Vierdaagse,czyli 4x50 bez zakąski

Uczestniczyliśmy w największej na świecie imprezie marszowej.

W czasie czterech dni każdy z nas zrobił ponad 250 tys. kroków, zrzucił 3,5 kg i stracił trzy paznokcie. Ale bardzo nam się podobało. Za rok startujemy w Dodentocht - organizowanym w Belgii nocnym marszu na 100 km.

 

 

Zaczęło się niewinnie. W październiku zeszłego roku Rudy kupił na eBayu kilka krokomierzy i rozdał znajomym. Krokomierz jak krokomierz. Niewielkie urządzenie, które wieszasz na szyi lub nosisz w kieszeni, a ono skrupulatnie zlicza kroki, szacuje pokonany dystans, informuje o spalonych kaloriach. Kłopot z nabytkiem Rudego polegał na tym, że umożliwiał logowanie się na specjalnej stronie, eksportowanie danych i porównywanie własnych osiągnięć z wynikami chodziarzy z całego świata. No i się zaczęło...

Niebawem wyszło na jaw, że poza mną i Rudym inni obdarowani albo krokomierz zgubili, albo przez przypadek zalali herbatą, albo w żaden sposób nie potrafili się zarejestrować w serwisie... Zostało nas dwóch.

No i oczywiście tysiące naszych wirtualnych kolegów dzień po dniu zwiększających swoje, i tak imponujące, osiągnięcia.

W tym czasie byliśmy jedynymi zalogowanymi Polakami, ścigaliśmy się zatem głównie ze sobą i tysiącami obcokrajowców - głównie ze Skandynawii, Niemiec i Anglii.

 

 

Idziemy w świat!

 

Po kilku miesiącach zwiększonej dawki chodzenia uwierzyliśmy we własne siły i postanowiliśmy ruszyć poza rutynowe trasy dom-praca-dom czy też kółka kręcone po najbliższej okolicy. Rudy obiecał poszukać jakiejś interesującej imprezy marszowej. I znalazł. Jego wybór padł na holenderskie Nijmegen. Do dziś twierdzi, że kierował się wyłącznie rangą imprezy, jej wielkością i stopniem trudności. Zapewniał, że wybrał najbardziej prestiżową, najstarszą, największą i najtrudniejszą. I żadnego znaczenia nie miał fakt, że Nijmegen leży w krainie coffee shopów...

 

Uczestnicy z różnych krajów:

  

31 635

Holandia

  

1348

Wielka Brytania

  

986

Niemcy

  

...

 

11

Polska

  Vierdaagse: Mapka tras

 

Opis imprezy robił wrażenie. Cztery kolejne dni, trasy od 30 do 50 km, ponad 40 tys. uczestników (w tym kilka tysięcy mundurowych), ponad milion (!) bawiących się na organizowanym przy okazji Nijmegen Festival. Długość trasy zależy od wieku i płci. Można się zdecydować na dłuższą niż przewidziana dla danej kategorii, ale nie można wybrać krótszej. My nie mieliśmy wyboru, zgodnie z regulaminem przez cztery dni z rzędu mieliśmy dymać po 50 km.

Od kiedy organizatorzy ograniczyli liczbę uczestników, rejestracja debiutantów przestała być prosta. Pierwszeństwo mają weterani poprzednich marszów, pozostałe wolne miejsca obsadza się w drodze losowania. Zostaliśmy wylosowani, ale na tyle późno, że o znalezieniu noclegu w samym Nijmegen nie było co marzyć. Zdecydowaliśmy się nocować w oddalonym o 20 km Arnhem.

 

 

Poniedziałek, 19 lipca

 

Do Nijmegen dotarliśmy około południa. Placu, na którym odbywała się rejestracja, nie sposób było przeoczyć: dziesiątki namiotów, tysiące ludzi i setki kolorowych bannerów z wielkim napisem Vierdaagse. Miła pani założyła nam opaski z kodem kreskowym, wręczyła torby z ulotkami, życzyła powodzenia i zaprosiła na start. - See you tomorrow at 4 - powiedziała. I nie zmieniła zdania, mimo że dopytywaliśmy trzykrotnie, czy aby się nie pomyliła. Nie, start naprawdę zaplanowano na 4 rano! Zatem szybki lunch, Rudego wizyta w coffee shopie i wyjazd do Arnhem.

Bo przecież trzeba się wyspać. Wieczorna debata, o której mamy wstawać, kiedy jeść kolację, ile zajmie dojście do pociągu w Arnhem, a ile z pociągu w Nijmegen, przypominała kultowy tekst Nalberczaka z "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz": "Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie, wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem, śniadanie jadam na kolację, więc tylko wstaję i wychodzę".

 

Vierdaagse: pamiątkowa naszywka    

Vierdaagse

 

(hol. "czterodniówka") to największa na świecie impreza marszowa. Zaczyna się w trzeci wtorek lipca i trwa cztery dni. Uczestnicy, w zależności od płci i wieku, muszą każdego dnia pokonać trasę liczącą 30, 40 lub 50 km, wytyczoną wokół holenderskiego Nijmegen. Żołnierze mają do pokonania codziennie dystans 40 km, ale dodatkowo dźwigają plecak ważący nie mniej niż 10 kg. Po raz pierwszy impreza odbyła się w 1909 r. i od tego czasu, poza latami II wojny światowej, organizowana jest co roku. Wyjątkiem był upalny 2006 r. Po pierwszym dniu marszu zanotowano dwa przypadki śmiertelne, a tysiące uczestników zdecydowało się wycofać. Organizatorzy podjęli decyzję o odwołaniu imprezy. W Vierdaagse (podobnie jak w większości tego typu marszów) nie prowadzone są rankingi czasu przejścia trasy. Jedynym ograniczeniem jest ostateczna godzina, kiedy trzeba zameldować się na mecie (około 17). Osoby, które ukończyły wszystkie cztery etapy, otrzymują pamiątkowe medale. Wpisowe wynosi 37 euro.

 

 

Dzień pierwszy, wtorek, 20 lipca, 52,1 km

 

Wstaliśmy o drugiej, aby się umyć, ogolić, profilaktycznie zaplastrować i zdążyć na bardzo dobre połączenie o 3.30 (do dworca zaledwie 20-minutowy spacerek).

O 3.50 byliśmy w Nijmegen, o czwartej na punkcie startowym. Sam start wyglądał inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy. Nie było tłumów, wspólnego odliczania ostatnich 10 sekund, wystrzałów. Po prostu ktoś zeskanował nasze kody i wskazał, gdzie mamy maszerować. Już po zakończeniu etapu dowiedzieliśmy się, że ze względu na spodziewane upały organizatorzy przesunęli start o godzinę. Zatem, nieświadomi godzinnego spóźnienia, ruszamy. Przed nami plecy nielicznyc chodziarzy, wokół pozdrawiający i życzący powodzenia mieszkańcy. Narzucamy tempo, czoło stawki jest, jak nam się wydaje, tuż-tuż. Jeszcze przyspieszamy, mijamy kolejnych uczestników, ale peleton, zamiast się rozrzedzać, robi się coraz bardziej zwarty. W pewnym momencie widzimy pierwsze oddziały mundurowe. Wśród nich, daleko z przodu, powiewa polska flaga. Gonimy. Flagę niesie młody chłopak w brytyjskim mundurze. Ma 20 lat, jest kadetem, szkoli się na pilota RAF-u, a jego największym marzeniem jest wyjazd do Afganistanu. Zniesmaczony tym wyznaniem Rudy przyspiesza. Zostawiamy rodaka i walimy dalej.

Z każdą godziną robi się cieplej. Duże tempo i temperatura dają się we znaki. Pijemy mnóstwo rozdawanej co kilka kilometrów wody i zabrane z Polski napoje izotoniczne. Okoliczna ludność pomaga, polewając chętnych wodą. Rudy jest bardzo chętny, nie przepuszcza żadnej okazji. Ma mokrą głowę, koszulę i... wiszący na szyi krokomierz. Dramat - urządzenie wydaje się martwe. Cały trud na marne, zrobione w Nijmegen kilometry nie zasilą konta w serwisie.

Biedny, mokry Rudy!

 

Vierdaagse: Nazywana czasem

Nazywana czasem "bezzębną armią" Bundeswehra prezentowała się w Nijmegen wyjątkowo dobrze. 

Mijamy kolejne miejscowości: Lent, Bemmel, Hissen. Mniej więcej po 20 km wchodzimy na przedmieścia "naszego" Arnhem. Jest pokusa, żeby się zmyć do hotelu, ale jakoś ją zwalczamy. Miejscami trasa prowadzi groblami, na tyle wąskimi, że wyprzedzanie staje się niemożliwe. Dostosowujemy tempo do grupy, odpoczywamy. Decydujemy, że pierwszego dnia nie robimy przerw. Przyspieszamy, gdy tylko droga ponownie robi się szersza. O 12.50, po niespełna dziewięciu godzinach od startu, meldujemy się na mecie. Zmęczeni, ale zadowoleni. Rudy w pobliskim coffee shopie uzupełnia zapasy używek, w sklepie kupujemy piwo na wieczór i kanapki na jutro, wracamy do Arnhem.

 

Vierdaagse Vierdaagse: Rudy

 

W hotelu czeka łazienka, w której można wziąć długi prysznic, i łóżka, na których można się rozwalić z nogami opartymi o ścianę. Jest dobrze. Co więcej, wydaje się, że nogi za bardzo nie ucierpiały, mięśnie trochę bolą, ale stopy są całe i zdrowe. Około 18 idziemy spać, bo przecież jutro znów trzeba wstać o drugiej.

 

 

Dzień drugi, środa, 21 lipca, 48,4 km

 

Znów pobudka o drugiej, prysznic, kawa, krótki spacer, dworzec. W pociągu zaczepia nas kolejny rodak. Od trzech lat pracuje w Holandii i szef namówił go na wspólne maszerowanie. Szef siedzi obok, ma dość ponurą gębę i nic nie mówi. Nasz krajan nie wygląda na zachwyconego i podejrzewamy, że propozycja bossa była z gatunku tych nie do odrzucenia. Rozstajemy się i ruszamy na start. Wszystko wygląda zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia. Zbity tłum prze w kierunku bramy, gdzie tuzin wolontariuszy dziarsko operuje czytnikami. W ciemności błyskają flesze, ludzie gadają, śpiewają, śmieją się.

 

Vierdaagse: Tłum oczekujących na start. O 4 rano!

Tłum oczekujących na start. O 4 rano!

 

Po 20 min jesteśmy na trasie. Dziś ruszamy na zachód, przez Weurt, Beuningen, Wijchen i kilka mniejszych wiosek. Z góry ustalamy, że około 9, po pięciu godzinach marszu, zrobimy siedzącą przerwę na śniadanie. W ten sposób obok celu wielkiego (meta) pojawił się cel mniejszy (śniadanie na dupie).

 

Vierdaagse: Szkocka orkiestra wojskowa.

Szkocka orkiestra wojskowa. Bardzo okazałe czapy.

 

Idziemy. Trochę wolniej niż poprzedniego dnia, ale równiej, bez rwania tempa. Mijamy zdecydowanie więcej mundurowych. Mnóstwo wojska i policji, ale widać również celników, marynarzy, a nawet szkocką orkiestrę. Wojsko ma na rękach zielone opaski i przemierza trochę inne trasy. Śpi w obozach, w gigantycznych, mieszczących ponoć tysiąc ludzi, namiotach. No i różnie się prezentuje. Wrażenie robi grupa szwajcarskich policjantów z dwiema rosłymi blondynami na przedzie, które narzucają tempo - dla nas mordercze. Trzymamy się Szwajcarów przez jakiś czas i ledwo dychamy, na szczęście oddział zatrzymuje się na odpoczynek. My trochę zwalniamy i idziemy dalej. Zdecydowanie najgorzej prezentują się Amerykanie. Większość wzrostem przypomina siedzącego psa, ma lekko kulejący chód i rozmamłany strój. Częściej niż inne nacje chodzą w parach lub wręcz pojedynczo. Jeśli tak wyglądają ich wojska wysłane do Afganistanu, to talibowie muszą umierać ze śmiechu.

 

Vierdaagse: Dwuosobowa reprezentacja najpotężniejszej armii świata.

Dwuosobowa reprezentacja najpotężniejszej armii świata.

 

 

 

 

Bobby uznał, że najlepszym izotonikiem jest piwo.

Vierdaagse: Bobby uznał, że najlepszym izotonikiem jest piwo.

 

Siedzące śniadanie było niezwykle przyjemne, ale ponowne włączenie do ruchu zdecydowanie mniej. A przed nami jeszcze 20 km.

Na szczęście jest chłodniej niż we wtorek. Zaledwie 28 stopni i trochę chmurek (wczoraj było 32 i patelnia). Idziemy. Ostatni odcinek, jak zwykle, najgorszy. Długa prosta w pełnym słońcu. I w dodatku wąsko, czyli ciasno.

Ale dajemy radę.

Na mecie jesteśmy o 12.50. Rudy wali się na glebę, wyciąga jointa i niezwłocznie go wchłania. Jest miło, półmetek za nami.

Prysznic i odpoczynek, a później kolacjo-śniadanie w hotelowej restauracji, która okazuje się zupełnie znośna. To dobrze, bo do centrum mamy 2 km, a po zalaniu krokomierza motywacja Rudego do dodatkowych spacerów jest wyraźnie mniejsza. Na dodatek nogi już nie takie jak wczoraj. Bolą nas uda, kolana, piszczele. Chodzimy jak pokraki. Na noc nacieramy się otrzymaną od organizatorów maścią.

 

 

Dzień trzeci, czwartek, 22 lipca, 48,7 km

 

Podobno trzeci dzień zawsze jest najgorszy. Coś w tym jest, bo czujemy się podle. Rudy trochę gorączkuje, ale udaje twardziela i wyrywa do przodu. Na szczęście nie jesteśmy jedyni, po których widać poprzednie dwa dni. Na trasie coraz więcej kulejących, odpoczywających, zmieniających opatrunki. I jest zdecydowanie ciszej. Mniej rozmów, śpiewów, śmiechów. Tylko Rudy bez przerwy gada i dołuje mnie swoją elokwencją. Wie wszystko, na każdy temat ma gotową anegdotkę. Od historii granych właśnie na trasie standardów poczynając, poprzez odsetek Polaków zabitych w Arnhem w czasie operacji Market Garden, aż po elementy heglowskiej filozofii ducha w naszym czterodniowym znoju. Staje się to nieznośne, żałuję, że nie wziąłem iPoda.

 

Vierdaagse: Niezmiennie atrakcyjny krajobraz środkowej Holandii: pola, rachityczne laski, groble, wiadukty nad autostradami, pola, rachityczne laski...

Niezmiennie atrakcyjny krajobraz środkowej Holandii: pola, rachityczne laski, groble, wiadukty nad autostradami, pola, rachityczne laski...

 

Dziś trasa prowadzi na południowy wschód, ale krajobraz jest niezmiennie atrakcyjny. Pola, groble, wiadukty nad autostradą, rachityczne laski, pola, groble itd. Urozmaiceniem są przemarsze przez kolejne miejscowości. Trasa obstawiona jest ludźmi, którzy z nieudawanym entuzjazmem pozdrawiają idących, a większość dodatkowo częstuje przygotowanymi przekąskami. Wśród nich są ciasteczka, cukierki, kawałki owoców, krojone w plastry ogórki (przysmak Rudego). Oprócz strawy dla ciała mnóstwo atrakcji dla ducha. W czasie czterodniowego marszu minęliśmy kilkadziesiąt orkiestr, zespołów muzycznych, chórów. Dostojni włodarze miasteczka zwykle ustawiali się w specjalnym namiocie i odświętnie ubrani, z zapałem bili brawo kolejnym piechurom. Widać było, że są dumni z tego, jak zaprezentowała się ich społeczność.

Pogoda dopisuje. 23 stopnie i chmury. Nic tylko wędrować. Zatem wędrujemy. A wędrując, przyglądamy się innym wędrowcom. Widać reprezentacje firm (w koszulkach ze stosownym logo), rodziny, grupy znajomych. I jak zwykle sporo dziwaków. Dwóch panów wędruje w tradycyjnych, drewnianych holenderskich chodakach, dwaj Niemcy niosą na plecach wielkie plastikowe karabiny maszynowe na wodę, wysoki czterdziestolatek w kilcie dumnie kroczy środkiem drogi. W marszu uczestniczą również niepełnosprawni - widzieliśmy kilka osób na wózkach i kilku wspomaganych przez przewodników niewidomych.

 

Vierdaagse: Okoliczni mieszkańcy robili, co mogli, aby maszerujący choć na chwilę zapomnieli, ile jeszcze zostało do mety.

Okoliczni mieszkańcy robili, co mogli, aby maszerujący choć na chwilę zapomnieli, ile jeszcze zostało do mety.

 

 

 

Vierdaagse: Dziecko z łakociami dla strudzonych wędrowców.

Dziecko z łakociami dla strudzonych wędrowców.

  Vierdaagse: Okoliczni mieszkańcy robili, co mogli, aby maszerujący choć na chwilę zapomnieli, ile jeszcze zostało do mety.

 

Tuż przed metą nieoczekiwana przeszkoda. Duży, nęcący szeroko otwartymi drzwiami, coffee shop. Rudy odzyskał siły i błyskawicznie zanurkował do środka. Po chwili był z powrotem, ściskając w ręku foliową torebeczkę. Straciliśmy pięć minut, ale radość na twarzy kolegi - bezcenna.

 

Vierdaagse: Rudy tuż po wizycie w coffee shopie

Vierdaagse: Rudy w czasie testowania zakupów

 

Niektórym niewiele potrzeba do szczęścia. Rudy tuż po wizycie w coffee shopie  i w czasie testowania zakupów.

 

W hotelu zorientowaliśmy się, że z nogami coraz gorzej. Kilka schodków do restauracji okazało się przeszkodą trudną do pokonania. Choć ból był nieznośny, staraliśmy się ograniczyć mimikę twarzy i trzymać fason.

 

 

Dzień czwarty, piątek, 23 lipca, 50,1 km

 

Dzień czwarty, ostatni. Już za kilka godzin skończy się nasza udręka, wstawanie o drugiej, plastrowanie stóp, picie obrzydliwych napojów izotonicznych. Tylko że najpierw trzeba przejść jeszcze jedną pięćdziesiątkę. Na ulicach Nijmegen widać przygotowania do popołudniowej fety. Na głównej alei ustawiono trybuny, pojawiło się jeszcze więcej transparentów i kwiatów. A zatem ruszamy.

Dziś trasa dla odmiany wiedzie wprost na południe. Spodziewamy się zatem pól, grobli, rachitycznych lasków i wiaduktów nad autostradami. Nasi "fellow walkers" nadwątleni fizycznie, ale w oczach widać radość i ulgę, że niebawem marsz w Nijmegen stanie się dla nich historią. Dla niektórych nie po raz pierwszy. Na trasie zdarzają się transparenty kierowane do konkretnych osób. "Tato, zrobiłeś to 22 razy, zrobisz kolejny!", "Ruben, jesteśmy z tobą!" i tym podobne. To miłe, ale bardziej nas wzrusza widok dzieci z zespołem Downa, których na trasie są dziesiątki. Widać, że dopingowanie idących jest dla nich niezwykłym przeżyciem. Podobnie reagują starsi ludzie z lokalnych domów opieki, których reprezentacje widoczne są niemal w każdej miejscowości. Jednak największe wrażenie zrobił na nas namiot, który zauważyliśmy już pod koniec trasy, na obrzeżach Nijmegen. W namiocie ustawiono szpitalne łóżka otoczone specjalistycznym sprzętem. Na łóżkach chorzy, odświętnie uczesani i umalowani. Mimo wypieków na twarzach wielu z nich ewidentnie w bardzo poważnym stanie. To, że komuś się chciało zorganizować polowy szpital, aby zapewnić ciężko chorym odrobinę rozrywki, było zupełnie wyjątkowe.

 

 

Vierdaagse: Rudy tuż przed metą ostatniego etapu.

Rudy tuż przed metą ostatniego etapu. Wygląda na zadowolonego.

Wreszcie końcówka marszu. Przechodzimy szpalerem wśród zgromadzonej publiczności, grają orkiestry, dzieci wręczają kwiaty (o dziwo, mieczyki, a nie tulipany). Jesteśmy zdecydowanie na przedzie stawki, przed nami widać pojedyncze osoby. Trasa wije się uliczkami miasteczka, placyk z metą to się przybliża, to znów oddala. Ten odcinek z pewnością ma więcej niż obiecane 50,1 kilometrów. Wreszcie ostatnia prosta, Rudy wyrzuca ręce w górę, przekraczamy linię mety. Jeszcze wizyta w punkcie kontrolnym. Meldujemy się, miła pani wręcza nam pamiątkowe medale, gratuluje. "See you next year", zaprasza. Kto wie?     

Vierdaagse: Zasłużony medal

 

Zasłużony medal.

Vierdaagse: Zasłużony medal.

 

  

 

Tekst: Marek Jackiewicz

Zdjęcia: Marek Jackiewicz, Maciek "Rudy" Sikorski, materiały organizatorów (montaż)

  Vierdaagse: Marek Jackiewicz

 

 

Czytaj też na Logo24:

 

 

Najciekawsze, najlepsze albo najpopularniejsze trasy w polskich górach. Na jednodniową wycieczkę dla wytrawnego górołaza (Orla Perć) i zupełnego amatora (wejście na Turbacz). Od Bieszczadów przez Tatry po Karkonosze.

Trudno w to uwierzyć, ale jeszcze niedawno po górach chodziło się w wełnianych swetrach i ceratowych płaszczach przeciwdeszczowych.

Dziś w odzieży outdoorowej stosuje się kosmiczne technologie. Wiele patentów, jak choćby membrana gore-tex, zostało wymyślonych przy projektowaniu skafandrów kosmicznych.

Spanie pod gołym niebem, mielonka na śniadanie, obiad i kolację, pięć herbat z jednej torebki - w czasie wędrówki oszczędzać można prawie na wszystkim.

Tylko nie na butach.

Dorównałem Jamesowi Bondowi. Tak jak on skoczyłem  na elastycznej linie z wysokiej na 220 m zapory.

Przy czym Bond jest sławnym na cały świat agentem Jej Królewskiej Mości, a ja jedynie redaktorem "Logo".

Więcej o: