Lampka wina po krwawej uczcie

Z błękitu oceanu wynurzył się grzbiet łodzi podwodnej. Czułymi sensorami wyczuła czyjąś obecność, majestatycznie nurknęła, delikatnie szorując swoim cielskiem o dno kajaka. Wal południowy manewruje po Walkers Bay jak Nautilus w podmorskiej podróży.

 

W RPA znaleźliśmy się z ukochaną żoną Małgosią po 20 latach pożycia oraz pewnym przemyśleniu. Czy jest na świecie inny kraj tak różnorodny i gdzie ta różnorodność byłaby bardziej skompresowana? Nie ma. A jeśli ktoś taki zna, proszę bez zbędnej zwłoki wysłać jego nazwę na adres "Logo".

Odstrasza tylko cena podróży na koniec Afryki - tanio się nie da. Nie bardzo da się też zorganizować wszystko samemu. Przy żmudnych próbach ułożenia wyprawy polegliśmy na jednoczesnej rezerwacji miejsc w Parku Krugera, lokalnych przelotów oraz samochodu. Zwróciliśmy się do południowoafrykańskich agencji turystycznych. Wybraliśmy Go2Africa, gdzie naszym doradcą była Mia Schoeman, która - co ciekawe - spędziła kilka lat w Polsce.

Wylądowaliśmy w Kapsztadzie, ale natychmiast polecieliśmy do Parku Krugera na safari, stamtąd nad Wodospady Wiktorii do Zambii, potem znów Kapsztad i Kraina Win, Przylądek Dobrej Nadziei i na koniec Hermanus z jego wielorybami.

No to zacznijmy od końca.

 

 

Wal wali płetwą

 

Gdy tylko ja i mój partner w kajaku, tego przedpołudnia Helena du Plesir, żwawa 60-latka mieszkająca kilkadziesiąt kilometrów stąd, w nadmorskim kurorcie Knysna, zobaczyliśmy wyskakującego pięć metrów nad wodę wala, napięliśmy muskuły i zwiększyliśmy tempo.

 

 

Pruliśmy przez ocean, uciekając grupce współkajakarzy. - Hej, hej, stop! - wołał nasz przewodnik z Walker Bay Adventures, firmy z licencją na eskapady kajakiem po zatoce.

Niechętnie się zatrzymaliśmy i poczekaliśmy. - Mówiłem! Mówiłem, mówiłem! Głusi czy co?! Nie możemy się zbliżyć do nich na mniej niż 300 m. Jeszcze ktoś z brzegu zobaczy... Odbiorą nam licencję. Chyba że wale same wypłyną na wierzch koło nas. Wtedy to co innego.

Dokładnie na te słowa wieloryb znów wydarł się z wody - jak w zwolnionym tempie. W powietrzu obrócił się i grzbietem grzmotnął o wodę. Huk uderzenia dobiegł do nas po chwili, głuchy odgłos, niczym eksplozji. Zamurowało mnie raz jeszcze. Piszę jeszcze raz, bo kilka godzin wcześniej przeżyłem podobny szok.

 

Bladym rankiem obudził mnie dziwny dźwięk klaskania za ścianą. Wyszedłem z łóżka, otworzyłem balkon, przeszedłem kilkadziesiąt metrów nad urwisko nad Walker Bay. Odgłos dochodził zewsząd, ale najmocniej znad otwartego oceanu. Dopiero po chwili zauważyłem daleko, niemal pośrodku zatoki, ciemną plamkę. Wróciłem do pokoju po lornetkę. Wyregulowałem ostrość. I wtedy właśnie zamurowało mnie po raz pierwszy. Nie wierzyłem w to, co widzę. Na wodzie, pół kilometra ode mnie, leżał na boku wieloryb i uderzał boczną płetwą o wodę. Chlast, przerwa. Chlast, przerwa. Chlast, przerwa.

To wtedy również zobaczyłem w zatoce samotnego kajakarza i przypomniałem sobie rozmowę z parą Brytyjczyków w Zambii. Mówili, że przeżyli magiczne chwile na kajaku właśnie w Hermanus - gdy potężny wal prześlizgnął się pod dnem ich kajaka, a oni słyszeli dźwięk szorowania jego skóry po plastiku.

RPA i Zambia

 

Hermanus, Ocean Eleven

- noc 1700 randów za dwójkę. Ze wspaniałym śniadaniem.

 

Hermanus,Walker Bay Adventures

- wycieczka kajakowa między wieloryby 350 randów.

 

Kruger National Park,Thornybush Game Lodge

- około 4,5 tys. randów za dwójkę z pełnym wyżywieniem i dwukrotnym safari.

 

Zambia, Wodospady Wiktorii, Livingstone, Chuma and Sussi Lodge

- dwójka od 330 dol. za noc.

1 rand = 0,38 zł

 

 

 

Wielorybi herold

 

Z Heleną już poczuliśmy się rozczarowani, że widowisko minęło nas o kilkaset metrów. Pozostałych pięć kajaków dogoniło nas i "wiatrakującego" za nami przewodnika. Wtem, kilkadziesiąt metrów od łódki, nieśmiało wychynął z fal następny wal. Wyglądał jak monstrualny, czarny, lśniący spławik, odruchowo spojrzałem w górę, by sprawdzić, kto trzyma tę wędkę. Olbrzymi pysk wynurzył się na dwa, może trzy metry, aż ponad poziomem fal pokazało się oko. Fachowcy nazywają takie zachowanie wieloryba szpiegowaniem. Oko było całkowicie nieruchome. Zanurzało się i wynurzało zgodnie rytmem fal i ani drgnęło.

A jednak nie miałem najmniejszej wątpliwości, że widzi wszystko. Po chwili zanurzyło się, a wraz z nim majestatycznie pojechał w dół, jak bezgłośna winda, cały wieloryb.

Ten wal przypłynął znad wybrzeży Antarktydy. On, jego koleżanki i koledzy wpływają tysiącami do Walker Bay, nie wiedzieć czemu akurat tam, aby urodzić i odchować małe. Najwięcej jest ich na przełomie września i października. Zatrzęsienie.

Śliczne, zadbane miasteczko Hermanus, ze swoimi domkami, pensjonatami, deptakami, wystrzyżonymi trawnikami, jakby żywcem przerzucone ze wschodniego wybrzeża USA, jest jednym z najlepszych na świecie miejsc do obserwacji wielorybów z brzegu. Głównie wali biskajskich południowych (Southern Right Whale), ale zdarzają się też humbaki, płetwale Bryde'a i płetwale karłowate.

 

 

Wcale nie trzeba mieć lornetki, aby je obserwować - setki ludzi na brzegu po prostu przesiadują na ławeczkach położonych w strategicznych miejscach czy na skałach w morzu. Ale widok przez lornetkę po prostu zapiera dech.

Wieloryby łatwo dostrzec - oddychając, tworzą nad wodą obłok pyłu wodnego i pary. Ale gdyby nawet jakimś cudem podróżny ich nie zauważył, zawsze zostaje whale crier, czyli zatrudniony przez miasto Hermanus "obwoływacz wielorybów" Pasika Noboba. Chodzi po miasteczku z rogową trąbą przejętą od poprzednika Godlecka Baleni, trąbi i krzyczy na cały regulator, ile w zatoce jest wielorybów, skąd i o której godzinie przypłynęły.

 

Wsłuchać się w przyrodę

 

Po dwóch dniach oglądania wielorybów w morskim kurorcie łatwo zapomnieć, że jeszcze niedawno było się w Parku Narodowym Krugera, jednym z największych na świecie. Wkrótce, po połączeniu z sąsiadującymi parkami w Mozambiku i Zimbabwe, będzie po prostu największy. Jego brama znajduje się raptem 1700 km od Hermanus, czyli tak daleko jak Paryż od Warszawy.

Jest więc w tym kraju zadziwiająca możliwość: o świcie włosy stają dęba podczas polowania gepardów na antylopę, a po południu dreszcze przechodzą ciało podczas kajakowych pląsów z wielorybami w Walker Bay. Wystarczy wsiąść w Nelspruit w samolot British Airways lub South African Airlines i za 100 euro polecieć do Kapsztadu. Stamtąd do Hermanus jest 120 km autostradą lub malowniczą szosą R44, wzdłuż klifów wybrzeża Prowincji Przylądkowej Zachodniej.

Jeśli ktoś sobie wyobraża, że Park Krugera jest jak wschodnioafrykańska kraina bajkowej sawanny z parasolami akacji, galeriowymi lasami i baobabami, że ma stukilometrową perspektywę, czystą jak górski kryształ, to może się rozczarować.

Adrenalina w RPA i Zambii

 

Plettenberg

- jeden z najdłuższych skoków na bungee na świecie z Bloukrans Bridge (216 m; 7 sekund swobodnego spadania) za 650 randów.

 

Gansbaai

- nurkowanie w klatce między rekinami żarłaczami białymi (1000 randów). Jadąc na południe można popłynąć stateczkiem z Hout Bay, aby obejrzeć 60-tysięczną kolonię fok na Wyspie Duikera. W drodze powrotnej proponujemy odwiedzić stado kilkuset malutkich afrykańskich pingwinów w Boulders Beach.

Park Krugera to głównie busz. W porze polskiej jesieni istotnie ją przypomina - kolorami i liśćmi szeleszczącymi pod nogami - o ile ktoś odważy się iść gdzieś w tym parku piechotą.

Perspektywa jest tu najwyżej kilkudziesięciometrowa, wzrok wbija się w ścianę karłowatych drzew, suchych krzewów, bezlistny gąszcz. Trudno wypatrzyć nawet żyrafę. - Ale gdyby było zielono, żadnego zwierzaka byśmy nie dostrzegli - mówią przewodnicy.

 

Słonie afrykańskie i nosorożce białe to największe zwierzęta zamieszkujące założony przed ponad stu laty Park Narodowy Krugera.

 

Tropienie zwierząt również jest tu inne niż na otwartych sawannach. W Kenii i Tanzanii trzeba wsłuchiwać się w radio, gdzie zwołują się przewodnicy, gdy tylko namierzą jakiegoś drapieżnika, słonia lub nosorożca. Potem przy jednym lwie jest dziesięć aut.

W Krugerze wsłuchują się w przyrodę. Rozmawiają, a właściwie przesłuchują każdego, kto napomknie o jakimś niezwyczajnym zdarzeniu.

- Gdzie widzieliście ruch i gdzie wtedy byliście? - zapytali któregoś ranka podnieconych gości Thornybush Lodge, słysząc jak wymieniają się wrażeniami.

- Nad wyschniętą rzeką. Staliśmy na rampie (nieogrodzone obozowiska są zbudowane na palach - to wymóg bezpieczeństwa oraz ekologii; wieczorem lepiej nie opuszczać chat, ale jeśli jest to nieuniknione, należy wezwać ochronę, która przeprowadzi, gdzie trzeba, po rampie zawieszonej pięć metrów nad ziemią).

- Co widzieliście?

- Małpy, które darły się wniebogłosy. Przebiegły przez wyschnięte koryto. Inni widzieli cztery gepardy. Pędziły między chatami.

 

 

Co robi lew?

 

Rangersi pobrali sztucery ze zbrojowni i o 6 rano ruszyliśmy landrowerami wytropić gepardy. Prywatne parki, część Wielkiego Krugera, pocięte są leśnymi ścieżkami. Lokalni tropiciele używają ścieżek do  

zmniejszania obszaru poszukiwań zwierząt. Jeśli drapieżnik - ich się najbardziej pożąda podczas safari - zostawi trop na jednej ścieżce, a gdzie indziej nie zostawi, wiadomo, w którym obszarze siatki wyznaczonej ścieżkami przebywa.

Czasem tropiciele wychodzą z samochodów, aby dokładniej się rozejrzeć, ale wtedy zawsze mają ze sobą odbezpieczone sztucery. Rok temu jedną z osób zatrudnionych w Thornybush Game Lodge pożarł w takiej sytuacji samotny lew - nie zdołała wystrzelić ani razu.

Po półtorej godziny tropienia zauważyliśmy rodzinę gepardów szykującą się do ataku na antylopy. Polowanie było krwawe, a antylopa długo cierpiała, zanim ostatecznie została zaduszona pięć metrów od naszego landrowera. Dramatyczne doświadczenie to kolejna różnica między południową a wschodnią Afryką - dystans między turystami a zwierzyną jest tu niewielki. Czasem wręcz przerażająco niewielki. Tak jak tego samego dnia wieczorem.

 

Rodzina gepardów nie jest zadowolona z naszego przyjazdu. Zastanawiają się pewnie, czy stanowimy osiem kolejnych pysków, chcących się posilić antylopim mięsem. Zatapiają kły w świeżym truchle, by nie było wątpliwości, czyja to zdobycz.

 

Wracaliśmy po trzygodzinnym safari zmordowani, ale szczęśliwi, bo napotkaliśmy stado nosorożców z małymi, którym zrobiliśmy trylion zdjęć. Była już noc. Traper podczas jazdy omiatał lampą-szperaczem drogę, gdy nagle ktoś zauważył w ciemności gorejące dwa punkty, a przy następnym miotnięciu szperaczem jasną grzywę: - Lew!

Naprzeciw naszego auta szedł ścieżką samotny olbrzym.

Młody kierowca gwałtownie zahamował i skręcił kierownicę. Landrowerem zarzuciło. Przód pojazdu wbił się w jakąś dziurę obok ścieżki. - Cisza! Nikt nie wstaje! Nikt się nie rusza! - powiedział traper, siląc się na spokój i wyciągając sztucer.

Lokalny tropiciel chyba się czuł nieswojo, bo siedział na specjalnym siedzisku na masce auta, po stronie nadchodzącego lwa samotnika.

Grzywiasty stwór przeszedł, ocierając się o karoserię i postukując o nią ogonem.

Tropiciel czuł się chyba nieswojo, bo siedział na specjalnym siedzisku na masce auta, po stronie nadchodzącego lwa. Stwór przeszedł, ocierając się o karoserię i postukując o nią ogonem. Kawałek dalej położył się, mordą w naszą stronę. Traper włączył silnik, wrzucił wsteczny, włączył napęd na cztery koła, odłączył dyferencjał, wcisnął gaz, ale pojazd ani drgnął.

- Co robi lew? - zapytał.

- Leży i gapi się na nas - powiedzieliśmy.

Traper kazał tropicielowi zejść z maski i meldować o zmianach w zachowaniu lwa. Sam sprawdzał, co się stało z samochodem. - Wszyscy na lewe tylne koło. Obciążymy tył i wyjedziemy - powiedział. Landrower nie drgnął. - Richard, jump in, now! - nagle, dramatycznie szepnął tropiciel do kolegi. - Idzie na nas!

Lew, widać znudzony czekaniem, wracał. Nikt nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby zachciało mu się skoczyć do samochodu. Moja Małgosia nie chciała myśleć o tym, nie chciała też na drapieżnika patrzeć. Odwróciła głowę i na wszelki wypadek zamknęła oczy. Dla lwa taki skok byłby fraszką. - Cisza! - ostrzegł niepotrzebnie traper.

Lew nas minął majestatycznym krokiem. Nawet nie spojrzał. Jakbyśmy byli powietrzem. Tylko postukał znów pędzlem ogona w karoserię. I skręcił w krzaki.

Następnego dnia byliśmy na wielorybach. Spokojne zwierzaki...

 

 

Wino pod napięciem

 

Czy pisałem, że RPA ma cudowną cechę - tylko tam o świcie pływasz z wielorybem, a po południu zachwycasz się dojrzałym la motte z trzystuletniej winnicy?

 

 

Za wielkim przemysłem winiarskim stoją w RPA Francuzi. Kiedy w końcu XVII w. wypędzeni hugenoci dotarli do Kraju Przylądkowego, zarządca terenów Simon van der Stel dał im ten zakątek do osiedlenia -

francuski zakątek, czyli Franschhoek. A oni przywieźli ze sobą wiedzę o produkcji wina.

Trunek z tych okolic stał się popularny też dzięki Francuzom, konkretnie Napoleonowi, który zarządził blokadę kontynentalną i odciął Anglię od win Francji, Hiszpanii, Portugalii i Włoch. Anglicy pili więc wino afrykańskie.

Tutejsze winiarnie wyglądają bajkowo wśród gór Helderberg, Simonsberg i Overberg. Dworki, tłocznie, piwnice i magazyny architekturą przypominają Burgundię i Niderlandy, ale porządek panuje w nich zgoła niefrancuski. Podróż samochodem z Hermanus do Franschhoek lub Stellenbosch trwa zaledwie godzinę. Do winnic okręgu Overberg, słynącego z białych win, głównie chardonnay i sauvignon blanc, jedzie się 20 minut. W winiarniach można zjeść i próbować win za skromną opłatą około 30 randów, czyli mniej niż 3 euro. Najlepszy cabernet sauvignon pochodzi podobno z Boekenhoutskloof, ale wspomniany cabernet z La Motte zebrał świetne recenzje wśród znajomych.

W dwa dni można samochodem objechać winne okręgi: Paarl, Stellenbosch, Franschhoek i Overberg na dokładkę. I wcale nie dopatrzyć się niebezpieczeństw czyhających ponoć na białych turystów. Jesteśmy przecież w królestwie białych plantatorów, luksusowych winiarni i nadmorskich kurortów.

Ale gdy sączysz la motte, spoglądasz z balkonu na drut kolczasty, wyznaczający granicę posesji, ozdobiony napisem: "Pod napięciem".

 

 
W bardzo eleganckim i nieco bajkowym otoczeniu południowo-afrykańskich winnic można próbować przepysznych trunków za równowartość niecałych 3 euro.

 

 

 

 

Infografika: Mikołaj Kirschke

Tekst: Radosław Leniarski

Zdjęcia: Radosław Leniarski, materiały prasowe (montaż)

 

 

 

  

Zobacz też na Logo24:

 
Kusząca Namibia 
Ałtaj - ciepła wódka w złotych górach
 
Heban i kość słoniowa
Jambo Simba czyli safari Last Minut - w Tanzanii
 
Za górami, za murami... w Palestynie  
Koniec świata piratów z Karaibów  
Więcej o: