Listy z Ameryki (cz1)

Przez 11 miesięcy podróżowałam po Ameryce Południowej, od czasu do czasu wysyłając e-maile do przyjaciół.

Oto pierwsza część zapisków z tej podróży.

Kolejne części już wkrótce na łamach ?Logo?.

 

 

WENEZUELA 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 20 kwietnia

Subject: Caracas, nie tylko same miss

 

Na razie jestem cała i zdrowa, choć już na lotnisku w Caracas było wesoło. Żeby przejść granicę, musiałam czekać 1,5 godziny. Uformowała się długa kolejka i prawie doszło do zamieszek. Ludzie krzyczeli i byli bliscy rozwiązań siłowych - urzędnik się obraził, a kolejka jeszcze bardziej się wydłużyła.

 

 

Caracas rośnie na stokach gór. Kierowcy jeżdżą jak szaleni, na drogach pełno 30-letnich amerykańskich samochodów. Niektóre kobiety są przepiękne (często ważą koło setki, ale wszystkie dbają o siebie). Codziennie chodzą do fryzjera i manikiurzystki. Wspaniale pachną i mają obfity makijaż, co w tym upale wzbudza szacunek. Popularnym prezentem dla 16-letniej córki jest fundowany przez rodziców zabieg poprawiający niedociągnięcia natury.

Jednak miasto miejscami wygląda groźnie. Nie chciałam kusić losu i spędziłam w nim tylko jedną noc.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 24 kwietnia

Subject: Rio Caura, Indianie w T-shirtach

 

Z miasta trafiłam do raju. Pięć dni spływałam rzeką Caurą. Dookoła dżungla, góry i indiańskie wioski. Natura w czystej postaci. Wodospady, ptaki, kwiaty, pająki, rzeczne delfiny i anakonda (sztuk jeden). Z owadami nie jest źle, u nas komarów jest więcej. Niewiarygodnie gorąco (40 stopni) i wilgotno. Płynięcie nocą po rzece w zupełnej ciemności było niezapomniane. Spotkaliśmy poszukiwaczy złota. Niesamowite, że wciąż są ludzie opętani tą gorączką. Indianie nie ganiają na golasa, lubią amerykańskie koszulki. Zachowali swój styl życia, mimo że molestują ich misjonarze. Za chwilę jadę pod Roraimę (góra przy granicy z Brazylią), by dalej cieszyć się przyrodą.

 

Wodospady Salto Pará na Caurze 

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 3 maja

Subject: Roraima, góra jak stół

 

Roraima zdobyta! Wspinaczka zajęła mi całe 6 dni. 40 stopni na dole, potwornie zimno na górze. Te różnice temperatur nieźle dały w kość. U podnóża góry jest sawanna - płaska, poprzecinana strumieniami równina, na zboczach gęsta dżungla z wodospadami. Góra jest płaska jak stół i prawie zawsze znajduje się w chmurach. Widok na szczycie jest zupełnie nie z tej ziemi. Czarne, księżycowe skały z mnóstwem niebieskich oczek wodnych. A w nich kwiaty i rośliny, które rosną tylko tutaj. Między bogato rzeźbionymi skałami wiją się ścieżki z różowego piasku, gdzieniegdzie widać białe krzemienne plaże. Cisza i mgła, która pojawia się i znika, dopełniają obrazu. Warto się było pomęczyć.

 

Widok z Roraimy na Kukenan, podobną górę położoną w sąsiedztwie, i Park Narodowy Canaima. 

 

Dzisiaj jest niedziela i dla odmiany odpoczynek. Jestem w małym miasteczku Tocupita przy delcie Orinoko, skąd zacznę dalszą podróż. Ponieważ jest poza sezonem, jestem jedyną turystką w miasteczku, co wzbudza żywe zainteresowanie miejscowych. Słyszałam opinię, że Europejczycy są zabijani przez czas, a Latynosi zabijają czas. Potwierdzam - głównie tym się zajmują.

Wenezuelczycy wstydzą się nie wiedzieć: pytani, na przykład o drogę, odpowiadają więc cokolwiek. Z czasem się nauczyłam, że w odpowiedziach może być trochę prawdy, ale raczej mniej niż więcej.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 13 maja

Subject: Tucupita, wódz lubi przemawiać

 

Trochę czasu minęło. Aż cztery dni spędziłam w Tucupita, szukając przewodnika, i kiedy już myślałam, że wrócę z niczym, spotkałam na ulicy polską parę. Dostałam od nich namiary na lokalnego przewodnika i wreszcie ruszyłam.

 

Z dwójką Greków popłynęłam na trzydniowy spływ deltą Orinoko. Na początku rzeka jest rozległa, im bardziej w głąb, tym węziej, zamiast rancz pojawiają się gliniane domy, które w końcu ustępują miejsca pokrytym liśćmi chatom Warao.

 

Jednak nawet i tu dociera propaganda Cháveza. W wioskach widzi się plakaty z podobizną wodza i podarowane przez niego plastikowe zbiorniki na wodę. Wódz lubi przemawiać. Codziennie w radiu przez godzinę można słuchać jego "kazań" na różne tematy. Mówi o kulturze, sporcie, oświacie itd. I na wszystkim się doskonale zna.

 

Rybak w delcie Orinoko. 

 

Najbardziej podobało mi się pływanie czółnem po małych kanałach Orinoko. Dżungla zamyka się nad tobą, wokół dużo kwiatów i ptaków. Indianie są bardzo nieśmiali, za każdym razem, gdy przypływaliśmy do wioski, czułam się jak intruz. Uważają, że zdjęcia kradną im dusze, więc nie miałam serca do fotografowania.

 

 

W nocy szukaliśmy kajmanów. W bajorku pływało kilka małych, ale widać było głównie ich oczy. Miejscowi chłopcy wskakiwali do wody, żeby złapać je na ręce.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 17 maja

Subject: Ciudad Bolivar, brak zielonych

 

Wróciłam do Ciudad Boli´var i straciłam trzy dni na zdobycie gotówki. Skończyły mi się dolary. Z powodu bardzo korzystnego kursu dolara na czarnym rynku (prawie trzykrotne przebicie) turyści desperacko szukają zielonych. Niektórzy lecą po nie aż na Arubę, inni przekraczają granicę z Brazylią. Ja byłam zmuszona wypłacić boliwary z bankomatu. W bankomatach przeważnie nie ma pieniędzy, ludzie stoją w długich ogonkach, po czym często odchodzą tylko z kwitkiem w ręku. Wenezuela po oficjalnym kursie okazała się dla mnie za droga, postanowiłam więc zmienić plany. Jadę do Kolumbii, ale przedtem Mérida. Śliczne uniwersyteckie miasteczko w Andach. W całym kraju na przydrożnych kamieniach i stokach wymalowano hasła poparcia dla Cháveza, ale w Méridzie ich nie znajdziesz.

Chciałabym jeszcze pójść w góry, na Pico Boli´var. Ale jest problem - musi się uzbierać grupa minimum trzech osób, a turystów jak na lekarstwo. Wenezuelczycy się nie targują, wolą nic nie zarobić, niż spuścić z ceny.

Jak w Polsce w czasach PRL-u.

 

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 21 maja

Subject: Los Llanos, pod rządami kobiet

 

 Polowanie na anakondy w Los Llanos.

 

Nikt nie chciał iść w góry, więc pożegnałam Wenezuelę czterodniowym wyjazdem do Los Llanos. Spodziewałam się tylko trawy i bydła, ale się grubo myliłam. To kolejne wyjątkowe miejsce. Nieograniczona przestrzeń, rzeki pełne kajmanów, piranii i różowych delfinów. Na brzegach stada kapibar, mnóstwo białych i różowych ptaków. Dopisało towarzystwo - Niemiec, Estończycy i strażak z Toronto. Pierwszego dnia rafting po górskiej rzece, drugiego jazda konno (bolesna, tu ze stadem bydła galopuje się na siedząco, a nie jak u nas - stojąc w strzemionach). I znowu spływ rzeką, tym razem nizinną. Na koniec safari na dachu jeepa, zamiast żyraf, słoni i lwów - kajmany, kapibara i hit wyjazdu: potężne anakondy. Pięciu facetów brodziło w bagnie po kolana, aby wyciągnąć sześciometrowego, bardzo ciężkiego potwora. Wszystko, żeby nas ucieszyć. W sumie to dosyć głupie. Ostatniej nocy niewiarygodna burza z piorunami. Było jasno jak w dzień i bardzo głośno.

Mieszkańcy Llanos przypominają gauczów i stanowią dość dziwną społeczność. Szefem wioski zawsze jest kobieta, co bardzo mi

się podobało. Kobiety rodzą dzieci od 14. roku życia i im więcej ich urodzą, tym lepiej (to już mi się mniej podobało). Tatusiowie się pojawiają i znikają, wędrując do następnych wiosek, gdzie robią kolejne dzieci. Widzi się mamusie z ósemką pociech - każde z rodzeństwa zupełnie inne. Poza płodzeniem i rodzeniem życie płynie bardzo leniwie i kręci się wokół bydła. Niektóre rancza mają stada liczące 10 tys. krów.

 

 

 

 

KOLUMBIA

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 23 maja

Subject: Cartagena, leniuchowanie na plaży

 

Jestem w Kolumbii, która już na pierwszy rzut oka różni się od Wenezueli. Jest czyściej i mniej biedy. Dotarłam do Cartageny, ślicznego kolonialnego miasta. Tu dla odmiany mnóstwo turystów. Mam zamiar poleniuchować na plaży i okolicznych wysepkach przed trekkingiem do Zagubionego Miasta w dżungli.

 

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 2 czerwca

Subject: Taganga i Ciudad Perdida, fabryka kokainy i zaginione miasto

 

Po przepięknej, lecz bardzo turystycznej Cartagenie znalazłam się w Taganga - małej rybackiej wiosce przy Parku Tayrona. Jest ona niemal całkowicie opanowana przez Żydów. 80 proc. plażowiczów to Izraelici, nawet menu w niektórych barach napisane jest po hebrajsku. Z tego miejsca wyruszyłam do Ciudad Perdida, tak zwanego Zaginionego Miasta, które rzeczywiście znajduje się w niedostępnej, otoczonej górami i porośniętej dżunglą okolicy. Już pierwszy dzień wyprawy okazał się niezwykły. Do obozowiska przyszedł chłop (campesino) i zaproponował wizytę w "fabryce kokainy". Za wynagrodzeniem, oczywiście.

 

Kokaina w najczystszej postaci 

 

Po dotarciu na miejsce wieśniak zamienił się w przewodnika i zaprezentował cały proces produkcyjny. Teraz żołnierze zrobili porządek z plantacjami koki i chłopom trudniej ją produkować, wcześniej całe wioski były przy tym zatrudnione. Nasz przewodnik zaczął, gdy miał 10 lat. Żeby wytworzyć kilogram czystej kokainy, trzeba zgromadzić 100 kg liści koki, benzynę, sól i ogromne ilości wapna. Uzyskanie kilograma zajmuje pięciu osobom aż dziesięć dni. Dostają za to 4 tys. dol. (z tego 2 tys. idzie na składniki). Potem za ten towar pośrednicy i dilerzy w USA i Europie zarabiają kosmicznie większe pieniądze.

 

 

 

Po drodze spotykaliśmy Indian z ludu Taironów - na wpół nomadów, co 15 dni przenoszących się z wioski do wioski. Są nieśmiali, poważni i dumni. Swoje wędrówki tłumaczą obrotem Ziemi. Skoro Ziemia się porusza, oni też powinni. Świnie prowadzą na sznurkach, co wygląda zabawnie. Kobiety żyją oddzielnie z córkami, a mężczyźni z synami. Mężczyźni noszą długie włosy i wąsy, czasami mają na głowie kapelusz w kształcie odwróconego kielicha. Żonaci żują liście koki i mają specjalne naczynie z wapnem (jej katalizatorem). Kobiety trzymają dzieci w torbach zawieszonych na głowie. Wszyscy ubrani są w białe szaty i mają kolorowe małe torebki. Szaman mieszka poza wioską i jest reprezentantem wszystkich mieszkańców. Ważne decyzje podejmowane są wspólnie na zgromadzeniach. Zasiewy i plony uzależnione są od faz Księżyca. W wiosce jest też coś w rodzaju więzienia dla tych, którzy zdradzają małżonków.

 

Przez trzy dni mieliśmy burze, lało, ściana deszczu, hektolitry wody. Na szczęście wciąż było ciepło. Pierwszy raz wędrowałam po górach w kostiumie kąpielowym i klapkach. Mieliśmy problem z dziewczyną z Kolumbii, która paliła mnóstwo marihuany, w końcu zasłabła i nie mogła oddychać. Myśleliśmy, że zejdzie. Nasz przewodnik i kilku lokalnych musieli nieść ją na plecach.

 

Taironi co 15 dni przenoszą się z wioski do wioski. Są nieśmiali, poważni i dumni. Swoje wędrówki tłumaczą obrotem Ziemi. Skoro Ziemia się porusza, oni też powinni. 

 

 

Do Zagubionego Miasta prowadzi niezliczona liczba kamiennych schodów. Po wejściu widać rozległe tarasy i łatwo można sobie wyobrazić, gdzie stały domy. Miejsca zgromadzeń i kultu są wciąż świetnie zachowane. W XII w. mieszkało tu 2300 rodzin, ale później nadeszli kolonizatorzy. Pozarażali Indian gruźlicą, zgwałcone kobiety syfilisem. Ci, którzy przeżyli, uznali to miejsce za przeklęte i opuścili je.

Dzisiaj jest tam sporo mundurowych. To zarówno regularna armia, jak i paramilitarni. Wojskowi są dobrzy, paramilitarni źli. Każda agencja płaci haracz oddziałom paramilitarnym za przyprowadzonych zwiedzających. Dobre jest to, że zarówno żołnierze, jak i paramilitarni dbają o turystów - paramilitarni, bo z nich żyją, żołnierze, bo takie mają rozkazy.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 9 czerwca

Subject: Park Narodowy Tayrona i Bogota, oszust z taksometrem 

 

A więc ciąg dalszy. Z Zagubionego Miasta pojechałam do Parku Narodowego Tayrona, który jest rajem na ziemi. Porośnięte dżunglą wzgórza schodzą do krystalicznie czystego morza, a między skałami prześwitują zatoczki z piaszczystymi plażami. Szlak prowadzi od plaży do plaży. Miejsce jest naprawdę bajeczne. Spałam w hamaku w chatce na szczycie skały; gdy powiało, czułam się jak w kołysce. Choć na ogół unikam plażowania, z przyjemnością spędziłam trzy dni, zupełnie nic nie robiąc. Niektórzy zalegają tam miesiącami.

Powrót był pełen wrażeń. Mała łódź motorowa ślizgała się na dwumetrowych falach, co odbiło się boleśnie na naszych tyłkach.

 

 Ruiny Ciudad Perdida, ukrytego w gęstej dżungli miasta, które opustoszało po przyjściu europejskich konkwistadorów.

Następnego dnia wybrałam się na nurkowanie. Rafa nie była tak wspaniała jak w Australii, ale miejscami kształtem przypominała podwodne drzewa, których nigdzie wcześniej nie widziałam. Nie bez żalu pożegnałam wybrzeże i po dwudziestogodzinnej jeździe autobusem wypełnionym chrapiącymi mężczyznami dotarłam do Bogoty.

 

Najmłodsi potomkowie ludu Taironów, których spotkałam po drodze do Zaginionego Miasta. 

 

Stolica Kolumbii jest dziwna, ale da się lubić. Mieszanka bogactwa i potwornej biedy, wieżowców i starych kolonialnych domów. Nigdzie wcześniej nie widziałam tylu sklepów szyjących ubrania na zamówienie. Mnóstwo ciekawych graffiti, fajnie wyglądający młodzi ludzie, eleganckie starsze osoby. Bardzo pomysłowe kafejki i restauracje, ale wieczorami lepiej nie wychodzić z hostelu. Bezdomni bardzo agresywnie domagają się pieniąędzy. W hostelu poznałam Amerykankę ormiańskiego pochodzenia i razem zwiedzałyśmy miasto. Muzeum złota, jedno z najlepszych, jakie widziałam, prezentuje wyroby Indian z całej Ameryki Południowej. Muzeum z pracami Fernanda Botero też nie rozczarowało. Wjechałyśmy na szczyt góry, żeby zobaczyć miasto z lotu ptaka. Wracając, wzięłyśmy taksówkę. Kierowca zaproponował włączenie taksometru, co się rzadko zdarza i wróży uczciwą cenę. Stało się jednak inaczej. Nie dość, że zażądał trzy razy więcej niż powinien, to zrobił sztuczkę z banknotem, sprytnie podmieniając właśnie mu wręczone 20 tysięcy na wyciągnięte skądś 2 tysiące. Gdy się zaczęłyśmy kłócić, stał się agresywny. Szybko się zmyłyśmy. Jutro opuszczam Bogotę i jadę w góry, do Parku Narodowego Los Nevados.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 14 czerwca

Subject: Los Nevados, na wulkan z wycieczką

 

W parku znajdują się wulkany - czarne góry z pokrytymi śniegiem szczytami, u podnóży porośnięte dziwnymi, skarłowaciałymi palmami, endemicznymi dla regionu. Marzyły mi się co najmniej trzy dni w górach, ale okazało się, że kosztuje to fortunę. Wszystko jest tak wymyślone, by indywidualni turyści się tu nie kręcili. Nie ma transportu, aby wejść na jakikolwiek wulkan czy nawet zobaczyć jezioro w dolinie, trzeba wynająć przewodnika. Ceny za kemping, transport, wejścia są tak skalkulowane, że samotnie zwiedzającemu po prostu się to nie opłaca.  

Głupi bilet do parku kosztuje 30 dol. Jedyną alternatywą była wycieczka i to jednodniowa.  Po parku jeżdżą busy z turystami i w ramach wycieczki pozwalają wejść na szczyt wulkanu Ruiz. Tak zaliczyłam 5120 m. Na górze padał śnieg i każdy ruch wymagał dużego wysiłku. Widoki przepiękne, trochę księżycowe. Na koniec zabrano nas do termalnych źródeł i, gdy na dworze było zimno i padał deszcz, z rozkoszą zanurzyłam się w 40-stopniowej wodzie. Pożegnałam Los Nevados i wyruszyłam do San Agusti´n.

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 16 czerwca

Subject: San Agustin, posągi na podwórkach

 

Podroż do San Agusti´n trwała 18 godz., a końcowy odcinek był straszny. Autobusy, zwłaszcza nocne, na ogół są komfortowe, mają klimę i lotnicze siedzenia. Tym razem trafił mi się gruchot. Telepał się po wybojach tak mocno, że o oparciu głowy nie miałam co marzyć. W wąskim przejściu przez siedem godzin stali ludzie z bagażami. Jeden pan trzymał kury i czuć było, kiedy załatwiały swoje potrzeby.

Do San Agusti´n przyjechałam pooglądać posągi. Miejsce, w którym się zatrzymałam, było niezwykłe - hostel w chacie, której ściany zrobiono z gliny i kolorowych butelek. Słońce prześwitywało przez szkło, rzucając do wnętrza refleksy. Francuski właściciel z żoną Kolumbijką piekli chleb i robili własny jogurt.

Na podwórkach miejscowych chłopów porozstawiane są posągi. Każdy przedstawia inną postać, są różnej wysokości - najwyższy ma około 7 m. Posągi to pozostałość nieznanej kultury. Wiadomo tylko, że uświetniały groby ważnych osobistości. Przedstawiają ludzi, ale części ciała czy twarzy pochodzą od zwierząt. Są postaci o nogach tygrysa czy zębach nietoperza. Bardzo mi się podobały, lecz po zobaczeniu pierwszych 20 już się nasyciłam.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 18 czerwca

Subject: Popayán, praktyka kochanek

 

Zbliżam się już do granicy z Ekwadorem, mój ostatni postój to Popayán. Miasteczko jest całe białe, odcinają się jedynie brązowe okiennice i czerwone dachówki. A ponieważ jest śliczne, to pełne ludzi.

Blondynki się tutaj wyjątkowo podobają. Każdy nieznajomy pyta o to samo - ile mam lat, dlaczego podróżuję sama i czy chciałabym mieć dzieci z Kolumbijczykiem. Jeden z przewodników zaproponował, żebym została jego trzecią narzeczoną (novia), i przy okazji bez skrępowania objaśnił panujący system. Żona jest świadoma tego, że mąż ma wiele kochanek, ale udaje, że nie wie, gdyż inaczej musiałaby jakoś honorowo zareagować. A jak nie wie, to wszystko w porządku. Liczba narzeczonych dowartościowuje mężczyzn. Dwie to minimum, a jak się ma pieniądze, może być i siedem. Wydatki związane są z wyjściami do restauracji, kupowaniem ciuchów i kosmetyków. Podobno żony robią to samo. Pytałam podróżnych płci męskiej, który kraj w Ameryce Południowej najbardziej im się podoba, zawsze to była Kolumbia. Biali mężczyźni, nawet tacy, którzy nie cieszą się powodzeniem u kobiet w swoich krajach, tutaj robią furorę. Dziewczyny są przemiłe i chętnie przejmują inicjatywę. Słońce, plaża budują klimat. Dla facetów to wakacyjna przygoda, a dziewczyny w swej naiwności liczą na miłość życia i snują plany na przyszłość.        

 

 

Tekst i zdjęcia: Anna Ostapkowicz

 


 

Zobacz też na Logo24:

 

 

Podróże po Ameryce

 

   

i innych zakątkach

 

 
 
Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty
 
Lampka wina po krwawej uczcie -RPA
  See you later, alligator
 
 
Griswoldowie Wschodniego Wybrzeża      Gruzja - zakaukazka czacza 
  W poszukiwaniu zaginionych Majów, czyli garbusem po Meksyku      
  Western dla dużych chłopców      Za górami, za murami...
Więcej o: