśli miałabym coś nazwać symbolem Albanii, byłyby nim właśnie podobne niedokończone konstrukcje, których jest więcej niż legendarnych bunkrów czy osławionych mercedesów. Ludzie zaczynają budowę, wierząc, że kiedyś zarobią wystarczająco dużo, by ją dokończyć. Czasami udaje się im to po latach, a czasami nigdy i betonowe szkielety w końcu zawalają się same, czym nikt się nie zajmuje (większość budów jest nielegalna).

 

 

Tylko głupiec nie chce mercedesa

 

Większość turystów przyjeżdża do Albanii do nadmorskich kurortów albo spędza w niej dwa, trzy dni w czasie wyprawy po Bałkanach. Ja postanowiłam objechać ją dookoła, co nie wydawało się specjalnie trudne, bo cały kraj liczy sobie 28,7 tys. km kw. (dla porównania - województwo mazowieckie ma 35,5 tys. km kw.). Początki były obiecujące. Na pierwszym dworcu, na który dotarłam, konduktor pierwszego autobusu zaczepił mnie, pytając: - Durrës?

 

Rzymskie ruiny w centrum Durrës.

 

Tak, właśnie do Durrës chciałam jechać! To nadmorski kurort słynący z ciągnących się kilometrami plaż i antycznego amfiteatru, niemal zabudowanego przez sąsiadujące z nim bloki. Takich kontrastów jest tu więcej: przy jednej z hałaśliwych ulic znajduję pozostałości rzymskiej bazyliki, a kiedy chcę zrobić zdjęcie wiekowych murów miejskich, w tło wciąż wchodzi mi socrealistyczny pomnik bojowników.

Ale Durrës to wypoczynkowe zaplecze stolicy, położone zaledwie godzinę jazdy od niej i połączone z nią wygodną drogą (czytaj: gładkim asfaltem). Dalej już nie jest tak łatwo. Kiedy chcę jechać do Beratu, właściciel hotelu pakuje mnie w autobus podmiejski, każąc z niego wysiąść na ostatnim przystanku. - Tam jest nasze centrum transportowe dla całego południa kraju - mówi z dumą. Centrum okazuje się rozkopanym placem pod estakadą, na którym na pasażerów czekają dwa prywatne minibusy, odjeżdżające, kiedy zbierze się komplet. To najpopularniejszy miejscowy środek komunikacji. Ponieważ kierowcy walczą o każdego pasażera, zatrzymają się wszędzie, gdzie się chce wysiąść albo wsiąść. Albańczycy to bardzo rodzinny naród: na kolejnych "przystankach" widzę więc całe gromady odprowadzające odjeżdżającego, jakby to była podróż na koniec świata, a nie kilkadziesiąt kilometrów dalej. Żegnają go długo i wylewnie, całując i ściskając. Autobus czeka. Pasażer wsiada. Już mamy odjeżdżać, kiedy ktoś zauważa starszą kobietę w czerni (tu ubierają się tak wszystkie wdowy) wyglądającą ze sklepu i pokazującą, żeby na nią poczekać. Czekamy. Po kilku chwilach kobieta wsiada, zagadując coś do kierowcy. Czekamy dalej. Po kolejnych kilku chwilach ze sklepu wychodzi druga wdowa.

 

Droga z Butrintu do nadmorskiego miasteczka Ksamil - to najbardziej wysunięty na południe skrawek kraju. Stąd widać już wybrzeże greckiej wyspy Korfu.

 

Na czas przejazdu, bardziej niż nieregularny transport i nieplanowane przystanki, wpływa jednak stan dróg - są wąskie, kręte i dziurawe. W górach, które zajmują trzy czwarte powierzchni kraju, do wielu miejsc dojedzie się tylko autem z napędem na cztery koła. Bywają trasy tak trudne (np. okolice Teth na północy), że miejscowi radzą pokonywać je tylko u boku znającego je kierowcy, a i tak niebezpieczne odcinki lepiej po prostu przejść.

Tam, gdzie na zdrowy rozum nie powinno się jechać szybciej niż 40 km na godz., Albańczycy mkną z piskiem opon na zakrętach. Miejskie place, chodniki, parkingi, zatoczki, zakręty, skały zdobią pomniki ofiar wypadków. Stoją co kilka kilometrów, czasami dwa albo trzy obok siebie. Zwykle jest na nich zdjęcie osoby, która zginęła (często kilku), nierzadko też sfotografowany wrak samochodu. Na górskich serpentynach człowiek patrzy w przepaść i wyobraża sobie, jak długo spadał tam samochód. Zdarza się, że wrak leży tam nadal. Zwykle to wrak mercedesa. Tak, to prawda - w biednej Albanii to podstawowy model samochodu, który można zobaczyć zarówno na reprezentacyjnej stołecznej ulicy, jak i polnej wiejskiej drodze, w wersji luksusowej albo niemal zabytkowej, wyprodukowanej kilkadziesiąt lat temu. Albańczycy tłumaczą, że to najlepsze wozy na ich kiepskie drogi. Poza tym mają tu rangę pewnego symbolu - kto chciałby inny samochód, skoro może mieć mercedesa?

Skąd go ma? Na pewno nie od oficjalnego dilera z przedmieść Tirany, który kilka lat temu wyznawał dziennikarzowi "New York Timesa", że sprzedaje ich najwyżej 50 rocznie. Stare modele zwykle przywożą emigranci przyjeżdżający na wakacje do rodzin w kraju. Nowe w większości są kradzione, ich właściciel często oddaje je "złodziejowi" razem z papierami, równocześnie zgłaszając szkodę ubezpieczycielowi.

 

 

Żono, masz ochotę na xhiro?

 

Berat - za sprawą bielejących otomańskich domów, wąskich uliczek pod pergolami winorośli i XIV-wiecznej cytadeli, za murami której wciąż mieszkają ludzie - jest uznawany za jedno z piękniejszych miast Albanii. Życie toczy się tu w rytmie niezmienionym od lat.

 

Za murami XIV-wiecznej cytadeli w Beracie wciąż kwitnie życie, obok zabytkowych kościołów stoją zamieszkałe kamienne domostwa i mercedesy miejscowych.

 

Bary i kawiarnie otwierane są jeszcze przed godz. 7, pół godziny później ruch panuje już we wszystkich. Mężczyźni, od chłopców po staruszków, zasiadają nad pierwszą tego dnia filiżanką espresso: czarną jak smoła, mocną jak szatan i słodką jak ulepek. Innej kawy w Albanii nie uznają, w domach i prowincjonalnych barach, gdzie automatów do jej robienia nie ma, pija się kawę po turecku - zaparzoną, równie mocną, w metalowym tygielku. Daje niezłą porcję energii. I dobrze, bo musi wystarczyć do południa, kiedy będzie można zjeść pierwszy posiłek - śniadania podaje się tylko w nastawionych na zagranicznych gości hotelach. Głodny turysta musi się zadowolić fabrycznym croissantem (do kupienia u każdej babci na ulicznym stoisku), tradycyjną przekąską byrek (rodzaj smażonego placka z mięsem, serem lub szpinakiem) albo - w wersji ekstremalnej - kieliszkiem równie tradycyjnej rakii (trunek niemal narodowy). Ja wypijam swoje espresso i znikam: poza Tiraną kobieta siedząca w kawiarni to widok niespotykany, ściągający spojrzenia wszystkich jej bywalców i przechodniów. Za to mężczyźni będą tłumnie okupować stoliki aż do wieczora i chociaż już koło południa zastąpią espresso piwem Korca, Tirana albo Koan, agresywnych pijanych nigdzie się nie zobaczy: tu do baru przychodzi się posiedzieć i popatrzeć na ulicę, a nie upić. Wieczorem, kiedy słońce przestanie wreszcie palić, panowie wrócą do domu i zaproponują żonom: - Masz dziś ochotę na xhiro [czyt. dżiro]?

To rytuał niezwykły i coraz rzadszy. Trudno nawet wytłumaczyć, czym jest: starsi nazwaliby go pewnie spacerem, młodzi - lansem. Tuż przed zachodem słońca na wybranej ulicy w mieście nagle zaczyna przybywać ludzi. Już na pierwszy rzut oka widać, że są odświętnie ubrani. Dziewczyny rozpuściły włosy, założyły mini i postukują szpilkami. Chłopcy szpanują ciemnymi okularami i pobrzękują złotymi łańcuszkami. Panowie prowadzą pod rękę panie, staruszki prezentują nienagannie ułożone loki, staruszkowie poprawiają krawaty. Wszyscy przechadzają się dostojnie, rozmawiając i pozdrawiając znajomych, a kiedy im się znudzi - przysiadają na ławeczce, by obserwować pozostałych spacerujących. Kiedy miejsc na ławeczkach zabraknie, przysiadają na krawężniku albo trawniku, a kiedy już i tam nie ma gdzie usiąść, ustawiają się w gawędzące grupki. Można też pójść na karuzelę albo kupić u ulicznego sprzedawcy upieczoną właśnie kolbę kukurydzy (siedzenie i jedzenie w barach nie jest xhiro). Wreszcie czas spać. Dziewczyny wykonują ostatnie efektowne przejście i skręcają w boczną uliczkę prowadzącą w kierunku domu. Kiedy nikt nie patrzy, chowają szpilki do torby i dalej idą boso.

 

 

 

Miej honor i szanuj gościa

 

Rakija i byrek ze szpinakiem - niezły posiłek po albańsku.

Najpiękniejsze plaże Albanii znajdują się na południu, nad Morzem Jońskim. Można się do nich dostać tylko jedną drogą - przez przełęcz Llogara, z której roztaczają się pocztówkowe widoki na położone w dole wybrzeże. Najpierw do przełęczy trzeba jednak dojechać, a mój autobus zarzęził i zgasł na górskim pustkowiu kilkanaście kilometrów przed nią. Za naprawę zabierają się kierowca, wszyscy pasażerowie i kierowcy wszystkich innych przejeżdżających aut. Pasażerki próbują się schować w cieniu jedynego w okolicy drzewka oliwnego. Para kanadyjskich emerytów, w trzytygodniowej podróży po Albanii i Czarnogórze, obfotografowuje autobus ze wszystkich stron, ciesząc się z "przygody". Kiedy jednak przez dwie kolejne godziny nie dzieje się nic, stwierdzają "koniec zabawy" i są szczerze zdziwieni, że zepsuty autobus jest faktem, a nie turystyczną atrakcją. Żaden inny w tym czasie nie nadjechał i raczej już nie nadjedzie, bo na tej trasie ruch kończy się wcześnie. Nie uśmiecha mi się czekanie na wóz zastępczy: niedługo zrobi się ciemno, a do Dhermi - dokąd jadę - trzeba zejść z głównej drogi 2 km w dół przez gaje oliwne. Zatrzymuje się pierwszy samochód, na który macham: na migi się porozumiewamy, dokąd chcę dojechać. Kierowca i pasażerowie całą drogę za pomocą gestów starają się mi tłumaczyć, co mijamy, robią przystanek przy punkcie widokowym na przełęczy, a na pożegnanie kupują z przydrożnego straganu słoik miejscowego miodu.

Albania, pełna walących się budynków, gór śmieci i rozpadających się bunkrów, na pewno nie należy do najpiękniejszych krajów. Ale dzięki jej mieszkańcom podróżuje się przez nią wyjątkowo, nigdy i nigdzie wcześniej nie spotkałam ludzi tak uczynnych, przyjaznych i przede wszystkim gościnnych. Kiedy o coś pytam, a oni nie rozumieją, nie odchodzą, zostawiając mnie samą, tylko znajdują kogoś mówiącego po angielsku. Kiedy nie mogę czegoś znaleźć, odprowadzają mnie tam. Pomagają w znalezieniu hotelu i właściwego autobusu, a w autobusie oddają najwygodniejsze miejsce. Gdy kupuję owoce albo miejscowy, słony i twardy jak deska biały ser, niemal zawsze dostaję dodatkową kiść winogron albo czekoladkę. Kiedy w górach łapie mnie deszcz, stary Albańczyk wracający z pola na osiołku z koszem zbiorów zaprasza mnie na migi do swojego domu. Zostaję usadzona na honorowym miejscu, gospodyni natychmiast stawia przede mną świeżą kawę, słodycze i owoce, a kiedy już grzecznie wszystkiego spróbowałam - gospodarz wyjmuje z szafki rakiję własnej roboty. Ta gościnność wywodzi się z XV-wiecznego kodeksu Kanun, który regulował niemal wszystkie aspekty życia, za najważniejsze dwa uznając honor i właśnie gościnność. Każdemu gościowi, nawet jeśli jest wrogiem, należy się szacunek, miejsce przy stole i zaoferowanie wszystkiego, co najlepsze.

Jakby tych honorów było mało, Albańczycy bardzo lubią Polaków. Kiedy mówię, skąd jestem, dostaję lepszy pokój w hotelu, miejsce w autobusie, w którym miejsc już nie ma, zniżkę w restauracji i przede wszystkim - wielki uśmiech. Kilka razy witają mnie słowami: "Cześć, jak się masz?". Nauczyli się ich od Polaków, z którymi mieszkają na emigracji: według różnych szacunków wybrało ją około 1 mln Albańczyków (w kraju mieszka ich 3,5 mln).

 

 

Obywatel bunkier

 

Moim ostatnim punktem na wybrzeżu jest Butrint, czyli pozostałości starożytnego miasta, które według legendy XIII wieków p.n.e. założyli uchodźcy z Troi. Chociaż nie przepadam za zabytkami, tu włóczę się kilka godzin po lesie, oglądając kamienne mury i monumentalne budowle. Ruiny zajmują spory teren, często wokół nie ma żywego ducha i naprawdę mam wrażenie, że ktoś mnie przeniósł kilka tysięcy lat wstecz.

Na południe od Butrintu jest już Grecja, a z brzegów doskonale widać Korfu, skąd codziennie przypływają statki pełne turystów chcących pobyć jeden dzień w "dzikiej" Albanii. Ruszam więc na wschód, w głąb lądu, jadąc przez coraz wyższe góry. Ale jak bardzo wysokie, dzikie, skaliste i niedostępne by nie były, jest coś, co nie pozwala zapomnieć, w jakim kraju się znajduję. Bunkry. Są wszędzie: jak wielkie betonowe pieczarki wyrastają ze zboczy, szczytów, palmowych gajów, upraw winorośli, pól z arbuzami. Stoją na podwórkach, pomiędzy domami, stanowią część ogrodzeń. Czasami zalewają je rzeki, osuwają się razem ze zboczem, ktoś próbuje je zburzyć. Nie jest to jednak proste, bo są niemal niezniszczalne.

 

Pozostałości po komunizmie - bunkry w mieście Pogradec przy granicy z Macedonią i towarzysz z pomnika w Bajram Curri, spoglądający w stronę pobliskiego Kosowa.

 

Kiedy w 1950 r. ich projektant zaprezentował prototyp konstrukcji Hodży, ten go zapytał: - Jak bardzo jesteś pewny, że potrafi się oprzeć atakowi czołgu?

- Bardzo - odpowiedział projektant.

Hodża rozkazał: projektanta zamknąć w bunkrze, bunkier ostrzelać. Konstrukcja przetrwała nienaruszona. To odpowiada na pytanie, dlaczego Albańczycy nie mogą się pozbyć bunkrów, a według różnych szacunków mają ich w kraju od 300 do 800 tysięcy: mniejszych, mających służyć za schronienie jednemu albo dwóm strzelcom, i większych, przypominających kształtem żółwia, w których miały się zmieścić działa artyleryjskie. Hodża, który przez 40 lat rządów doprowadził kraj do upadku gospodarczego i skrajnej izolacji, był paranoikiem i ekscentrykiem węszącym podstęp z każdej strony. Z czasem zerwał stosunki ze wszystkimi państwami komunistycznymi (z wyjątkiem Chin), uznając, że zeszły z jedynie słusznej drogi. Opętany wizją inwazji wrogich armii radzieckiej, jugosłowiańskiej i amerykańskiej, a najpewniej wszystkich trzech naraz, nakazał wielką akcję budowy bunkrów. Jak bardzo poważnie traktował możliwość takiego ataku, pokazuje arsenał kilkuset kanistrów śmiercionośnych chemikaliów, które odkryto w jednym z bunkrów po upadku komunizmu.

 

 

Jak w góry, to tylko promem

 

Od Hodży wywodzi się wszystko złe, ale też coś dobrego: miasto Gjirokastër, dzięki temu, że się w nim urodził, zyskało status miasta-muzeum i przetrwało komunizm w doskonałym stanie. Dziś jego mieszkańcy z dumą powtarzają, że takiego miejsca nie ma nigdzie indziej na świecie. Wszystko - chodniki, świątynie, domy łącznie z dachami - zbudowane jest z szarego kamienia. Strome uliczki i potężne fortyfikacje na wzgórzu tylko dodają tajemniczości.

Z Gjirokastru ruszam do Korczy - drogą, która w Albanii nosi miano "bardzo specjalnej". Wiedzie przez jeszcze wyższe góry, jeszcze więcej na niej ostrych zakrętów, pomników i nieziemskich widoków. Kiedy czasami się zatrzymujemy, by co bardziej wrażliwi pasażerowie mogli zaczerpnąć świeżego powietrza, a konduktor chlusnąć wiadrem wody na zapaskudzoną wymiocinami podłogę, w oddali słychać tylko beczące kozy i pobrzękujące dzwonkami krowy. Atmosferę sielanki zakłócają jedynie nieliczne miasteczka zabudowane brudnymi, nieotynkowanymi, sypiącymi się blokami. Korcza wcale nie wygląda lepiej; pierwsze, co mi przychodzi na myśl po wjechaniu do niej, to "uciekać stąd natychmiast". Kiedy się jednak okazuje, że to niemożliwe, bo nie mam czym, idę na spacer. I wsiąkam w atmosferę natychmiast. Na chodnikach wzdłuż centralnej ulicy mężczyźni rąbią stosy drewna, by ułożyć je potem na balkonach. Mieszkańcy parterów hodują w swoich blokach kury, które, przywiązane sznurkiem za nogi, grzebią w śmieciach, szukając jedzenia. Papryki, winogron czy pomidorów nie sprzedaje się na bazarze na kilogramy, tylko na worki - widzę, jak klientom ciężko je podnieść. Przy ostatnim stoisku - nie wierzę własnym oczom - jakiś facet tuli się do brunatnego niedźwiedzia; za chwilę przyczepi mu łańcuch do obroży i pójdzie na spacer główną ulicą.

 

Promenada handlowa w Korczy.

 

Na koniec zostawiłam sobie północ kraju. Tu kobiety częściej noszą tradycyjne stroje, mężczyźni zamiast espresso rozpoczynają dzień rakiją, a język ma tak inny akcent, że ludziom z południa trudno go zrozumieć. Na północ przyjeżdża się dla gór - pięknych, dzikich i niedostępnych, najłatwiej do nich dotrzeć promem. Ta popularna przeprawa wiedzie przez długie i wąskie sztuczne jezioro Koman, powstałe po zbudowaniu elektrowni wodnej. Na nabrzeżu już czeka mały prom pasażerski i kilka malutkich łódek. Chociaż jeszcze wczoraj po południu szukałam kawałka cienia, żeby się schować przed słońcem, tu natychmiast wkładam wszystkie polary i nadal trzęsę się z zimna. Nie mogę sobie jednak odpuścić i schować się pod pokład, a po chwili - dla lepszego widoku - wspinam się na dach promu. Jest na co patrzeć: w zielonych wodach jeziora odbijają się wysokie, poszarpane skały, pomiędzy którymi płyniemy, czasami są tak blisko, że można je niemal dotknąć. Choć okolica nie wygląda na zamieszkaną, co jakiś czas przybijamy do brzegu, by wysadzić pasażerów. Wyskakują sprawnie na kamienie i bezbłędnie odnajdują w krzakach niewidoczną ścieżkę prowadzącą w góry. Patrzę się w kierunku, w którym idą, próbując wypatrzeć jakieś gospodarstwo, ale wszędzie są tylko lasy i skały.

- Gdzie są ich domy? - pytam Albankę płynącą ze mną z miasta.

- Nie wiem. Choć urodziłam się tu i mieszkam całe życie - odpowiada.

 

Na daleką północ Albanii najłatwiej dotrzeć promem przez jezioro Koman.

 

Podróż trwa ponad dwie godziny, a o zbliżaniu się do miejscowości Fierzë informują pływające po czystym dotąd jeziorze plastikowe butelki, reklamówki, opakowania po proszkach do prania i zdechła krowa. Śmieci to w Albanii rzecz powszechna, szpecąca nawet najdzikszą okolicę. Nikt się tu nimi nie przejmuje i - jak za całe inne zło - odpowiadają za nie komuniści, którzy rzucających papierki na ulicę uznawali za wrogów klasowych, więc w czasach wolności każdy śmieci, ile chce.

W Fierzë jest przystań promowa, kilka bloków i nic więcej. - Jedź do Bajram Curri - radzi poznana Albanka.

Bajram Curri to największa miejscowość w dalekiej, północnej Albanii. Jest w niej jeszcze więcej bloków, bazar pod gołym niebem, jeden hotel (drugi - Kosowo - straszy pustką i wybitymi oknami) i kilkadziesiąt barów: mam wrażenie, że interes kręci się tylko dlatego, że ich właściciele zarobione pieniądze wydają u sąsiada. Lądem można się stąd dostać tylko do górskich wiosek i pobliskiego Kosowa. To z powodu jego sąsiedztwa oraz opowieści o przemytnikach, bojownikach, minach, mafii zaleca się, żeby nie poruszać się po okolicy bez lokalnego przewodnika-opiekuna. Opowieści są barwne i przesadzone - gościnność i uczynność tutejszych ludzi nie odbiega od reszty Albanii. A miejscowa mafia? Według opublikowanego w 2010 r. raportu ONZ ustabilizowanie się sytuacji politycznej na Bałkanach znacznie osłabiło struktury przestępcze.

 

 

Z mitów o Albanii, których się nasłuchałam przed wyjazdem, najbardziej dał mi się we znaki jeden: na chodnikach jest rzeczywiście dużo niezabezpieczonych studzienek kanalizacyjnych, wciąż trzeba patrzeć pod nogi.

Już po powrocie znalazłam informację o najwyższym budynku Tirany. Znajduje się w eleganckiej dzielnicy ambasad i jest nowoczesnym, dopiero co oddanym do użytku, 22-piętrowym biurowcem.

 

 

Informacje praktyczne:

 

Jak dojechać: najlepsze połączenie oferuje węgierski Malev, często ma promocje, w których bilety do Tirany albo którejś z sąsiednich stolic (szybkie połączenie z Albanią autobusem) kosztują 400-600 zł.

 

Waluta: lek albański (ALL), 130 leków = 1 euro. Wiele cen podawanych jest w euro, w takim wypadku można płacić obiema walutami (przelicznik jest oficjalny). W każdym mieście są bankomaty, na każdym kroku znajdują się placówki najpopularniejszego zachodniego banku - Raiffeisen.

 

Hotele: wszędzie są małe hotele klasy turystycznej - czyste i porządne. Poza sezonem nie ma potrzeby rezerwowania miejsc, przyjęte jest targowanie, ceny - 15-20 euro za dwójkę.

 

Kuchnia: najpopularniejsza jest kuchna włoska - pizze i pasty (od 300 leków), na południu jest sporo greckich tawern, wszędzie - fast foodów i sklepów serwujących burek (30 leków). Jadanie poza domem w Albanii nie jest popularne, dlatego na pełny posiłek lepiej wybrać się do restauracji hotelowej. Espresso w barze kosztuje 30-50 leków, miejscowe piwo - 100-150 leków, kieliszek rakii - 100 leków. Ceny wina w sklepie zaczynają się od 600 leków. Żeby nie zostać z plikiem niewymienialnych poza Albanią leków, lepiej nie nastawiać się na zakupy na lotnisku.

 

 

Język:

 

W powszechnym użyciu jest włoski, na południu popularny jest także grecki, po angielsku bez problemu można się porozumieć w dużych miastach, na wybrzeżu i na północy. Albański jest jednym z najstarszych języków Europy, niepodobnym do żadnego innego i trudnym. Cudzoziemcom kłopot sprawia już sama nazwa Albanii, która po albańsku brzmi: Shqipëria. Według wielu Albańczyków wcale nie pochodzi od słowa "orzeł" (shqipe) i nie powinna być tłumaczona jako "kraj orłów", tylko od słowa "shqiptoj", czyli "mówić zrozumiale". Jeszcze więcej problemów i zamieszania sprawiają słowa "nie" i "tak". "Tak" to po albańsku "po" i ruch głowy z prawej w lewo; "nie" - to "jo" i skinięcie głową.

 

 

Tekst: Marzena Filipczak, autorka książki "Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet"

Zdjęcia: Marzena Filipczak, Adam Kozak, Shutterstock, Flickr (montaż)

Infografika: Mikołaj Kirschke

 

Czytaj w Znam.to: Drukowanie staje się przyjemnością

Zobacz też na Logo24:

 
Rzym pępek świata  
Ałtaj - ciepła wódka w złotych górach
Konie tańczą w Jerez  
 
Świński festiwal w Papui
Kusząca Namibia
Królewska pinta w londyńskim pubie
Za górami, za murami...
Więcej o: