Czas Mekongu

Film "Czas Apokalipsy" znamy scena po scenie.

I gdy oglądamy go po raz kolejny, przychodzi do głowy myśl - może czas wyruszyć nad Mekong? W ruch idą przewodniki, mapy i podróżnicze blogi. W miesiąc trasa jest gotowa.

 

 

Wplanowaniu kluczowe okazują się dwie sprawy: najtańszy sposób dostania się do południowo-wschodniej Azji oraz filmy. Oprócz kultowej opowieści Francisa Forda Coppoli o pułkowniku Kurtzu odkurzamy w domowej filmotece także "Good Morning, Vietnam", "Pluton" "Pola śmierci" o Kambodży Czerwonych Khmerów i "Indochiny" ze znakomitą Catherine Deneuve. To właśnie Indochiny i Mekong, zwany królową Indochin, stają się leitmotivem naszej wyprawy. Dorzucamy do nich Tajlandię, bo do Bangkoku można znaleźć korzystne połączenia lotnicze.

 

 

 

1. Tajskie wygibasy

 

Lądując w stolicy Tajlandii, grzechem byłoby nie poświęcić temu miastu paru dni. Tutejsze buddyjskie świątynie kapią złotem, zachwycają rozmachem i finezją architektury. Wystarczy tylko powiedzieć, że jedna z nich - Leżącego Buddy, kryje długi na 46 metrów, złoty posąg Buddy, którego stopy (każda wielka jak bramka na boisku piłkarskim) pokryte są inkrustacjami z masy perłowej. Inna, Szmaragdowego Buddy, skrywa niespełna 70-centymetrowy posąg, otaczany za to największą czcią na całym kontynencie.

Bangkok to okazja do podglądanie życia zwykłych ludzi - podczas pływania klongami, czyli kanałami, którymi rzeka Chao Praya niczym siateczka żył i tętnic oplata organizm miasta. A nocą do obowiązkowych atrakcji należy wizyta na Patpongu, gdzie rury klubów go-go wychodzą niemal na ulicę. Roznegliżowane dziewczyny rywalizują o uwagę przechodniów z podróbkami torebek Louisa Vuittona bezwstydnie wylewającymi się ze straganów. Patpong do dzielnica uciech i bazar jednocześnie.

Kto zaś nie ma ochoty na kupowanie za dwa dolary podrobionych majtek Calvina Kleina, może beztrosko zrzucić ubranie w jednym z niezliczonych centrów tajskiego masażu.

 

Ten prawdziwy niewiele ma wspólnego z erotycznym doznaniem, to raczej ciężka praca masażystki i masowanego. Na nagie ciało trzeba przywdziać workowaty strój i poddać się wygibasom. Masażysta na człowieku siedzi, chodzi po nim, przerzuca go przez ramię. Rozciąga. Tu nie ma mowy o leniuchowaniu.

My nasz uświęcony w świątyniach i sprofanowany na Patpongu dzień kończymy sylwestrową kolacją i odkorkowaniem szampana o północy na największym placu Bangkoku. Wśród imponujących drapaczy chmur tutejszego downtownu, gdzie wraz 200 tysiącami ludzi z całego świata witamy 2010 r.

 

 

 

2. Birmańskie żyrafy

 

Po stołecznym aperitifie większość turystów udaje się na plaże południa Tajlandii. My wprost przeciwnie - odlatujemy w górzystą północ. Tam w porośniętych dżunglą wioskach żyją plemiona, dla których czas zatrzymał się sto lat temu. Najczęściej birmańscy uciekinierzy, którzy w Tajlandii odnaleźli nowe miejsce do życia, ale nie nowy jego sens. Zamknięci w gettach tradycji, często stają się ich więźniami. Tak dzieje się ze słynnymi kobietami-żyrafami. Tradycja nakazuje ozdabianie szyi każdej dziewczynki mosiężną obrożą, począwszy od czwartego roku życia. Co rok dokłada się kolejny zwój, w efekcie czego dorosłe kobiety dźwigają naszyjniki ważące kilkanaście kilogramów. Pod ich ciężarem opuszczają się obojczyki, co daje efekt nienaturalnej długiej, żyrafiej wprost szyi.

Kobiety-żyrafy stały się turystycznym magnesem północy Tajlandii. Dlatego lokalne władze w zamian za schronienie, racje ryżu i pomoc

 

"Kobieta-żyrafa" z okolic Mae Hong Son.

finansową dla plemienia nie pozwalają kobietom opuszczać wiosek. Za wstęp do wioski pobierana jest bowiem opłata. Gdyby natomiast Żyrafy pojawiły się na okolicznych targach, to spragnieni

 

 

Dzieci plemienia Akha od najmłodszych lat noszą tradycyjne czapki.

 

pstrykania turyści nie musieliby nabijać kabzy władzom.

Wędrujemy od wioski do wioski. Od długoszyich do długouchych, noszących potężne kolczyki rozciągające małżowiny jak gumę do żucia. Odwiedzamy Lisu, lud słynny z patchworkowych czapek przypominających nakrycia głowy leśnych skrzatów. Od Akha kupujemy fajeczkę do palenia opium, bo to historyczny teren uprawy maku opiumowego zwany Złotym Trójkątem. Dziś królują na tym terenie plantacje herbaty, zafundowane plemionom przez króla Tajlandii, by wyrwać region z narkotycznego przekleństwa. Palenie opium jest dziś bezwzględnie zakazane, jednak po cichu lokalny przewodnik przyznaje, że plemiona na ukrytych w dżungli poletkach uprawiają mak na własny użytek. Opium jest częścią ich tradycji - jak kolorowa czapeczka Lisu, ozdoby z monet Akha czy mosiężne zwoje Żyraf.

Złoty Trójkąt to także styk trzech państw rozdzielanych odnogami Mekongu: Tajlandii, Birmy i Laosu. Tu po raz pierwszy spotykamy się z kultową rzeką i chybotliwą łódką przekraczamy granicę, wpływając do Laosu.

 

 

 

Rejs w tak pięknych okolicznościach przyrody

 

Pierwsze spotkanie z Laosem to jak powrót do peerelowskiej przeszłości. Biurokratyczny koszmar na każdym kroku, pełno tajniaków, demonstracja policyjnej siły. W Laosie komunizm przetrwał w najbardziej skostniałej formule. Na szczęście szybko wsiadamy na luksusowy statek dla cudzoziemców i rozpoczynamy dwudniowy spływ po Mekongu.

W środkowym biegu rzeka nie przypomina tej z "Czasu Apokalipsy" (notabene Coppola kręcił film na Filipinach i Dominikanie). Mekong w Laosie wije się między skałami. Jest rwącą, pełną wirów rzeką, która wymaga ciągłego manewrowania sterem.

Podróż jest na tyle niebezpieczna, że nocą się tu nie pływa. Zawijamy do położonego na skalnym zboczu hotelu obsługującego wyłącznie gości naszej superłajby. Francuzów, Niemców, Anglików, Amerykanów i nas, Polaków. Każdy dostaje własny domek w stylu kolonialnym z tarasem, z którego rozciąga się wspaniały widok na pogrążający się w zachodzie słońca Mekong, a o świcie na rzekę wyłaniającą się z gęstwiny mgieł. 

 

W kapeluszu z Bangkoku na schodach do lodge'y w Laosie.

Podczas rejsu zawijamy do wiosek tkaczy, do producentów lao-whisky, czyli 50-procentowego destylatu ryżówki, do jaskiń - cmentarzysk zniszczonych posągów Buddy, bo w Indochinach przechowuje się je z szacunkiem i raz do roku obmywa.

Docelowym portem rejsu jest dawna stolica Laosu - Luang Prabang.

 

 

3. Śniadanie z mnichem

 

W Luang Prabang dzień wstaje wcześniej niż słońce. Budzi go dźwięk buddyjskich bębnów. Ludzie, tak miejscowi, jak i turyści, przecierając zaspane oczy, wylegają tłumnie na ulice. Wzdłuż krawężników maszerują buddyjscy mnisi. Ich pomarańczowe i szafranowe szaty wybijają się z szarości poranka. Idą na bosaka mimo zaledwie kilku stopi Celsjusza, my jesteśmy w polarach. Każdy mnich niesie misę przeznaczoną do zbierania jedzenia.

 

Karmienie mnichów w Luang Prabang.

 

Karmienie mnichów jest żelaznym punktem pobytu w Luang Prabang. Za dolara kupuje się od handlarek, których pełno na każdym rogu, koszyczek ugotowanego ryżu. Za drugiego dolara kiść bananów i klęcząc na chodniku, nakłada palcami po garstce ryżu i bananie do podsuwanych przez mnichów mis.

Kobiety, zwłaszcza niebuddyjki, nie powinny się do mnichów zbliżać, patrzeć na nich, dotykać. Ten jeden moment - porannego dzielenia się posiłkiem - pozwala na złamanie zasady.

Dawna stolica Laosu to największe zagęszczenie buddyjskich klasztorów w tej części Azji. Nawet adres podaje się tu, wymieniając nazwę najbliższej świątyni. Między sakralne budowle wciskają się kolonialne rezydencje oraz zapach bagietek i naleśników pozostawionych Laosowi w spuściźnie przez Francuzów.

 

 

4. Słonie na czterech tysiącach wysp

 

Z buddyjskiego zagłębia przenosimy się (samolotem) na południe Laosu. Nazwa kraju oznacza królestwo miliona słoni. Dziś w największym ich skupisku, właśnie w okolicach miasta Champasak, zostało zaledwie 60 tych stworów. Wszystko, jak tłumaczy właściciel słoniowej wioski, z powodu kiepskiego libido samców, niemających ochoty na seks.

W koszyku, osadzonym na grzbiecie 20-letniej słonicy, ruszamy w podróż po krainie wzburzonego Mekongu. W tym miejscu rzeka jest bowiem nieżeglowna - przelewa się przez uskok skalny, tworząc szereg wodospadów, po czym rozliczne wstążki wody oplatają okolicę, tworząc jedną z największych na świecie równin zalewowych. 

Rozrzucone na wodzie wyspy i wysepki - mieszczące całe wsie i maleńkie jak przystanki dla okolicznego ptactwa, sprawiają, że okolicę nazwano Si Phan Don - Krainą Czterech Tysięcy Wysp.

Między wyspami poruszamy się, rzecz jasna, łodziami i najbardziej niesamowitymi promami na świecie. Promy to samoróbki sklecone zwykle z trzech łodzi połączonych nabitymi na nie deskami. Na takiej konstrukcji upycha się po dziesięć samochodów, przy czym zwykle są to ciężarówki wypełnione ludźmi. Teraz wiemy dlaczego, gdy w Azji zatonie prom obliczony na kilkudziesięciu pasażerów, w rzeczywistości liczba ofiar idzie w setki.

 

 

5. W państwie Khmerów i Lary Croft

 

Kolejny przystanek na mapie naszej podróży to mityczny Angkor. Perła Azji, najczęściej odwiedzany zabytek tego kontynentu. Od kiedy upadł reżim Pol Pota i Kambodża otworzyła się na świat, Angkor zakwitł na nowo. W sąsiednim mieście Siem Reap, stanowiącym bazę noclegową, powstało w ostatnich dziesięciu latach sto luksusowych hoteli. Dla młodych par z całych Indochin to wymarzone miejsce podróży poślubnej, jak wodospady Niagary dla Amerykanów czy Tadż Mahal dla Hindusów.

Każdy hotel w Siem Reap, czy to dwu-, czy pięciogwiazdkowy, oferuje dowóz z lotniska oraz przewodnika z rykszą na zwiedzanie ruin Angkor. Ruiny zajmujące obszar 400 km kw. można zwiedzać także rowerem lub taksówką, ale motorowa ryksza z naturalną klimatyzacją jest najprzyjemniejszym rozwiązaniem.

 

Po zmroku żelaznym punktem programu w Siem Reap są występy khmerskich tancerek.

Czy można zakochać się w Angkor Wat, świątyni z pięcioma wieżami, widniejącym także na kambodżańskiej fladze, odbijającej się o zachodzie słońca w basenie z różowymi lotosami? Można, choć zachwyca nie tylko ona. Równie niesamowite, a może nawet jeszcze bardziej tajemnicze jest sąsiednie Angkor Thun ze świątynią Bayoan, której każdą z 51 wież wieńczą cztery oblicza Buddy skierowane na cztery strony świata.

 

Dobry przewodnik wie, kiedy najlepiej dotrzeć do wrót Angkor Wat w Kambodży, żeby zrobić najlepsze zdjęcia w popołudniowym słońcu.

 

Do najsłynniejszych należy też Ta Prohm - rozsławiona przez Angelinę Jolie grającą Larę Croft w filmie "Tomb Raider". Ruiny zakleszczone w korzeniach potężnych drzew kapokowych, szczątki 

 

 

Buddyjka, która przyjechała z pielgrzymką do Angkor Wat.

 

murów wyrwane wszechpotężnej dżungli - każdego przenoszą w inny czas.

Królestwo Angkor było największym średniowiecznym imperium na świecie. Jego potęgę stanowił ujarzmiony przez Khmerów żywioł wody. Podczas gdy inne królestwa upadały z powodu suszy, władcy Angkor zadbali o stworzenie imponującego systemu irygacji pozwalającego kumulować wodę w okresie deszczowym i wykorzystywać ją w porze suchej. Dzięki temu przez sześć wieków, od IX do XIV., w Angkor można było zbierać ryż trzy razy do roku.

Dziś przemieszczając się od świątyni do świątyni, warto się zatrzymać w przydrożnych osadach i spróbować lokalnego przysmaku wytwarzanego z syropu palmowego. Gotowany w misach na ogniu, ulega karmelizacji i tworzy cukierki przypominające nasze krówki, tyle że tu wytwornie pakowane w liście bambusa.

 

 

 

6. Pola śmierci

 

Ograniczenie pobytu w Kambodży jedynie do wizyty w Angkor, co zdarza się wielu turystom, to poważny błąd. Przynajmniej na trochę warto wpaść do stolicy kraju Phnom Penh.

Wystarczy jedno popołudnie, by obejrzeć ulokowaną na terenie kompleksu królewskiego srebrną pagodę, której podłogę wyłożono pięcioma tysiącami sztabek srebra, każda o wadze 1,2 kg. Inaczej mówiąc, stąpa się w niej po 6 tonach szlachetnego kruszcu, jednocześnie oglądając posąg Buddy wysadzany blisko tysiącem brylantów.

Phnom Penh to jednak przede wszystkim niesamowite muzeum Tuol Sleng. Kiedyś liceum, przez reżim Pol Pota przekształcone w latach 1975-1979 na więzienie.

 

W Phnom Penh słonie chodzą po bulwarach.

Z 20 tysięcy przetrzymywanych tu więźniów przeżyło zaledwie trzech. Na ścianach wciąż widać ślady krwi i odpryski kul. Lekcyjne sale podzielone są na prowizoryczne cele i straszą klaustrofobią przestrzeni, niepozwalającej więźniowi nawet usiąść. W innych stoją rzędy fotografii zakatowanych niewinnych ludzi, bo Czerwoni Khmerze mieli manię fotografowania każdego więźnia.

Niemal wszyscy opuszczający oplecione drutami kolczastymi Tuol Sleng jadą do położonych kilkanaście kilometrów za miastem Pól Śmierci - miejsc mordu więźniów. 

To, które można dziś zwiedzać, jest jednym z 350 takich w Kambodży. Wybudowano tu dwunastopiętrową, szklaną pagodę, wypełnioną od parteru aż po strop czaszkami i kośćmi wykopanych w okolicy ofiar. Więźniów zabijano z reguły uderzeniem kija zakończonego gwoździem, bo Czerwonym Khmerom szkoda było amunicji. Dzieci zabijano, uderzając o drzewo, które zresztą rośnie tu do dziś. Podobnie jak drzewo, na którym wieszano głośniki zagłuszające jęki mordowanych ludzi. Ciała zakopywano w dołach tak płytkich, że w porze deszczowej woda wymywała zwłoki i okoliczni rolnicy znajdowali je na polach ryżowych.

W ciągu niespełna pięciu lat reżimu wymordowano ponad 2 miliony ludzi. Jedną trzecią populacji Kambodży.

 

Galeria portretów więźniów z katowni Tuol Sleng.

 

Sale lekcyjne tajna policja Czerwonych Khmerów zamieniła w więzienne cele.

 

 

Good morning, Vietnam

 

Kambodżańska wieś.

 

Do Phnom Penh z Ankgor podróżowaliśmy największym jeziorem południowo-wschodniej Azji - Tonle Sap. Całodniowy rejs pozwolił przyjrzeć się kambodżańskiej prowincji. Biednej jak mysz

kościelna. Przycupniętej w drewnianych szopach osadzonych na palach na brzegu jeziora. A często w ogóle pozbawionej dachu nad głową. Kogo nie stać na skrawek ziemi, ten mieszka na łodzi.

Opuszczając Phnom Penh, także wybieramy drogę wodną. W swym południowym krańcu jezioro Tonle łączy się z dopływami królowej Indochin. W tym miejscu Mekong rozlewa się na dziewięć potężnych ramion tworzących deltę, którą wpływamy do Wietnamu.

O zmroku docieramy do miejsca, z którego przejmuje nas gospodarz pierwszej wietnamskiej nocy. W delcie Mekongu postanowiliśmy mieszkać u wietnamskiej rodziny w tak zwanym home stay. Po kilku przesiadkach z łodzi do łodzi, w zupełnej ciemności, docieramy do domku zbitego z paru drągów, między którymi rozciągnięto ściany, czyli bambusowe maty. Dom zawieszony jest na palach tuż nad powierzchnią jednego z kanałów Mekongu. Podobnie jak wszystkie domy w okolicy.

Gospodyni serwuje nam pierwsze w tej podróży sajgonki, niemające nic wspólnego z tymi, jakie znamy z budek z wietnamskim jedzeniem w Warszawie. Tu podaje się osobno papier ryżowy, osobno ryżowe kluski, liście mięty i bazylii oraz miejscowy specjał - pieczoną rybę zwaną uchem słonia. Trzeba ją skubać palcami i dodając kluski oraz zieleninę, zawijać w papier ryżowy, tworząc mininaleśniczki.

 

Podróż do szkoły w południowej Kambodży.

 

W chatce stoi jedynie łóżko z moskitierą. Na szczęście, bo po ścianach zasuwają pająki o wielkości dłoni. Obawy, że w takim towarzystwie trudno będzie spać, okazują się przedwczesne. Grubo przed 4 rano budzą nas odgłosy wojny. Jakby amerykańskie helikoptery za chwilę miały zmieść naszą chałupkę z powierzchni (wody). Huk jest potężny. Migają światła. Wybiegamy z latarkami na pomost, gdzie się okazuje, że Mekongiem ruszyła właśnie na poranny targ kawalkada łodzi motorowych, ostrzegających się nawzajem światłami reflektorów i wściekłym trąbieniem.

 

Wodny targ w Can Tho w delcie Mekongu.

 

 

7. Pływający targ

 

I my wyruszamy na targ. To jedna z największych atrakcji delty. Setki różnej wielkości łodzi oferujących całą różnorodność gastronomiczną tego kraju. Jedne wiozą kokosy, inne ananasy, arbuzy, cebulę, rambutany. Żywe kurczaki i martwe kurczaki. A nawet rosół z ryżowymi kluskami, czyli słynną, jedzoną w Wietnamie o każdej porze zupkę pho (do rosołu dodaje się mięso, zieleninę i ostre sosy).

Można też nabyć inny specjał tego regionu, obrane ze skóry, czerwonokrwiste szczury. Po tym widoku tracimy apetyt na najbliższe godziny. Jedyne, co możemy przełknąć,

to absolutna rewelacja kulinarna tego kraju - kawa po wietnamsku. Parzona w prostych kubkach-sitkach, serwowana ze skondensowanym mlekiem, ma, dzięki specyficznemu sposobowi palenia ziaren, aromat czekolady.

Kawę także można kupić prosto z łodzi. Tak bowiem odbywa się handel. Z łodzi do łodzi, burta w burtę. Ktoś na kogoś napływa, ktoś kogoś taranuje. Wiosła służą nie tylko do rozcinania mętnej wody (tu Mekong ma już kolor jak w "Czasie apokalipsy"), ale i fruwają w powietrzu dla ostrzeżenia przed zderzeniem łodzi. Nawoływanie handlarzy, wycie silników, feria barw. Oczopląs i szaleństwo błędnika postawionego w stan ciągłej gotowości.

 

 

 

 

8. Sajgon w Sajgonie

 

Kto naoglądał się filmów o wojnie w Wietnamie, musi zobaczyć Sajgon. Jeszcze dziś można w tym mieście poczuć dreszczyk walki o życie, tyle że w starciu z wszędobylskimi skuterami. Po liczącym 6 mln mieszkańców Ho Chi Minh City (oficjalna, od 1976 r., nazwa Sajgonu) jeździ tyle samo motorów.

 

Pełna motorów ulica Sajgonu.

 

Są wszędzie - mkną po ulicach i chodnikach, parkują w progach sklepów i hotelowych holach. Przejście na drugą stronę ulicy to przedzieranie się przez motorową dżunglę. Uważać trzeba nie tylko na samą maszynę, ale także na to, co przewozi. Zwykle czteroosobową rodzinę. Kosz pełen kur. Albo cielaka. Albo ze dwa drzewa trzymetrowej wysokości. Albo cały stragan ze szczotkami lub koszami. Można też prowadzić skuter, w jednej ręce trzymając papierosa, a drugą pisząc SMS. Mieszkańcy Sajgonu to mistrzowie świata w ujeżdżaniu motoru.

 

Wietnamski sklep przewożony na rowerze.

 

Sajgon to także baza wypadowa do turystycznego Disneylandu tego kraju, czyli tuneli Vietkongu. Pół wieku temu bojownicy komunistycznej północy przedzierali się nimi w południowym Wietnamie pod same bazy amerykańskie. Z blisko 200 km podziemnego labiryntu dla turystów przystosowano 60 m. Czyli poszerzono tunele niemal dwukrotnie, bo w oryginalnym przejściu nie mieści się Europejczyk, o Amerykaninie nie wspominając. 60 m w błotnym zaduchu całkowicie jednak wystarcza, by poczuć koszmar, jakiego doświadczali żołnierze Vietkongu. Niektórzy spędzili w tunelach kilka lat. Rodziły się dzieci, leczono rannych w podziemnych szpitalach.

 

W tunelach Vietkongu.

Kto odwiedza tunele, udaje się też do przedziwnej świątyni Cao-Dao. Religia kaodaistyczna, będąca efektem objawienia podczas seansów spirytystycznych na początku XX w., to zlepek buddyzmu, chrześcijaństwa, konfucjanizmu, taoizmu, islamu i judaizmu. Na ołtarzu stoi wielkie oko. Msze odbywają się cztery razy dziennie: o szóstej rano i wieczorem, w południe i o północy. W Wietnamie mieszkają trzy miliony wyznawców kaodaizmu.

 

 

9. Lalki w wodzie

 

Lot o świcie z położonego na południu Sajgonu do wysuniętego na północ Hanoi pozwala na całodzienną włóczęgę po wietnamskiej stolicy. Zaliczamy największe mauzoleum świata - grobowiec Ho Chi Minha, którego mumifikacją zajmowali się moskiewscy spece od konserwacji

Mauzoleum Ho Chi Minha w Hanoi.

 

Lenina. Wódz komunistów zmarł w czasie wojny z USA, ciało ukrywano więc w jaskiniach, do których doprowadzono wodę i prąd oraz dostarczono specjalistyczny sprzęt chłodniczy przywieziony z Moskwy. Od 1975 r. mumia wystawiona jest w mauzoleum w Hanoi, lecz co rok drogi wujaszek Ho wyjeżdża na dwa miesiące do Rosji na konserwację.

Hanoi to także stare świątynie w stylu konfucjańskim, przejażdżka rowerową rykszą wąziutkimi uliczkami i jedyny w swoim rodzaju teatr kukiełek wodnych. Sceną jest specjalnie zaaranżowany basen, na którego powierzchni, w rytm granej przez orkiestrę muzyki, poruszają się kukiełki. Trzymający je aktorzy po pas stoją w wodzie. Całość spowija mrok gęsty od dymu buchających ogniem smoków.

Z teatru zamiast na nocleg do hotelu udajemy się na stację kolejową. Całonocnym pociągiem ruszamy na samą północ Wietnamu do Sapa.

W pociągu huczy muzyka puszczana z kołchoźników na cały regulator. Kuszetki są raczej twardymi pryczami, za to widok za oknem zachwycający. Pociąg dosłownie przeciska się między dwoma zbitymi ścianami domów ciasno stojących jeden obok drugiego. Ma się wrażenie, że porwie firanki powiewające z otwartych okien mieszkań. Gdy pytamy kolejarza, jak ludzie wytrzymują hałas przetaczającego się po torach żelastwa, tłumaczy, że to żaden problem, bo pociągi jeżdżą tędy tylko dwa razy dziennie. Do Sa Pa i z powrotem.

 

 

 

10. Etniczny tygiel Sa Pa

 

Telefony komórkowe witają nas: Welcome to China. Z Sa Pa już tylko 3 km do granicy. Ruszamy na wędrówkę wśród szczytów sięgających 3 tys. m, których zbocza pokryte są polami ryżowymi. To jedne z największych na świecie tarasowych upraw ryżu. Zajmują się nimi okoliczne plemiona: Czarni i Czerwoni Hmongowie, Dzay, Dao. Są naszymi przewodnikami, gospodarzami goszczącymi nas w swoich domach, kucharzami serwującymi na każdy posiłek jajko.

 

Pola ryżowe w Sapa na północy Wietnamu

 

Podstawowa rozmowa obejmuje zawsze ten sam zestaw pytań: Jak się nazywasz? Skąd jesteś? Ile masz lat? Ile masz dzieci? Ile masz psów? A jesz swoje psy?

I tu odpytywany po raz pierwszy turysta zawsze robi wielkie oczy. Wiele z okolicznych plemion je psy, dla bezpieczeństwa więc przechodzimy w Sa Pa na wegetarianizm. Poza tym Hmongowie i ich sąsiedzi to uroczy, bardzo serdeczni ludzie. Do tego niezwykle kolorowi. Plemienne stroje, wciąż nie cepelia, lecz codzienna rzeczywistość, mienią się nasyconymi, naturalnym barwami. Ręce kobiet są grafitowe od barwienia tkanin w indygo. Głowy Dzay aż czerwienią się od wielkich turbanów w kolorze purpury.

Wszyscy pozostają w ciągłym ruchu. Idą na targ albo z niego wracają. Na pole albo z pola. Na plecach taszczą charakterystyczne wiklinowe kosze, w chustach przewieszonych przez ramię niemowlęta, w rękach zwoje wełny, którą przędzie się podczas marszu, albo kawał trzciny cukrowej, którą żują tu wszyscy - od maluchów po bezzębnych staruszków. Górskie Sapa pozwala zapomnieć o pędzie białego człowieka, o życiu z kalendarzem i komórką.

 

 

11. Wielki finał na Ha Long Bay

 

Nasza wyprawa, jak na taką podróżniczą symfonię przystało, musi mieć godne zakończenie. Wybieramy żeglowanie po zatoce Ha Long, która tak romantycznie zagrała w filmie "Indochiny". Owiana legendami o smoku, który wylądował w jej wodach, by rozbić nieprzyjacielskie okręty Chińczyków, pokryta setkami skał, w których schronienia szukali uciekinierzy, w odosobnieniu których przetrzymywani byli więźniowie, a niejeden zabłąkany żeglarz stracił w ich labiryntach życie.

 

 

Ku naszemu zdumieniu okazuje się, że wynajęta via internet za 100 dol. łódź jest piękną dżonką z dwoma pokładami: górnym, z którego można podziwiać krajobrazy, i dolnym, gdzie odziana w białe mundury załoga serwuje lunch z owoców morza: grillowane krewety, faszerowane kraby, pieczone ryby.

Nie spodziewaliśmy się, że cała dżonka będzie dla nas. Czujemy się jak królowie Indochin.       

 

 

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Pawlicka "Przekrój", Jacek Pawlicki "Gazeta Wyborcza?

Zdjęcia potraw: Shutterstock (montaż)

 

 

Zobacz też na Logo24:

 
Ałtaj - ciepła wódka w złotych górach
 
 
 
  Obrazki z wyprawy, czyli ... Japonia po raz pierwszy
Chiny od kuchni  
Koniec świata piratów z Karaibów  
Więcej o: