Listy z Ameryki część III - Boliwia i Chile

Była Kolumbia i Wenezuela, był Ekwador i było Peru. Nadszedł czas na Boliwię, gdzie pośród Indian o kruczoczarnych włosach mieszkają blondwłosi mennonici, oraz na Chile, w którym rdzenni Mapuche zapomnieli już swojego języka.

 

 

Boliwia

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 2 listopada

Subject: San Ignacio - misja jezuicka

 

Boliwia zapewnia ekspresowe przejścia w całkowicie odmienne światy. Z okolic La Paz, zimnych, suchych i wietrznych, z ośnieżonymi górami, wjeżdża się w okolice Soraty, gdzie dosłownie po drugiej stronie góry robi się zielono i ciepło. Potem San Ignacio, misja jezuicka z pięknym kościołem o charakterystycznych kolumnach z drewna, bogato rzeźbionych przez miejscowych artystów. Okoliczne budynki też mają takie kolumny. Serce wioski to plaza z drzewami sepo o pniach jak bulwy i rozłożystych koronach.

 

Boliwia

 

Transport publiczny to motocykle. Krążą po miasteczku i w każdej chwili można przywołać kierowcę i wskoczyć na tył siedzenia. W miasteczku jest zaskakująco dużo dobrych samochodów i dobrze ubranych młodych ludzi, którzy wydają spore pieniądze w okolicznych barach i restauracjach. Podobno to z przemytu narkotyków przez granicę.

 

Boliwia   W San Ignacio spędziłam Święto Zmarłych. Trwa tu dwa dni, pierwszego odwiedza się groby dzieci, drugiego - dorosłych, sprząta i ozdabia nagrobki. Cmentarz jest pełen sztucznych kwiatów i jaskrawych kolorów. Nagrobki maluje się na żółto, różowo, niebiesko, i czasami pokrywa rysunkami. Atmosfera nie jest smutna, rodziny spotykają się przy grobach, wszyscy głośno rozmawiają, niektórzy przez komórki, dzieci ganiają, je się i pije. Dla zmarłego przygotowuje się jego ulubione danie i się z nim dzieli.

 

Boliwia

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 10 listopada

Subject: Noel Kempff Mercado - puma kontra rowerzystka

 

Z San Ignacio wybrałam się do Parku Narodowego Noel Kempff Mercado przy granicy z Brazylią. Dotrzeć tam trudno, bo nie istnieje transport publiczny, a wynajęcie jeepa kosztuje 100 dol dziennie. Mnie udało się załapać na ciężarówkę z drewnem. Na obszarze 1,5 mln hektarów byłam tylko ja, przewodnik Manuel i nasze rowery. Mój, z połamanym siodełkiem i uszkodzonymi hamulcami, nie miał pedałów, tylko metalowe bolce, z których ześlizgiwały się stopy, rączki bez izolacji oraz spadający łańcuch. Musiałam tak pokonywać 40 km dziennie by dotrzeć do obozowiska. Reszta drogi była na piechotę. Pytałam siebie, po co to robię. Odpowiedzią były zachwycające widoki i spotkanie oko w oko z pumą (indigenos wszystkie dzikie koty nazywają tigre). Zwierz stanął na mojej drodze w nocy, 10 m ode mnie. Najpierw widziałam błyszczące oczy, potem resztę sporego ciała. On patrzył na mnie, ja na niego, po czym obrócił się i zniknął w gęstwinie.

 

Boliwia

 

Z powrotem też mi się poszczęściło z transportem, trafiłam na profesora botaniki z Oksfordu z pomocnikami. Projekt naukowy polegał na zbieraniu okazów roślin z pampy i sawanny. Anglik z obłędem w oczach skakał po łące i łowił te rośliny.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 14 listopada

Subject: San José - blondyni pośród Indian

 

W misjach oprócz świadków Jehowy, ewangelików i katolików jest też miejsce dla mennonitów, odłamu religijnego założonego w XVIw. przez Menno Simonsa w Holandii (mennonici mieszkali także na terenach Polski, skąd częściowo emigrowali po I rozbiorze, uchodząc przed obowiązkową służbą wojskową w Prusach).

 

Boliwia

 

Mają w całej Boliwii 57 kolonii, największa liczy 5 tys. mieszkańców. Przypominają trochę amiszów. Noszą ubrania jak w XVII-wiecznej Europie, ale co było dobre w tamtym klimacie, niekoniecznie pasuje do 40-stopniowych upałów. Mówią Plautdietsch, przestarzałą odmianą języka dolnoniemieckiego. W Boliwii ziemia jest tania, hektar można kupić już za 60 dol. Ich siedliska nie tworzą więc miasteczek ani wsi, to ogromne farmy po 50 ha zgrupowane w kolonie. Są kolonie o mniej lub bardziej surowych zasadach, których nieprzestrzeganie grozi wykluczeniem ze społeczności. Mają tylko to, co niezbędne - skromne stroje i domostwa, bez samochodów, poruszają się konnymi bryczkami, w miastach - transportem publicznym.

 

Boliwia

 

Są za to traktory czy maszyny do obróbki drewna, bo to potrzebne do pracy. Praca jest religią, od świtu do nocy z przerwami na posiłki uprawiają ziemię. Tylko niedziela jest dniem wypoczynku, mszy, dobrego posiłku i spotkania ze znajomymi. Nie tańczą, nie słuchają muzyki, śpiewają tylko na chwałę Pana. Piją alkohol, ale się nie upijają. W domu wszystkie meble zrobione są przez ojca. Tak jak zabawki - drewniana ciężarówka, traktor i maszyna do wiercenia studni - przy okazji uczące pracy. W szkole czytanie i pisanie jest po "niemiecku", matematyka tylko w praktycznym zakresie - liczenie i umiejętność wydawania pieniędzy. Geografii i historii nie ma (nigdy nie słyszeli o Europie i Polsce). Tak jak ignorują przedmioty zbędne w życiu, tak ograniczają wiedzę, która wprowadza niepotrzebny zamęt. Siedem klas całkowicie wystarcza do uprawiania ziemi. Żon szukają w swojej lub sąsiednich koloniach.

 

Mennonici najpierw uciekli przed prześladowaniami religijnymi z Holandii i Fryzji do Polski i Prus Książęcych. Na Żuławach do dziś można znaleźć ślady po ich osadnictwie. Część wyjechała od nas po Irozbiorze, reszta uciekła z Niemcami w 1945 r.
  Boliwia

 

Nie grzeszą urodą, dominuje typ czerstwy, zwykle blond i rudy. Kobiety rodzą nawet po 18 dzieci. Stoją zawsze za mężczyznami, nie patrzą w oczy, nie mówią po hiszpańsku. Mężczyźni ze słuchu uczą się hiszpańskiego, żeby móc handlować. Boliwijczycy ich szanują, bo są uczciwi i ciężko pracują.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 18 listopada

Subject: Sucre i okolice - lody przełamane kamieniami

 

Sucre to przepiękne, zadbane kolonialne miasto w otoczeniu gór. Kustoszka fantastycznego muzeum z rękodziełem zachęciła mnie to odwiedzenia pobliskich wsi Potolo, Maragua i Chaunaca. Wybrałam się więc w góry w poszukiwaniu tradycyjnych strojów. Nie było łatwo, bo mieszkańcy cale dnie spędzają w polu i wsie wyglądają jak opustoszałe. Zdjęcia robi się trudno, bo życzą sobie wygórowanej zapłaty. Najlepszym sposobem na przebywanie z ludźmi okazał się lokalny transport - ciężarówka nadająca się raczej do wożenia bydła, a nie ludzi. Pięć godzin po wertepach na tobołkach było bolesne. Paka wypchana - było nawet niemowlę, starcy i szczeniak. Dla zabicia głodu i czasu większość żuła liście koki. Patrzyli dziwnie, ale przełamałam lody, zbierając z nimi kamienie na budowę brodu przez rzekę. Umorusani, błotem wskoczyliśmy na pakę, potem zrobiło się zimno i lunął deszcz. Mimo wszystko dopisywały im humory. Dla mnie to tymczasowa niewygoda, dla nich - codzienność.

 

Boliwia

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 20 listopada

Subject: Potosi - z wizytą w piekle u Diabła

 

Potosi leży na wysokości 4070 m n.p.m. Uwodzi kościołami na każdym rogu ulicy, z przepięknie zdobionymi fasadami. Ale dookoła bieda. W XVI w. miasto było większe od Londynu i opływało w bogactwa (załatwiano się do srebrnych nocników), dzięki wydobyciu srebra i minerałów. Nad miastem króluje Cerro Rico (Bogata Góra) z kopalniami pamiętającymi kolonizatorów.

 

Boliwia

 

Tunele ciągną się na 4 km w głąb góry i 300 m w dół. Pracuje tam 10 tys. ludzi, w tym 800 dzieci. Warunki pracy niewiele się zmieniły od czasów Hiszpanów. Im bardziej w głąb, tym goręcej (35-40 stopni), unosi się potworny pył, ciężko oddychać. Na ścianach azbest. Zmiana trwa 12-13 godzin. Górnicy pracują w grupach, podlegają pomocnikom, kierownikom i głównemu maestro (z minimum 10-letnim doświadczeniem). Dzienna stawka dla pomocnika to około 50 sucre (7 dol.). Zwykli górnicy zarabiają tylko wtedy, kiedy coś znajdą. A to zdarza się coraz rzadziej, bo złoża się kończą. Górnikami są biedni wieśniacy, którzy przy odrobinie szczęścia chcą odmienić swój los. Choroby płuc nie pozwalają im pracować dłużej niż 10-20 lat, na ogół w wieku 40-45 lat umierają. Twarze zapadają w pamięć, zmęczone, z rozepchanymi do monstrualnych rozmiarów policzkami, gdzie godzinami trzymają liście koki. Chloran sodu (lejia) katalizuje kokę, ale powoduje odrętwienie części twarzy. Koka oszukuje głód, ból i zmęczenie.

 

Boliwia

W języku hiszpańskim do dziś istnieje idiom algo vale un Potosi, oznaczający, że coś warte jest fortunę. W ciągu ponad dwustu lat (XVI-XVIII w.) wydobyto tu ponad 45 tysięcy ton srebra. Żeby zastąpić wymierających robotników indiańskich, sprowadzono tu 30 tys. afrykańskich niewolników.

Boliwia

 

W kopalni stanęłam oko w oko z diabłem. 200 m od wejścia jest pieczara, a w niej siedząca figura z gliny. Jest tutaj od 300 lat, co roku reperowana. Ma duże rogi, długie włosy z kolorowego papieru, czarne oczy i otwartą buzię z petami. Do tego kobiece piersi i wielki penis, nogi obute w kalosze i ręce wyciągnięte po dary.  Górnicy nigdy nie wiedzą, czy wrócą na powierzchnię. Oddają więc hold diabłu, bo Bóg jest w niebie, a głębinami rządzi szatan. Tak miesza się katolicyzm z lokalnymi wierzeniami. Żeby zapobiec nieszczęściom i podziękować za dary, górnicy składają regularnie ofiary - embriony i krew lamy, liście koki, papierosy i spirytus.

 

Boliwia

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 3 grudnia

Subject: Salar de Uyuni - szaleństwo kolorów natury

 

Tarija jest miastem przy winnicach. Czysto, wszystko zadbane, eleganckie sklepy i restauracje. Bogaci ludzie w dobrych samochodach - Palm Beach Boliwii.

Potem dziki zachód w Tupizie. Wystarczy odejść parę ulic od centrum i jest się w ślicznych kanionach. Czerwone, żółte i pomarańczowe, ostro rzeźbione skały. Najlepiej podziwia się te cuda z grzbietu konia.

Wyprawa na Salar de Uyuni przeszła moje najśmielsze wyobrażenie. To jak być na wszystkich planetach naraz. Białe, zielone, czerwone i żółte laguny z różowymi flamingami, lamy i wigonie w zielonych dolinach poprzecinanych błękitnymi strumieniami, piaskowe pustynie, wulkany, bulgoczące błotem gejzery, gorące źródła i popękane morze białej soli z wyspami porośniętymi 3-metrowymi kaktusami. Miraże, w których góry unoszą się nad ziemia. Kolory jakby pozamieniały się miejscami. Woda różowa lub żółta, góry czerwone, ziemia biała. Błękitne niebo z nieprawdopodobnymi chmurami, w nocy usłane milionami gwiazd. Piękno doskonałe i nie z tego świata.

Moją towarzyszką podróży była Lena - pół Żydówka, pół Rosjanka z Izraela (urodzona na Łotwie). Wieczorem w chatkach bez światła malowała paznokcie na czerwono. Miejscowe dziewczynki pozazdrościły i tez chciały, potem przyszły po prośbie mamy i kucharki. Nasz szlak był znaczony czerwonym lakierem.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 30 grudnia

Subject: Chipaya - wybory na altiplano

 

Święta spędziłam w Chipaya z Chipayas. To miejsce zapomniane przez Boga i św. Mikołaj też tu nie zagląda. W Wigilię przy kulkach z komosy słuchaliśmy szumu radia, bo nie było zasięgu. Miał przyjechać ksiądz i odprawić mszę, ale rozpętała się burza. Zaś 25 grudnia centrum zdrowia z burmistrzem przygotowało czekoladę do picia i herbatniki dla dzieci. Burmistrz zawiódł, bo kazał czekać dzieciom na poczęstunek 4 godziny.

Przemiły staruszek opowiedział mi legendę o swoim ludzie. Uru Chipaya podobno jako pierwsi zamieszkiwali Boliwię i Peru. Mają język niepodobny do keczua czy ajmara, inne zwyczaje i stroje. Uciekając przed agresywnymi Keczua i Ajmarami, zawędrowali na wyspę pośrodku ogromnego jeziora. Dzięki woli bogów woda wyschła i Chipaya mieli do dyspozycji płaskowyż ciągnący się po horyzont. Przyszło im żyć w trudnych warunkach. Temperatura spada nawet do 20 stopni poniżej zera, w dzień pali słońce, a pod wieczór przychodzą gwałtowne burze. W porze suchej jest za sucho, a w deszczowej - za mokro. Nie ma drzew ani innej roślinności prócz bardzo niskiej trawy. Wiatry hulają, ziemia impregnowana jest solą chrupiącą pod nogami. W przeszłości ludzie jedli tylko ryby i glony, polowali też na flamingi. Dlatego nazywają siebie ludem z wody. Z czasem opanowali sztukę uprawy komosy i zaczęli hodować świnie, owce i lamy. Są półnomadami przemieszczającymi się w poszukiwaniu pastwisk. Ich gospodarstwa składają się z owalnego, jednoizbowego domu bez okien, krytego trawą, gdzie cała rodzina śpi na klepisku przykrytym piórami kaczek i skórami owiec. Obok mieści się druga konstrukcja w kształcie stożka z paleniskiem opalanym odchodami zwierząt. Do tego domek dla świń i zagroda dla lam. Ponieważ wędrują, mają po dwa-trzy takie gospodarstwa porozrzucane po równinie. Domy buduje się z bloków ziemi i gliny, z daleka wyglądają jak kopce mrówek, a z bliska jak igloo.

Tutaj dominuje tradycja. Tak jak kiedyś poluje się grupowo na flamingi za pomocą liwi (boleadoras). To trzy kamienie umocowane na połączonych sznurkach. Rzuca się tym w ptaka nawet ze 100 m.

Miejscowy doktor powiedział mi, ze komosa, mięso bez cholesterolu i szpik z kości lamy to dieta, która pozwala mieszkańcom uniknąć chorób serca, nadciśnienia, nowotworów i cukrzycy. Doskwierają za to przeziębienia i reumatyzm.

Dzięki wyborom miałam okazję zobaczyć społeczność razem. Glosowanie w Boliwii jest obowiązkowe. Przyjechali ważni panowie z Oruro, żeby je przeprowadzić. Członkowie komisji otrzymali dostojne tytuły przewodniczącego, wiceprzewodniczącego i sekretarza. Wytypowano panie do podawania długopisu i panów do zbierania odcisków palców. Liczenie głosów odbyło się publiczne w wielkiej ekscytacji. Zwycięzcą (jak w całym kraju) okazał się Evo Morales z Ruchu na rzecz Socjalizmu, a na koniec ważny pan z Oruro przemówił do ludu, obwieszczając, że oto ziarno demokracji zostało zasiane w Chipaya. Może nie wiedział, że demokracja tutaj to nie nowość, bo od zawsze Chipaya decyzje podejmowali, głosując.

 

Boliwia

Głosowanie w Boliwii jest obowiązkowe, dlatego frekwencja wyborcza w Chipaya przekroczyła 90 proc., choć niektórzy mieszkańcy musieli pokonać na piechotę ponad 20 km z sąsiedniej wioski, żeby oddać swój głos na prezydenta. Wielu z nich przybyło do komisji wyborczych w strojach ludowych.

 

Odkąd rząd ufundował chatki dla przyjezdnych, Chipaya postanowili otworzyć się na turystykę. Wydelegowano opiekuna do spraw turystyki i dwóch przewodników. Mój był rozbrajający w swej bezradności i nie miał o niczym pojęcia. Nosił dumnie kamizelkę z napisem "Turismo" i nie rozstawał się ze swoją teczką. Skupił się na wypełnianiu ankiet i wszystko ostemplowywał swoja pieczątką z datownikiem. Nie martwił go brak wody ani prądu, a jednego dnia poszedł w pole i zostawił mnie bez jedzenia. Dopiero z czasem zrezygnował z oficjalnego wizerunku i przeszliśmy na bardziej koleżeńską stopę.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 8 stycznia

Subject: Rurrenabaque - przygoda z ayahuascą

 

W Rurrenabaque wędrowałam przez trzy dni z przewodnikiem, który mówił po polsku: "kurwa, laski, idziemy", dzięki poprzednim kontaktom z rodakami. Potem zostałam jeden dzień dłużej w wiosce z jego ojcem, żeby spróbować ayahuaski, rytualnego wywaru, który oczyszcza ciało i duszę. Nasłuchałam się wspaniałych historii o jego efektach - jedni czują przez pory cały świat, inni odnajdują zapomniane obrazy z dzieciństwa, jeszcze inni widzą przyszłość. Ceremonia zaczęła się w nocy, wypiłam niedobry płyn, położyłam się i z zamkniętymi oczami czekałam na wymioty i wizje. Szaman miał mnie strzec. Żeby nie zasnąć, aplikował sobie liście koki i popijał je spirytusem z trzciny cukrowej. Na koniec był nieźle wstawiony i miał więcej radości niż ja. Czekałam trzy godziny (zwykle wystarcza 15 min) i absolutnie NIC, ani wymiotów, ani wizji, trochę kręciło mi się w głowie. Szaman nie mógł uwierzyć, że jestem tak odporna na działanie halucynogenu. Drzwi do podświadomości, pogrzebanych wspomnień i znaków z przyszłości są dla mnie zatrzaśnięte.

 

 

Od bogato zdobionych budynków jezuickiej misji San Ignacio po dziewiczo zielone tereny parku narodowego Noel Kempff Mercado - Boliwia zachwyca różnorodnością.

 

 

Chile

 

Chile

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 18 stycznia

Subject: Arica - francuski nocleg jak u koleżanki

 

Przekroczyłam granicę i dostałam się na gładkie autostrady, otoczona fast foodami i markowymi ciuszkami, gdzie wszystko jest drogie, a ludzie czyści, ale grubi. Mogą śmiało konkurować z Amerykanami. Po Boliwii trudno się przyzwyczaić. Również język sprawia mi trudności, chilijski hiszpański jest niełatwy, mówią niewyraźnie, szybko i używają innego słownictwa. Nie brakuje im za to przyjaznego i serdecznego nastawienia do przyjezdnych.

Zaczęłam od Ariki, miasteczka nad morzem, gdzie pustynne, piaskowe góry schodzą prosto do wody. Na dworcu zwerbowała mnie Janny do dopiero co otwartego hostelu. 25-letnia Francuzka jest dumną właścicielką tego biznesu. Przyjechała z Francji i kupiła stary dom. Ekipa remontowa podle wykorzystała samotną kobietę i zostawiła ją bez pieniędzy, za to z nieskończonymi pracami. Janny przy pomocy pierwszych turystów jakoś kończyła remont. Umiała jednak stworzyć superatmosferę, ludzie czują się w hostelu jak w domu u koleżanki. Razem z Pati, 45-letnią Belgijką, pojechałyśmy stamtąd autostopem do San Pedro de Atacama. Po drodze trafiłyśmy pod dach uroczej rodziny prowadzącej restaurację. Za pomoc w kuchni mogłyśmy tam spać i jeść. Za pisco sour i domowej roboty chleb zrewanżowałam się polskimi gołąbkami.

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 31 stycznia

Subject: Ziemia Ognista - czy ktoś stąd wyjeżdża?

 

Zima, od której tak chciałam uciec, dopadła mnie w środku lata na Ziemi Ognistej. W Torres del Paine doświadczyłam wszystkich pór roku naraz. W sumie wędrowałam tam z plecakiem przez sześć dni w słońcu, śniegu, deszczu i wietrze. Pogoda zmienia się bardzo szybko, więc zawsze ma się nadzieję, że za chwilę wyjdzie słońce, i wcześniej czy później faktycznie się pojawia. Park pełen turystów - głównie Francuzi, Niemcy, Amerykanie i Izraelczycy. Większość śpi na płatnych lub darmowych kempingach, bogaci Niemcy i Amerykanie w hostelach, które są raczej schroniskami o cenach hoteli (noc tutaj kosztuje 80 dol.).
  Chile

 

Chile  

Góry dookoła wyglądały jak posypane cukrem pudrem. Dolina Francés mnie oczarowała, szczyty w pięknym słońcu prezentowały się niczym wieże twierdz. Po drodze oczy cieszyły zielone, szmaragdowe, niebieskie, turkusowe jeziora z wyspami, krystalicznie czyste rzeki, wodospady i imponujący lodowiec Grey. Łąki pełne kwiatów, białe dywany na czerwonej trawie i skarłowaciałe drzewa uginające się pod naporem wiatrów. Koniec świata był piękny.

Wydostanie się stąd okazało się trudne, bowiem wszystkie miejsca w autobusach były wykupione aż do 15 lutego. Ja tego dnia miałam zabukowany lot z Santiago, więc zupełnie mi to nie pasowało. Tak trafiłam do lokalnego radia z ogłoszeniem, że potrzebuję transportu do Puerto Montt. Nie udało mi się znaleźć nikogo i, chcąc nie chcąc, musiałam kupić bilet na samolot.

 

 

 

From: Ania

To: Przyjaciele

Date: 15 lutego

Subject: Chiloé - festyn po chilijsku

 

Wyspa Chiloé to dwa dni w deszczu, miedzy polami, pastwiskami i zatoczkami. Do tego typowe domki, całe z drewna, pomalowane na fioletowo, czerwono, żółto, oraz śliczne drewniane kościoły. Trafiłam akurat na fiestę, picie, pieczenie świniaka i występy folklorystyczne uczniów i seniorów oraz przemówienia miejscowych ważniaków.

Ensenada również w deszczu z małą przerwą na obejrzenie okolicznych wodospadów i ośnieżonych szczytów wulkanów. To kraina gęstych lasów, jezior i rzek pełnych pstrągów i łososi. Raj dla wędkarzy. Miejscowi bardzo ciekawi obcokrajowców, szczególnie z tak egzotycznego kraju jak Polska. Ich gościnność niebywała. Właścicielka i kelnerzy restauracji żywili mnie za darmo i prezentowali okolicę.

 

Chile

Chiloé, na której trafiłam akurat na lokalny festyn, jest drugą największą wyspą w Chile, po Ziemi Ognistej. Jak wykazały badania DNA, to stąd pochodzi najpopularniejsza na świecie odmiana ziemniaków.

Boliwia i Chile

 

I wreszcie znowu słońce w Villarice. Weszłam tu na wciąż aktywny wulkan. Widoki jak z okna samolotu, byliśmy nad chmurami, które co jakiś czas odsłaniały ośnieżone szczyty dwóch innych wulkanów i błękitne jeziora. Z czeluści krateru wydobywały się toksyczne dymy. Sprzyjający wiatr pozwolił nam podejść bardzo blisko, a potem prawie do podnóża góry zjazd na tyłku po śniegu i dziecinna radocha. Wejście było w iście chilijskim stylu, grupy po 10 osób, pełny ekwipunek, łącznie z kaskiem, wszystko zorganizowane i licencjonowane. Tutaj królują agencje, które oferują wszystkim to samo. Nowoczesna turystyka, która położy łapę na wszystkim, co warte zobaczenia.

W wiosce Puraquina spotkałam dwóch Mapuchow. Współcześni indigenos niczym nie różnią się od farmerów. Powiedzieli mi, że ich babcie jeszcze używały mapudungun, teraz wszyscy mówią na co dzień po hiszpańsku. Żyją w swoich społecznościach, porozrzucanych gospodarstwach i zajmują uprawą ziemi. Ich domy są raczej biedne, na bazarach pełno rękodzieła Mapuchów w mocno skomercjalizowanej formie, ale w kolejce po dobrobyt są raczej na końcu.

I to już koniec mojej wielomiesięcznej podróży po Ameryce Południowej. Jutro przez Gwatemalę wracam do Polski. Do zobaczenia!      

 

   

Tekst i zdjęcia: Anna Ostapkowicz

 

 

Zobacz też na Logo24:

 

 

Przez 11 miesięcy podróżowałam po Ameryce Południowej, od czasu do czasu wysyłając e-maile do przyjaciół.

Oto pierwsza część zapisków z tej podróży.  

Kolejne części już wkrótce na łamach "Logo".  

Po tropikalnych dżunglach Wenezueli oraz rajskich plażach Kolumbii przyszedł czas na Ekwador i Peru - niezwykłą przyrodę wysp Galapagos, tajemnicze życie Indian w Andach i największe wysokogórskie jezioro na świecie.

Maroko to kręte serpentyny górskich szos, bezkresne piaski, rozhuśtane pod niebo fale oceanu, kitesurferzy i zakapturzone postacie w labiryntach arabskich medin. I ten niesamowity zapach aromatycznych przypraw.

W miejscu, gdzie spotyka się kilka starszych kultur, leży kraina niezwykle gościnnych, przyjaznych i pozytywnie myślących ludzi.

A jak oni gotują! Naprawdę warto pojechać do Libanu.

Najlepiej na wiosnę.

Smak zupy z homarów, zamarzające na twarzy krople wody ze złotego wodospadu, reykjawickie noce - to klucze do zagadki islandzkiego samozadowolenia, którego nie zmieni pewnie nawet obecny kryzys.

Dla większości Indie to Tadż Mahal w Agrze i rezydencje maharadżów w Radżastanie. Czyli północ. My na przekór wybraliśmy bezdroża indyjskiego południa.

I był to strzał w dziesiątkę.

Więcej o: