Tchnienie manitu

Przez dziesięciolecia mordowani, gnębieni i grabieni, amerykańscy Indianie dzięki turystyce mogą teraz wziąć przynajmniej finansowy odwet na bladych twarzach.

 

 

Nasz gościnny gospodarz Donovan McDonald wygląda jak Indianin z powieści - długowłosy, ciemnobrązowy, muskularny. Europejskie pochodzenie zdradzają jedynie oczy, błękitne i czyste jak bławatki. Jego pradziadek przywędrował do Ameryki ze Szkocji, a on sam jest żywą księgą amerykańskiej historii. Jego starszy brat nie przeżył wojny koreańskiej, a młodszy - przetrwał wietnamską, ale już nigdy nie był sobą. Żona Dona "poszła z mormonami z Utah", a on sam zrezygnował z cywilizacji, nabył długi na milę spłacheć czerwonej pustyni graniczący z rezerwatem Navajo i wybudował na nim swój własny mały raj, czyli wbitą w pagórek obszerną ziemiankę, do której energię czerpie z wiatru i słońca. Jest całkowicie niezależny. Nawet garnek do gotowania działa u niego na baterie słoneczne. Tylko wodę musi dowozić, w najbliższej okolicy jest jedynie wypełniające się raz do roku gliniastym mułem jeziorko.

 

Rezerwaty indiańskie i parki narodowe

                 Hawasupajowie          Navajo Nation
Hopi Zuni
Hualapajowie parki narodowe

 

- Teren ten należał kiedyś do rezerwatu i przypadł w posagu Navajo-girl, która wyszła za mąż za białego chłopaka - opowiada Don przy ognisku, w którym pieką się słodkie ziemniaki. - Postawił dla niej dom z widokiem na święte góry i przestrzeń, niestety, mieszkali tam ledwie kilka lat. Dziewczyna zmarła z dzieckiem przy porodzie, chłopak wyjechał i wystawił ziemię na sprzedaż.

 

Teren ten należał kiedyś do rezerwatu i dostał się w posagu Navajo-girl, która wyszła za mąż za białego chłopaka

 

- Navajo nie chcą swojej pustyni odzyskać?

- Wcześniej nie. Dopiero od kilku lat przysyłają oferty kupna dość regularnie. Ale to dobrzy sąsiedzi, szanujemy się.

Indiańska wioska, którą widać z gospodarstwa Dona, w nocy rozbłyska setkami świateł. Jeszcze kilka lat temu ledwo je było widać na horyzoncie, teraz stanowią konkurencję dla wyjątkowego, jak to na pustyni, blasku gwiazd.

- Wioska ta sama, nie jest większa - mówi Don - ale świateł przybyło, sąsiedzi mają już elektryczność.

 

Obóz - 6 dni z Navajo w Canyon de Chelly

 

 

Namioty i śpiwory można wypożyczyć na miejscu. Koszt podstawowy; 800 dol. od osoby za 6 dni. W cenę wliczony jest indiański przewodnik oprowadzający po najciekawszych miejscach tego malowniczego kanionu. Idzie się na piechotę, wybranymi szlakami. Wieczorem wspólne ognisko i występy, jeśli grupa jest większa. Dodatkowo można zamówić np. konie (pełniące u Navajo szczególną rolę i będące symbolem prestiżu) oraz inne atrakcje. Okolice te znane są też z historii wojen amerykańsko-indiańskich. Tam Kit Carson i jego żołnierze wybili zwierzęta i zniszczyli plony, a gdy wojownicy się poddali, żeby ratować rodziny, podpisano z nimi układ, którego nie dotrzymano. Ludzie umierali. Carson kazał zniszczyć cały majątek Navajo zebrany w kanionie, także ich brzoskwiniowe sady. 5 tysięcy drzew spalono.

Navajo nigdy mu tego nie wybaczyli.

 

Rzeczywiście, wioska niby ta sama - jeden sklepik, trzy pompy z benzyną, dwa stragany i psy liczące na poczęstunek, wszystko w szczerym polu - ale są i różnice. Znikła pamiętająca czasy pierwszych osadników skrzynka na pocztę, a w sklepiku nie sprzedają już wypiekanych przez babcie z rezerwatu ciastek i domowego wyrobu lizaków. Jest to, co wszędzie, i całkiem niezła jak na pustynne warunki kawa. Po większe zakupy i tak wszyscy jeżdżą do odległego raptem o 30 mil Walmartu, w którym znalazło zatrudnienie wielu Indian z okolicy. To w tym miasteczku udało mi się zobaczyć obrazek chyba najlepiej symbolizujący tamtejsze życie: młodziutka Indianka, ubrana w dżinsy i bawełnianą koszulkę, w jednej ręce trzyma zakupy, w drugiej kawałek pizzy, a na plecach niesie przytroczone skórzanymi paskami maleńkie dziecko, zamknięte w wydłubanej z jednego kawałka drewna i ozdobionej ochronnymi symbolami kolebce, takiej, jakie można obejrzeć na starych zdjęciach. Okoliczni Indianie, głównie Navajo i Hopi, zwykle pracują w pobliskich miastach, takich jak Flagstaff i Winslow, i - jak w całej Ameryce - wieczorem widać sznur samochodów wracających do domu. Tyle tylko, że to dom w rezerwacie.

 

 

W rezerwacie

 

Największym rezerwatem indiańskim w Stanach jest rezerwat szczepu Navajo. Zajmuje powierzchnię ponad 60 tys. kilometrów kwadratowych i leży na terenach trzech stanów: Arizony, Utah i Nowego Meksyku. Mieszka w nim ok. 180 tysięcy rdzennych Amerykanów. Najmniejszym szczepem indiańskim w Stanach jest Augustine Band of Cahuilla Indians liczący zaledwie 8 członków, w tym tylko jedną dorosłą osobę. Leżący w południowej Kalifornii rezerwat ma powierzchnię zaledwie 1mili kwadratowej. W 2002 r. szczep otworzył, czynne do dziś, kasyno w Coachella, CA.

 

 

Zuni i Wałęsa

 

Podobnie zorganizowali sobie życie Zuni, którzy zamieszkują trzy puebla w Nowym Meksyku. Część z nich mieszka i pracuje w rezerwacie, inni poza, jeszcze inni pracują na przykład w Albuquerque, ale wracają do domów w pueblu. Mają swoje własne szkoły, sądy, szpital, szeryfów i highway patrol. Tu uwaga praktyczna dla przejeżdżających przez którykolwiek rezerwat - patrole wyruszają na polowania często i nie po to, żeby z nimi dyskutować. Mandat idzie na konto rezerwatu. 

Ceny mandatów za przekroczenie prędkości w rezerwacie Kaibab Paiute w Północnej Arizonie

  

o mile na godz. - grzywna

  1-10 - 50 dol.

11-15 - 110 dol.

16-20 - 175 dol.

21-25 - 225 dol.

26-30 - 275 dol.

31-35 - 310 dol.

36-40 - 350 dol.

41-45 - 380 dol.

46-50 - 410 dol.

51-55 - 450 dol.

od 56 - 510 dol.

 

 

Ale poza tym fajnie się gada. - Oczywiście, że wiem, gdzie leży twój kraj - przekonuje mnie Zuni, z którym siedzimy w kucki przy podwórkowym piecu i czekamy na świeży chleb. Patrzę z lekkim niedowierzaniem. - Wstąpiliście niedawno do Unii Europejskiej i Walesa jest wasz - no, teraz to patrzę jak w święty obraz.

 

  Rozmowa jeszcze bardziej pogłębia zamęt, który czuję w tym rezerwacie. Zwykle na indiańskie wioski trafia się przypadkowo, jeżdżąc bocznymi drogami. Może też to być coś w rodzaju skansenu przeznaczonego dla turystów, z występami i sklepikiem z pamiątkami, często produkowanymi w Chinach. Tutaj jest inaczej.

Zuni postanowili udostępnić swoją wioskę dla zwiedzających, płaci się kilka dolarów - mało! - za możliwość robienia zdjęć i dostaje do ręki coś w rodzaju przepisów savoir-vivre obowiązujących w trakcie wizyty. Nie wszyscy mieszkańcy są zadowoleni z obecności turysty, niektórzy uciekają, jak tylko widzą aparat, albo się chowają za drzwiami, nie wychodzą, choć właśnie mieli zamiar. Zdarzają się jednak i serdeczne powitania. Pracownik muzeum, które jest utrzymywane między innymi z opłat za możliwość zrobienia zdjęć, jest skłonny opowiedzieć historię i mitologię swojego ludu. Podpowiada nam też, gdzie chodzić po wiosce, żeby zobaczyć najciekawsze miejsca i spróbować chleba wypiekanego przez Zuni w glinianych piecach według wiekowych przepisów. Właśnie jem ten gorący chleb, potwierdzam Unię i Wałęsę i kiwam głową, gdy słyszę: - Musicie tam jechać! To gniazdo nas wszystkich. Musicie jechać do Mesa Verde!

 

Cóż, w Ameryce kilkaset mil w jedną czy w drugą stronę nie robi różnicy. Szczególnie w krainie, w której całymi dniami jedzie się pustynnymi drogami, mając przed sobą i za sobą jedynie przestrzeń. Nazajutrz już z daleka widać zarys wypiętrzonych skał. Ostatni etap to kręta droga, wciąż w górę i w górę, poprzez niemal pionowe ściany skalne, rumowiska i okaleczone pożarami lasy. Łatwo sobie wyobrazić, jak musiało wyglądać docieranie na szczyt wiele lat temu, gdy tereny te zamieszkiwali przodkowie dzisiejszych Indian. Jeszcze kilka zakrętów i kolejnych miejsc widokowych, od których można się oderwać wyłącznie dlatego, że robi się coraz zimniej. Nagle wprost z nagich skał wyłaniają się zburzone, kamienne zamki, wieże i warowne miasta. Ma się wrażenie, że są wklejone w skałę.

 

 

Nie wiadomo, dlaczego te skalne siedliska zostały opuszczone przez mieszkańców. Może w osadach zaczęło drastycznie brakować wody, może spowodowały to względy religijne albo epidemie wyniszczające ludność aż do całkowitej zagłady. Nie brakuje i wyjaśnień mniej przyziemnych. Zgodnie z nimi pierwsi mieszkańcy okolicznych jaskiń i budowniczowie skalnych puebli to kosmici, których statek uległ awarii, musieli więc jakoś przetrwać w bardzo ciężkich warunkach, aż do przybycia ekspedycji ratunkowej. Tajemnice tego miejsca zainspirowały np. twórców "Archiwum X", a stamtąd trafiły do miejskich legend. Filmowcy nieraz próbowali zresztą wtargnąć na Mesa Verde. Między innymi po to, żeby kręcić tam zdjęcia do filmu Spielberga "Indiana Jones i świątynia zagłady". Sprzeciwili się temu Hopi, najbardziej spośród współczesnych amerykańskich Indian gorliwi obrońcy tradycji. Ogłosili Mesa Verde niezwykle ważnym dla ich religii miejscem i producent odstąpił od pomysłu, choć formalnie teren nie stanowi własności żadnego szczepu.

 

Poza otwartymi dla wszystkich zlotami zwanymi pow-wow Indianie nie lubią być fotografowani, szczególnie na swoich terenach. Aktualnie odchodzi się od ostatnio poprawnej politycznie nazwy "rdzenni mieszkańcy Ameryki" na rzecz "amerykańscy Indianie".

 

Mesa Verde wchodzi w skład parku narodowego, więc obecnie zwiedza się niektóre obiekty trochę - jakby to ładnie powiedzieć - bez natchnienia. Płatne wędrówki przez poszczególne stanowiska rozpoczynają się w określonych godzinach i są podzielone na stopnie trudności, zresztą trochę na wyrost. Na trasie reklamowanej jako ekstremalna, na której wymagano specjalnego obuwia i zapasów wody, spokojnie dali sobie radę mocno starsi państwo. Mieli okrutnie grube okulary, które kazały przypuszczać, że nie przeczytali zbyt dokładnie, w jakiej ekstremalnej wyprawie biorą udział, więc nie mogli z niej zrezygnować. Ale buty mieli przepisowe, fakt. Ja chyba stałam się na chwilę niewidzialna, bo przeszłam przez kontrolę w sportowych klapkach, których nie zdążyłam zmienić, gnając z samochodu na ostatnią zbiórkę. Pani przewodniczka komentowała to później przy każdej okazji. Taka ciężka trasa, a takie niepoważne klapki. Idzie się w nich jednak całkiem dobrze, drabiny są strome, ale wygodne, w tunelach wszystko jedno, co się ma na nogach, a stopnie wykute w skałach są szerokie.

 

 

Musicie jechać do Mesa Verde. To gniazdo nas wszystkich.

 

 

Jak się ma odrobinę szczęścia, można gdzieś tam, na którejś z tras spotkać pielgrzymującego do świętych miejsc przodków Indianina. Albo ducha. Naprawdę, niektóre z tamtejszych budowli znajdują się na liście nawiedzonych miejsc i szczycą się... kilkoma aktywnymi duchami.

 

 

Ludzie z dna kanionu

 

Indianie już dawno zauważyli, że turystyka może im pomóc w zdobyciu środków na poprawę warunków życia, nie wszystkim podoba się jednak wizja wpuszczania w głąb rezerwatów hordy białych ludzi. Gdy ustanawiano ich granice, nikt nie był szczególnie zainteresowany krajobrazami, wodospadami i innymi dobrami natury. Ważne było, żeby czerwonoskórych umieścić daleko od wszystkiego i w jak najtrudniej dostępnym terenie. Później, gdy potrzebne były szlaki kolejowe i drogi, budowano je, czasem przecinając rezerwat. Dopiero niedawno się okazało, że w niektórych rezerwatach kryją się turystyczne skarby. Wykorzystywane w różny sposób. Na przykład Hawasupajowie otworzyli się na ruch turystyczny ledwie kilkanaście lat temu. To maleńki, około 650-osobowy szczep, choć w 1906 r. spisano zaledwie 175 osób.

Posługują się swoim własnym językiem, choć zaczęli go zapisywać dopiero przed 20 laty. Pod koniec XIX w. rząd ograniczył ich teren do leżącego na dnie Wielkiego Kanionu skrawka o powierzchni 2 km kw. Hawasupajowie stracili tym samym ponad 90 proc. swojej ziemi. Zajęli się rolnictwem, szukali pracy poza rezerwatem, a gdy podróże w te rejony stały się popularniejsze, głównym źródłem ich utrzymania stała się turystyka. W 1975 r. rząd federalny oddał 185 tysięcy akrów ziemi należącej do nich pierwotnie. Ich największym skarbem jest atrakcja turystyczna, którą są słynne, zgłoszone do konkursu na siedem cudów natury, ciepłe mineralne wodospady: Navajo, Havasu i Mooney Falls. Przez cały rok woda ma w nich temperaturę 21 stopni. Pod wodospadami tworzą się jeziorka, spienione, zasilane wciąż świeżą wodą, doskonałe do kąpieli.

 

Im więcej turystów, tym więcej miejsc pracy, choć zyski w dużej mierze zgarnia agencja turystyczna, która przygotowała infrastrukturę w tym kompletnie dzikim niegdyś miejscu. Pięknie tam jest! Choć dostęp trudny - żeby dostać się do wodospadów, trzeba zejść 13 km w dół wąziutką, stromą ścieżką, dosłownie przytulając się do góry. Z powrotem można wjechać na mule albo... helikopterem. Liczba miejsc na nocleg jest ograniczona, podobnie jak i ewakuacyjnych, więc nie wpuszcza się wszystkich chętnych. Lepiej sobie zarezerwować dzień wcześniej - na wszelki wypadek. W razie czego można wrócić do słynnej drogi 66 i przespać się w którymś z tamtejszych motelików przy drodze albo w nieco sztywnym, ale dobrze utrzymanym motelu Hualapajów w Peach Springs, znanych ze Skywalku nad Wielkim Kanionem.

 

 

 

Drogi spacer po niebie

 

No właśnie - Skywalk, potocznie zwany szklaną podkową, to kolejna indiańska historia związana z turystyką. Hualapajowie to biedny szczep. Wielu z nich żyło w skrajnej nędzy. Mimo to przywódcy plemienia przez kilka lat się zastanawiali, czy wejść w interes, który radykalnie zmieni ich styl życia i okolicę, tym bardziej że konstrukcję można było umiejscowić jedynie w okolicy, gdzie niegdyś chowano zmarłych. Wcześniej była tam cisza, wręcz niesamowita, turyści woleli oglądać Wielki Kanion od strony zagospodarowanej przez parki narodowe. Budowę, na spółkę z inwestorem z Las Vegas, jednak rozpoczęto, konstrukcja szklanej podkowy nad przepaścią kanionu kosztowała 30 milionów dolarów, pierwsze kroki zrobili na niej Edwin "Buzz" Aldrin, uczestnik pierwszego lądowania na Księżycu, i John Herrington, pierwszy Indianin w przestrzeni kosmicznej. Szaman plemienia odprawił rytuały. No i się zaczęło...  

Gdy byliśmy tam w pierwszym tygodniu po otwarciu, właśnie budowano drogę dojazdową, wielkie spycharki brnęły przez splątane kaktusy i kłujące pustynne krzewy, kurz unosił się niesamowity. Na miejscu parkowania - tłok, startujące helikoptery i śmigłowce wzbijały tumany kurzu, przenośne toalety podskakiwały, zamknięte w nich kobiety piszczały, nieco zdezorientowani ludzie biegali to tu, to tam. Okazało się, że dalej, do samej podkowy, można dojechać jedynie transportem zorganizowanym - i to była pierwsza zasadzka na turystów. W komunikatach podawano, że wejście na szklany taras kosztuje 25 dol. I to prawda, tyle tylko, że trzeba je wykupić w pakiecie. Najtańszy: dojazd autokarem, indiański poczęstunek, wstęp na platformę, zwiedzanie terenu, odebranie w sklepiku z pamiątkami dyplomu, powrót na parking - to 75 dol. od osoby. Ten sam program można mieć z dżipem, koniem albo helikopterem, występami itp. - za 150-250 dol. Z tym, że ceny się zmieniają, więc proszę je traktować jedynie jako wskazówkę.

 

  Pułapka następna - aparaty fotograficzne zostawia się przed wejściem "z powodów bezpieczeństwa". Na samym środku podkowy stoi za to fotograf i pstryka chętnym zdjęcia. Cena - jak u wziętego portrecisty. I w końcu zasadzka, która mnie po prostu powaliła na kolana i rozbawiła na długo swoją prostotą i skutecznością. Otóż ściany pomieszczenia, z którego wychodzi się na szklany taras, wytapetowano białym papierem, na którym każdy chętny może się podpisać albo narysować serce przebite strzałą, czy co tam jeszcze chciałby uwiecznić - o ile ma długopis. Tylko kto zabierałby tu długopis? Z boku stoją więc dwie młode Hualapajki i z nieprzeniknionym wyrazem twarzy - tak, Indianie sztukę niepatrzenia mają opracowaną do perfekcji! - sprzedają warte kilka centów jednorazowe długopisy po kilka dolarów. Idąjak świeże bułeczki. Ściana na podpisy ma parę metrów długości. W pierwszym tygodniu nawiedziło podkowę ponad sto tysięcy ludzi, ten papier z podpisami na wieczną pamiątkę jest pewnie wymieniany każdego dnia.

 

Trzeba jeszcze odebrać dyplom umieszczony w strategicznym punkcie sklepiku z pamiątkami i można jechać dalej - na indiański poczęstunek, na stołach rozstawionych na krawędzi kanionu. Czarne, olbrzymie kruczyska już się nauczyły dopominać o swój udział w uczcie.

 

Indianie

 

W chwili przybycia kolonistów teren dzisiejszych USA zamieszkiwało 10-18milionów Indian. Dziś jest ich ok. 2,8 miliona, z czego najwięcej mieszka w Kalifornii, Arizonie i Oklahomie. Najliczniejsze szczepy to Navajo, Czirokezi, Czoktawowie, Siuksowie (Dakota), Czipewejowie, Apacze, Czarne Stopy i Irokezi. Na spadek populacji miały też, oczywiście, wpływ starcia wojenne z białymi, ale największe spustoszenie wśród Indian poczyniły choroby przywleczone z Europy - np. ospa i odra.

 

A sama podkowa - rzeczywiście niesamowita - wybiega dwadzieścia metrów w głąb, szkło jest grube, idealnie przezroczyste, stąpa się po nim z odruchową ostrożnością, nawet jeśli się wie, że konstrukcja ma spokojnie wytrzymać wiejące tu z prędkością 160 km/h wiatry. To zresztą tylko pierwsza część projektu. W przyszłości do podkowy ma być dobudowane olbrzymie kasyno z lądowiskiem, będzie można przylecieć z Las Vegas i zagrać sobie w ruletkę, a następnie wyjść z cygarem na szklany taras podziwiać naturę, którą pewnie z tej okazji podmalują i podświetlą. Dla mnie to wizja ze złego snu. Ale to teren Hualapajów, nie mój. Przejeżdżaliśmy przez ich rezerwat kilka lat przed powstaniem podkowy, wiem, jaką biedę klepali, więc ostatecznie wolę być skalpowana przez nich niż przez takiego Trumpa, który na trwałe oszpecił wybrzeże w Atlantic City pretensjonalnymi do bólu budynkami kasyn.

 

Indiańskie kasyna

 

Ze względu na specyficzne umowy pomiędzy władzami stanowymi i federalnymi a rezerwatami pod koniec lat 70. okazało się, że Indianie na swoich terenach mogą otwierać kasyna gry. Obecnie w całych Stanach jest ich około 400. Hazard, mimo że kontrowersyjny wśród samych Indian, jest znaczącym źródłem dochodu dla wielu społeczności. Z 562 zarejestrowanych w USA szczepów około 220 otworzyło już swoje kasyna.Ich łączny dochód szacuje się na 18 miliardów dolarów rocznie. Są bardzo różne: od nowoczesnych budynków z wynajętą obsługą, po rozbite na poboczu namioty cyrkowe. Dla porównania: około 450 amerykańskich kasyn prywatnych przynosi dochód ok. 34 miliardów dolarów rocznie. Kasyna dla turysty w drodze to skarb, zwykle można w nich niedrogo i dobrze zjeść i znaleźć nocleg.

 

 

Szamani i hippisi

 

Leżąca w Arizonie Sedona jest w pewnym sensie podobna do Zakopanego, choć z nieznanej wioski ukrytej w górach wyewoluowała w kurort znacznie szybciej. W latach 70. odkryli ją hippisi, przyjeżdżali tam pomieszkiwać, uczyli się od miejscowych Indian ziołolecznictwa i wyrobu biżuterii, część z nich została, założyła galerie z kryształami i olejkami, punkty leczenia dotykiem, stali się przewodnikami coraz liczniej pojawiających się turystów. Jeszcze dziś można tam czasem spotkać osobę, która jakby się wychyliła na chwilę z oparów tamtych lat. Po hippisach odkryli Sedonę dla siebie niezależni i bogaci, szukający spokoju. Z tych czasów zostały kunsztownie zaprojektowane domy, wbite w góry. Po nich przyszli okrutnie zmęczeni ludzie z korporacji, dla nich powstały luksusowe pensjonaty i otoczone murami, nieco tajemnicze ośrodki, w których można doznać przemiany duchowej w trzy dni lub cielesnej - w tydzień. Potem zaczęli tam zjeżdżać dosłownie wszyscy. Teraz Sedona ma wszystko dla każdego typu turysty: setki sklepów i knajpek, różowe dżipy gnające po krętych drogach, czerwone helikoptery unoszące się ponad górami, wyprawy na koniach i na rowerach, spotkania z szamanami za kilka dolarów i za kilka tysięcy.  

 

  Można zapisać się na szybki kurs indiańskich praktyk religijnych, zaznać leczenia kryształami i wróżb, zrobić sobie zdjęcie aury albo zamówić świętowanie przesilenia. Niedawno w jednej z tak zwanych szamańskich saun zmarło kilka osób, śledztwo trwa, wypowiadała się w związku z tym wypadkiem także Rada Indian. Jednak głównym magnesem przyciągającym do Sedony są vortexy. Wielu ludzi wierzy, że to punkty, w których energia Ziemi oddziałuje silniej niż gdziekolwiek indziej - cokolwiek to znaczy. Indianie mieli tam swoje "miejsca mocy", do których przybywali na praktyki medytacyjne, żeby zwalczyć choroby albo przygotować się na śmierć. Przybywają zresztą i dziś, choć vortexy są ogrodzone i nie wchodzą obecnie w skład rezerwatu, należą do parków stanowych, trzeba wykupić bilet wstępu, a dla części turystów to zwykłe miejsca rekreacji, ze ścieżkami rowerowymi i spacerowymi. Inni przychodzą tam łyknąć trochę energii, a jak ktoś chce, to może nawet zamówić usługę specjalnego przewodnika, który nie tylko oprowadzi po vortexach, ale i pouczy, jak toto działa i co zrobić, żeby to działanie wykorzystać. I właśnie w tym wszystkim, w tym sedońskim zamęcie, znów spotkałam Indianina jak z czytanych przy latarce powieści.

 

Nie chciało mi się kompletnie wspinać na jeden z vortexów i z niesmakiem spoglądałam na rześkich łykaczy energii, lecących pod sam szczyt. Zarzuciwszy buntowniczo nogi na deskę rozdzielczą, oddałam się rozmyślaniom, z których wynikło szybko i niezbicie, że porządny vortex musi działać również tu, nie tylko pod szczytem. Uspokojona już zupełnie, poczułam, że ktoś mi się bacznie przygląda. W fordzie bronco obok mnie siedział sobie staruteńki, pełen godności Indianin w pełnym, że tak powiem, rynsztunku, z siwymi warkoczami spętanymi rzemykami, w ozdobach z turkusów, ze skórzanym woreczkiem zawieszonym na szyi. Podniósł otwartą dłoń w tym charakterystycznym, znanym chyba każdemu, geście - tak, Indianie się tak czasem witają i jest to piękne przeżycie - ja natychmiast odruchowo zrobiłam to samo, jeszcze nie do końca wierząc, że to nie wizja. Spojrzeliśmy sobie w tym momencie prosto w oczy i uśmiech, a nawet chichot porozumienia ponad wszystkimi światami i kulturami przeleciał między nami. Oto spotkało się dwoje ludzi bezwzględnie wierzących, że kosmos, jak ma dać, to i tak da, bez całej tej wspinaczki w zimny wiatr. Nigdy nie wiesz, gdzie przeniknie cię tchnienie Manitu.               

 

 

  Tekst: Aneta Radziejowska

Infografika: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia: Aneta Radziejowska, Marek Rygielski, Purple/Wikipedia CC-BY-SA 3.0, Shutterstock (montaż)

   

  

Zobacz też na Logo24:

 

 

Podróże po Ameryce

 

   

i innych zakątkach

 

 
 
Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty
 
Lampka wina po krwawej uczcie -RPA
  See you later, alligator
 
 
Griswoldowie Wschodniego Wybrzeża      Gruzja - zakaukazka czacza 
  W poszukiwaniu zaginionych Majów, czyli garbusem po Meksyku      
  Western dla dużych chłopców      Za górami, za murami...
Więcej o: