Listy z ameryki część II - Peru i Ekwador

Po tropikalnych dżunglach Wenezueli oraz rajskich plażach Kolumbii przyszedł czas na Ekwador i Peru - niezwykłą przyrodę wysp Galapagos, tajemnicze życie Indian w Andach i największe wysokogórskie jezioro na świecie.

 

 

Ekwador

  

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 25 czerwca  

Subject: Galapagos - foki, smoki i głuptaki

 

Obsługa lotniska w Galapagos przywitała nas w białych rękawiczkach i w maskach w obawie przed świńską grypą. W ramach prewencji spryskali nam ręce spirytusem, co chyba nie było bardzo skuteczne. Zaczęło się nie najlepiej. Spóźniłyśmy się na łódź na Isla Isabela, która odchodzi tylko raz dziennie o 14. Musiałyśmy czekać do następnego dnia.  

Morze o tej porze jest bardzo wzburzone i po dwóch godzinach na łódce miałyśmy poobijane organy, a większość chorowała. W dodatku kapitan miał złośliwą przyjemność ze zderzeń z trzymetrowymi falami. Katusze wynagrodziła nam piękna Isla Isabela. Wyspę zwiedzałyśmy same, a potem dołączyłyśmy do grupy przez pięć dni podróżującej statkiem. Tutaj to najlepszy sposób na zwiedzenie jak największej liczby wysp. Bogaci ludzie wybierają morskie cruise'y, mniej bogaci katamarany, a my łajbę o wdzięcznej nazwie "Amigo". Jej zaletami były przemiła obsługa, pyszne jedzenie i przyjazna atmosfera (tylko 16 osób). Choroba morska dziesiątkowała pasażerów. Mnie na szczęście to ominęło, ale za to byłam przeziębiona. Na wyspach zwierzęta nie boją się ludzi i spaceruje się między leniwie rozłożonymi fokami, które czasami zaczepiają dla zabawy, gniazdami z pisklakami i zastygłymi w słońcu legwanami. Informacja dla miłośników przyrody: udało mi się między innymi zobaczyć: pelikany, flamingi, niebieskonogie głuptaki, popisujące się tańcem przed partnerkami fregaty z napompowanym czerwonym balonem na szyi, ...letnie ogromne żółwie, haremy fok, morskie i lądowe legwany (dość paskudne minismoki), pierwsze czarno-czerwone, drugie czarno-żółte. Hitem było pływanie z rurką z młodymi fokami. Foczki podpływały tak blisko, że prawie stykałyśmy się nosami, i w ostatniej chwili zwinnie zawracały. Inne się gapiły do góry nogami i opływały mnie dookoła. Mogłam patrzeć na nie godzinami.

  

 

 

From: Ania  

To: Przyjaciele

Date: 7 lipca 

Subject: Cotopaxi - wulkan niezdobyty

 

Przeziębienie kurowałam już na kontynencie, w górskiej hacjendzie, obłożona dwoma dalmatyńczykami i dwoma jamnikami przy kominku z widokiem na wulkan Cotopaxi. Tego typu miejsca prowadzą tutaj zazwyczaj obcokrajowcy zaślubieni z lokalnymi pięknościami.

Cotopaxi (5800 m) na kartkach pocztowych prezentuje się w słońcu niewinnie, wprawdzie do zdobycia samego szczytu potrzebny jest sprzęt (raki, liny i czekan), ale podejście nie jest specjalnie trudne. Wspinaczkę zaczyna się o północy, by po około pięciu godzinach zdobyć szczyt i wrócić ze zdjęciem znad brzegu krateru. Ponieważ już od dwóch dni pogoda była podła, zmrożony deszcz i silny wiatr, ludzie zawracali do schroniska już po 40 minutach. Zdecydowaliśmy (dwóch Niemców, Anglik, ja i dwóch przewodników) zacząć wspinaczkę w ciągu dnia zamiast w nocy. Wiało i padało, padało i wiało. Niemiec zrezygnował. Na lodowcu mieliśmy niebywałe szczęście, bo przejaśniło się na 15 min i mogliśmy wreszcie podziwiać widoki. Niestety potem przyszła śnieżyca i mgła. Na wysokości 5500 m n.p.m. zaczęłam mieć problemy z oddychaniem, jakby coś ciężkiego leżało na klatce piersiowej, każdy krok sprawiał ból, angielskiego kolegę bolała głowa, a ponieważ wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni, zdecydowaliśmy się zawrócić. Zabrakło nam 300 m, ale i tak byłam przeszczęśliwa.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 14 lipca  

Subject: Alao - jak sprzedawałam wiejski ser

  

Z turystycznego i głośnego Banos, bez zażycia kąpieli w wodach termalnych, wyruszyłam do Parku Narodowego Sangay. Utknęłam jednak w wiosce Alao. Dotarłam tam pod wieczór i się okazało, niestety, że siedziba Parku - w postaci jednego baraczku - jest zamknięta i nikt nie wie, gdzie mogę spać oraz znaleźć przewodnika. Jeden był właśnie w górach, drugi zajęty w polu, a trzeci wolał iść na fiestę. Miejscowa dziewczynka zaprowadziła mnie do sklepu, gdzie zastałam Elenę. Elena jest Metyską, miejscową nauczycielką, sklepową i właścicielką niewielkiej przydomowej wytwórni serów. Miałam szczęście, że na nią trafiłam, bo przyjęła mnie pod swój dach. Trzy dni czekałam bezowocnie na przewodnika, ale było to ciekawe doświadczenie i jedyna okazja, by poobserwować życie indigenos z bliska. Elena jest młodą wdową i mieszka jedynie z matką i 13-letnią pomocnicą. Matka i pomocnica są Indiankami - nie odzywały się do mnie przez dwa dni. Myślałam na początku, że nie rozumieją po hiszpańsku (tutejszym językiem jest keczua), ale to ich rezerwa i nieśmiałość. Dopiero trzeciego dnia wymieniłyśmy kilka słów. Do domu Eleny codziennie rano i wieczorem przychodzili mieszkańcy zdawać mleko na sery. Przez jedyną drogę w wiosce przewijali się pastuszkowie pędzący świnie i owce, jeźdźcy na koniach, kobiety z kołowrotkami z przędzą, usmarkane dzieci z psami. Czas upływał mi na pracy w sklepie (średnio jeden klient na dzień), pomocy przy robieniu serów, gotowaniu i ganianiu nieposłusznych kur. To tempo całkowicie mi odpowiadało.

 

Targi w Ekwadorze

 

Targi w Ekwadorze to - jak wszędzie na świecie - bogactwo kolorów, zapachów i przysmaków, takich jak świnka morska na zdjęciu po prawej.  

 

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 22 lipca  

Subject: Vilcabamba - tajemnica długowieczności

  

Ostatnie miejsce, jakie odwiedziłam w Ekwadorze, to Vilcabamba. Podobno są tylko trzy takie doliny na świecie (oprócz tej jeszcze w Pakistanie i Gruzji), gdzie klimat, zdrowe jedzenie i woda gwarantują długowieczność. Dziadki żyją tutaj ze 100 lat. Przyciąga to obcokrajowców, którzy na stokach gór budują hacjendy. Nie brakuje Amerykanów, Niemców i Szwajcarów. Również sekty zasiedlają zbocza w oczekiwaniu na koniec świata w 2012 r.

  

 

Peru

  

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 31 lipca  

Subject: San Mateo - życie codzienne Indian

 

Życie w dżungli bywa niebezpieczne.  

 

 

Droga w dżungli do Santa Maria de Nievas.

 

Granica w La Balsa to most i biuro, gdzie urzędnik nigdy nie słyszał o Polsce. Nad szlabanem wisi siatka do gry w siatkówkę. Właśnie odbywał się mecz. Ze względu na zagrożenie grypą musiałam również zaliczyć kontrolę zdrowia, która polegała na czekaniu przez godzinę, aż doktor skończy grę i wręczy mi ulotkę pouczającą o myciu rąk i zasłanianiu buzi podczas kaszlu. Do naszego kombi weszło osiem osób, trzy z przodu, cztery z tylu i cztery plecaki w bagażniku z dodatkowym pasażerem. Zatrzymał nas policjant i wszyscy obcokrajowcy myśleli, że to z powodu przeładowania samochodu. Okazało się jednak, że policjant jako dziewiąty pasażer jedzie z nami w bagażniku.

 

 Indigenos w miasteczku Borja położonym nad rzeką Maranón.

 

Tym sposobem dotarłam do Chachapoyas, gdzie w zakładzie fotograficznym zaczepił mnie przewodnik, któremu wyłuszczyłam, że chciałabym poznać "prawdziwych" Indian. Dał mi kontakt do apu w San Mateo przy rzece Maranón.

 

Dziewczynki z ludu Aguarunas w Borja.

 

Na Indian mówi się tu indigenos lub nativos, a nie Indianie, bo to obraźliwe. Plemię lub wioska to comunidad. Wódz nazywa się apu i jest wybierany przez społeczność co dwa lata. Comunidades zorganizowane sa w departamentos, czyli powiaty, i przewodzi im alcalde (burmistrz). Rozporządzeń alcalde powinny słuchać wszystkie comunidades, ale prawda jest taka, że są mocno niezależne i ostatnie zdanie należy do apu wioski.

Peru: Dziewczyna z ludu Aguarunas z Borja.

Dziewczyna z ludu Aguarunas z Borja.  

  Zgodnie z wskazówkami przewodnika pojechałam colectivo do Imacita, miasta portowego w dżungli. Imacita składa się z bazaru, placu i paru domów dookoła (w tym hostelu, w którym byłam jedynym gościem). Jest też centrum połączeń telefonicznych, z którego przez megafon mieszkańcy są informowani o rozmowie. Panuje tutaj potworny rasizm, Metysi czują się lepsi od Indian, ale gorsi od białych. Z kolei indigenos gardzą białymi i Metysami, ale mają straszne kompleksy i zaakceptują wiele, by nikt ich nie posądził o zacofanie. Niektórzy ludzie podlizują się białym i chcą choćby podać rękę, żeby pokazać, ze biały się z nimi zadaje.

Stąd odchodzą duże łodzie pasażersko-towarowe i tzw. peke peke - wąskie, mniejsze, drewniane łodzie silnikowe w kształcie kajaka. Tylko dwie godziny podróży rzeką dzieliły mnie od comunidad San Mateo. Moje przybycie wzbudziło sensację. Wszyscy się gapili, dzieci płakały na mój widok i uciekały. Okazało się, że apu poszedł po drewno i wróci za dwa dni. Jego liczna rodzina (tutaj wszyscy maja co najmniej po ośmioro dzieci) przywitała mnie serdecznie i pozwoliła czekać w swoim domu. Chaty budowane są w tradycyjny sposób, dach to strzecha z liści palmy i ściany z desek lub z kijków przypominających bambus. Każda rodzina ma dwa pomieszczenia, kuchnię i "sypialnię". Nie ma hamaków, tylko proste łóżka z palikami zamiast materaca.

 

Miałam okazję się przyjrzeć, jak upływa ich dzień. Nie jest pracowity. W tym klimacie inaczej się nie da. Rano cała rodzina z maczetami i koszykami zawieszonymi na głowie wybiera się na chacrę (poletko wyrwane dżungli), gdzie wycina chwasty, zbiera bulwy manioku i sadzi nowe krzaki (jakieś dwie godziny). Potem nie dzieje się za wiele. Matka przygotowuje posiłek, a dzieci opiekują się sobą nawzajem. Głowa rodziny przez resztę dnia nie robi nic, tylko wieczorem gra w piłkę.

Myślałam, że w takiej małej wiosce rodziny się odwiedzają i spędzają dnie na pogaduszkach z sąsiadami, a okazało się, że siedzą na swoich podwórkach odizolowane płotem.

Patrzenie na rzekę, choćby najpiękniejszą, po wielu godzinach przestaje być aż tak atrakcyjne. Teraz rozumiem, dlaczego dzieciaki przybiegają na brzeg pomachać, gdy przepływa peke peke. Z czasem sama zaczęłam.

Kiedy apu się pojawił, zażyczył sobie za wyprawę stawkę, którą oferują mu rosyjscy poszukiwacze złota. Podziękowałam.

 

 

Peru: Młody wojownik z ludu Aguarunas z Borja.

Młody wojownik z ludu Aguarunas z Borja.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele  

Date: 25 czerwca  

Subject: Ajachim - maniok, błoto i ayahuasca

 

Z uroczego miasteczka Borja wypłynęłam peke peke na spotkanie z indigenos z wioski Ajachim na końcu świata. Na miejscu poinformowano mnie, że apu jest na polowaniu i muszę czekać. Zakwaterowano mnie w domu jego syna, który mieszkał z żoną w ciąży i dwójką dzieci. Chata była dużą, z dachem ze strzechy i bez ścian, spało się na podłodze (na jednym kocu cała rodzina), w jednym rogu mieściło się palenisko i coś na kształt kuchni - zbiorowisko garnków. Przed chatą chacra (poletko) z maniokiem. Dookoła chude psy. Chata mieściła się zaraz przy rzece. Comunidad było ogromne, z wielkim placem i chatami wokół, większość z nich miała ściany z palików. Przed chatami piasek, biały jak na plaży, w tle łańcuch gór i dżungla, mnóstwo strumieni. Mężczyźni w ciągu dnia polują, idą po drewno lub pracują na chacrach (głównie maniok i banany). Kobiety zajmują się dziećmi, przygotowują posiłki, wyrywają maniok i piorą nad rzeką. Sporo czasu poświęca się też na iskanie z wszy, które się następnie rozgryza. Dzieci ganiają na golasa, ale pozostali noszą ubrania - piłkarskie koszulki cieszą się dużą popularnością. Po hiszpańsku mówią głównie mężczyźni, kobiety, dzieci i starsi raczej nie. Lokalną plaga są nietoperze, które - ssąc krew - roznoszą wściekliznę. Nie umilają życia małe, potwornie upierdliwe muszki. Pierwsze wrażenie? Sczeznę tutaj z brudu i zjedzą mnie wszy. Indigenos myją się ciągle w rzece i piorą ubrania codziennie, ale tutaj nie sposób być czystym. Błoto, pył i gorąco sprawiają, że po pięciu minutach jesteś spocony i brudny.

 

Peru: spływ rzeką w rezerwacie Pacaya Samiria.

Spływ rzeką w rezerwacie Pacaya Samiria. 

 

Dieta dość monotonna: maniok, maniok i maniok. Jako gościa uraczono mnie takimi frykasami, jak mahas (inaczej kapibara), żaba, kraby rzeczne i ryby. Poczęstowano mnie również najlepszym na świecie ananasem, podobną w smaku do pomarańczy coconą i obgotowanym owocem palmy (z czerwoną skórą i żółtym miąższem). Żeby zabić głód i w celach towarzyskich popija się masato (sfermentowany likier z manioku) i słabe wino z bananów. Oba trunki są smaczne, ale sposób przygotowania masato jest dość obrzydliwy: kobiety całymi dniami przeżuwają maniok i potem plują. To trochę przeszkadzało mi w piciu.

Zdziwiło mnie, ze nie okazują emocji, byli mnie bardzo ciekawi, ale udawali, że mnie nie widzą. Rodzina syna apu po trzech miesiącach nieobecności nie witała go uściskami, całusami czy nawet rozmową, było tak, jakby nigdy nie wyjeżdżał.

 

Efrain, syn apu z wioski Ajachim wraca z polowania.

 

Na pytanie o tradycję odpowiadali oficjalnie, że teraz nie istnieje, bo są już cywilizowani, mają ubrania, szkołę i nową wiarę. Świętują według kalendarza ewangelickiego. Nie noszą już nawet na specjalne okazje korony z piór tukana, sukien z płótna i zdobnych opasek. Ocalały potrawy, sposób budowania chat i canoe. Trwa też tradycja ayahuasca - stosowania halucynogennej rośliny, której używa się, by zobaczyć swoją przyszłość i oczyścić organizm (wizjom towarzyszą silne wymioty). Przed oczami przewijają się obrazy, wyraziste jak klatki filmu. Indigenos wierzą, ze to sceny z ich przyszłości.

   

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 4 października

Subject: Machu Picchu - spełnione marzenie

 

Machu Picchu, mimo liczby odwiedzających, nie rozczarowało. Droga o 4 rano, kiedy się przepuści tłumy przodem, jest piękna. Potem przeraża 500-osobowa kolejka do wejścia i przy punktach widokowych, w końcu się to jakoś rozchodzi. Miasto w słońcu o poranku prezentowało się bardzo dostojnie. Byłam zdumiona, że jest tak dobrze zachowane. Spaceruje się między domami i licznymi świątyniami. Góry dookoła dodają uroku. Inkowie mieli świetny gust, jeśli chodzi o wybór miejsc. Mija się świątynię słońca, gdzie promienie raz do roku padają na stół ofiarny, zaraz obok jest świątynia wody i kawałek dalej - ziemi, w kształcie góry. Kolorem celebracji był czarny, jako wyjątkowy w przyrodzie. Inkowie nie używali koni, lamy mogły nieść tylko do 25 kg, nie znano żelaza, więc zdumiewa, jak im się udało przytaszczyć te wszystkie ociosane kamienie w to miejsce. Japoński turysta, poszukujący pozytywnej energii, zatrzymuje się przy świętym kamieniu i zaczyna śpiewać jakąś swoją mantrę. Na kamieniu widoczny jest znak Inków, krzyż, którego ramionami są trzystopniowe schody, a w środku koło (symbol Cuzco, centrum świata).

 

Peru Machu Picchu

Machu Picchu to jedna z najwspanialszych pozostałości po cywilizacji inkaskiej.  

Pierwszy stopień to wąż reprezentujący królestwo zmarłych, drugi to puma - siła świata żywych, i ostatni - kondor, łączący nas z bogami. Schody w dół i schody w górę zataczają koło życia, gwarantują odrodzenie i powrót na ziemię w tej samej osobie. Imperium Inków trwało 300 lat, a główną przyczyną jego końca była królewska kłótnia rodzinna. Położyliśmy się w trawie na jednym z tarasów i zastanawialiśmy nad kolejnymi marzeniami, bo właśnie jedno się spełniło - byliśmy na Machu Picchu.

 

 

From: Ania  

To: Przyjaciele  

Date: 7 października

Subject: Arequipa - zakonne miasto w mieście

    

Arequipa to miasto z widokiem na wulkany, stanowią tło dla katedry i można je podziwiać z dachu każdego hostelu. Tutaj wybrałam się do klasztoru Convento Catelina, który niedawno został udostępniony turystom. Przez 391 lat był zamknięty, mieszkały w nim zakonnice pochodzące z najszlachetniejszych rodzin hiszpańskich. Nie prowadziły typowo zakonnego trybu życia: otaczały się służbą i niewolnikami, tak że pewnego dnia biskup musiał to ukrócić. Teraz można oglądać miasto w mieście, kaplice, ganki, wąskie uliczki prowadzące do ich cel. Potem zaliczyłam kolejne muzeum. W przezroczystej skrzynce prezentowano zamrożoną, skuloną w kucki Juanitę. Znaleziono ją na stokach wulkanu Ampato, wypadła z grobu, kiedy wulkan był aktywny i zaczął się topić lodowiec. Inkowie przeznaczyli ją na ofiarę. W grobie znajdowały się przedmioty codziennego użytku: torebka, buty, butelki z chichą i jedzeniem, lalki. Dziewczynka prawdopodobnie została upita chichą i zakopana żywcem. Wyglądała dość makabrycznie. Wszystko pogrążone było w półmroku, dodatkowo atmosferę budował nawiedzony glos lektorki z filmu National Geographic.

 

Trekking w paśmie Huayhuash, widok z San Antonio.  

 

 

From: Ania  

To: Przyjaciele

Date: 11 października  

Subject: Titicaca - na pływającej wyspie 

 

Trzy wyspy na jeziorze Titicaca i każda inna. Najpierw postanowiłam spać na jednej z pływających wysp Urosów. Zbudowane są z bloków ziemi z korzeniami trzciny totora, połączonych palikami i zakotwiczonych w dnie jeziora. Wyspy przykryte są obficie rosnącą w płyciznach jeziora trzciną, którą trzeba wymieniać co dwa tygodnie. Na takiej wyspie mieszka od jednej do ośmiu rodzin. Prawie wszystko na wyspach zrobione jest z tej trawy, domy, posłania, łodzie, tratwy i wieżyczki obserwacyjne. Około 50 takich wysp unosi się na wodzie, tworząc wyjątkową społeczność. Życie kręci się wokół tłumnie przypływających turystów, którzy wysłuchują prelekcji na temat konstruowania wysp i potem mają czas na kupowanie pamiątek na licznych straganach.

 

Porcja lodów ze śniegu pochodzącego z lodowca w Cordillera Blanca.  

Do zakupów zachęcają ubrane w regionalne stroje Uroski. Na głowie obowiązkowy kapelusik, trochę jak melonik z frędzelkiem na boku, wiele warstw spódnic i warkocze do pasa zakończone pomponami. Jedną z atrakcji jest również pływanie tratwami, które mają wymyślne kształty. Przypomina to bardziej skansen niż prawdziwe miejsce do mieszkania. Inne oblicze odsłaniają wyspy wieczorem, kiedy odpłyną ostatnie statki z turystami. Robi się cicho i można w spokoju kontemplować zachód słońca, który ma tutaj cudnie intensywne kolory. Po bardzo zimnej nocy na słomianym materacu w słomianej chatce pod pięcioma warstwami koców wita nas poranek. Mieszkańcy robią zakupy w pływających sklepach, wyprawiają łodziami dzieci do szkół i szykują się na przybycie kolejnych grup turystów.

 

 

 

Mieszkańcy różnych wysp na jeziorze Titicaca.  

 

   

Na zielonej, pokrytej uprawnymi tarasami Taquile mówi się w keczua, a nie - jak na pozostałych - w ajmara. Wyraźnie widać, że mężczyźni mają tu więcej do powiedzenia niż kobiety, które często nie znają hiszpańskiego. Społeczność to około 450 bardzo dobrze zorganizowanych mieszkańców. Rodziny na zmianę prowadzą restaurację dla turystów, sklep z pamiątkami, jest też sprawiedliwa rotacja, jeśli chodzi o goszczenie przyjezdnych. Mężczyźni noszą czarne spodnie, przewiązane szerokim kolorowym pasem, lniane białe koszule i czapki w kształcie stożka zakończone dużym pomponem. Kobiety zakrywają się czarnymi chustami, też z kolorowymi pomponami. Na nogach wszyscy mają buty zrobione z pociętych opon. Zwiedzając na wyspie ruiny Inków i miejsca, gdzie składa się dary dla Pachamama i Pachatata (Matka Ziemia i Ojciec Ziemia), mija się wielu mężczyzn robiących na drutach. Zdjęcia tutaj są w cenie, każdy życzy sobie zapłaty i dość agresywnie ją egzekwuje. Gwoździem programu jest zrobienie sobie zdjęcia w stroju ludowym z goszczącą cię rodzina. Na koniec dziecko przynosi pamiątki do kupienia. Ciężko odmówić i trzeba poddać się temu rytuałowi.

 

Targ na wyspie Amantani na jeziorze Titicaca. 

Kolejna wyspa to Amantani. Dostałam się na nią, żeglując z rybakiem i jego żoną. Dla odmiany tutaj rządzą kobiety i to one dzierżą druty. Noszą bardzo zdobne haftowane bluzki, wiele warstw spódnic i czarne chusty z kolorowymi haftowanymi wzorami. Uwagę zwraca ogromny stadion piłki nożnej, który zupełnie nie pasuje do otoczenia. Domostwa są spore, zbudowane z cegieł, dachy kiedyś pokrywała trawa, teraz blacha falista. Na budowę domu zbiera się cała społeczność, stawiają go w dwa dni. W drodze powrotnej spotkałam Amerykankę, która mieszka na tej wyspie już dwa miesiące. Zawodowo zajmuje się robieniem na drutach i szuka po całym świecie inspiracji. Pracuje razem z kobietami z wyspy, wymieniając się z nimi wzorami.

Aha, na wyspach nie ma psów. Dlaczego? Bo nie ma złodziei, a owca jest równie dobrym przyjacielem i pogłaskać też można.

Więcej wysp po boliwijskiej stronie.    

 

Peru: Farma motyli koło miasta Iquitos prowadzona przez mieszkającą tu Austriaczkę.

Farma motyli koło miasta Iquitos prowadzona przez mieszkającą tu Austriaczkę.  

Peru: Małpy na farmie motyli koło Iquitos. 

Małpy na farmie motyli koło Iquitos.

 

  

Tekst i zdjęcia: Anna Ostapkowicz

 

 

Zobacz też na Logo24:

 

Przez 11 miesięcy podróżowałam po Ameryce Południowej, od czasu do czasu wysyłając e-maile do przyjaciół.

Oto pierwsza część zapisków z tej podróży.  

Kolejne części już wkrótce na łamach "Logo".  

 

Film "Czas Apokalipsy" znamy scena po scenie.  

I gdy oglądamy go po raz kolejny, przychodzi do głowy myśl - może czas wyruszyć nad Mekong? W ruch idą przewodniki, mapy i podróżnicze blogi. W miesiąc trasa jest gotowa.  

Do Erytrei? - pan doktor, który zawsze wypisuje mi leki przeciwmalaryczne przed kolejną wyprawą, spojrzał na mnie ze zdumieniem spod okularów.

 - Pan chyba żartuje?  

Tam jest przecież wojna i straszny głód!

Z błękitu oceanu wynurzył się grzbiet łodzi podwodnej. Czułymi sensorami wyczuła czyjąś obecność, majestatycznie nurknęła, delikatnie szorując swoim cielskiem o dno kajaka. Wal południowy manewruje po Walkers Bay jak Nautilus w podmorskiej podróży.

Albania to kraj dla wyczynowców. Ale nie z powodu mafii, min i przemytników, tylko szalonych kierowców, dziur w chodnikach i rakii, którą gościnni miejscowi poją od rana do nocy.

Więcej o: