Król Suazi wzmacnia więzi

Pośredniczkami między władcą a narodem są w tym wzmacnianiu dziewice wybierane na żony. Ale ponieważ każda więź z czasem ulega osłabieniu, wielki Mswati III co roku wybiera sobie nową.

 

 

Chyba każdemu, kto czytał o arabskich szejkach, choć raz w życiu przebiegła przez głowę myśl: ależ to są szczęściarze. Nie dość, że mają ropę, rozbijają się wielbłądami, to jeszcze trafia im się po pięć, osiem albo i dwanaście żon na głowę! I choć rację będą mieli ci, co powiedzą, że lepiej mieć jedną żonę i pięć, osiem albo dwanaście kochanek, to i tak do niedawna miałem szejków za największych szczęściarzy wśród miliardów ludzi zamieszkujących najlepszy ze światów.

Zmieniłem zdanie dopiero, gdy przeczytałem o małym afrykańskim państewku o nazwie Suazi. Jego król - ostatni absolutny monarcha w Afryce - nie dość, że kasy i żon ma nie mniej niż szejkowie, to jeszcze raz do roku, z okazji urodzin swojej mamusi, sprasza do stolicy kraju wszystkie dziewice. Paradują przed nim - i mamusią rzecz jasna - rozebrane do rosołu. Trzęsą trzcinami, bo się ta uroczystość nazywa tańcem trzcin, a król nie dość, że może sobie popatrzeć, to jeszcze co roku wybiera sobie najfajniejszą z nich na kolejną żonę. Kraj i mamuśka są przeszczęśliwi, a miejscowi politolodzy nazywają ten zwyczaj "wzmacnianiem więzi poszczególnych plemion z jednoczącą kraj osobą monarchy".

No, żyć nie umierać i jak najwięcej jednoczyć!

Wsiadłem w samolot i poleciałem zobaczyć ten kraj. Oto garść obserwacji i porad dla tych, którzy też chcieliby tam trafić.

 

 

Nie wypytuj przemytników, co przewożą

 

Podobno w stolicy Suazi - Mbabane - jest lotnisko i podobno nawet lądują na nim samoloty pasażerskie. Piszę: podobno, bo ja wybrałem wariant dużo tańszy: lot do Johannesburga, a tam wynajęcie auta, rzut oka na mapę, zorientowanie jej - jak mnie kiedyś uczyli na harcerskich obozach - i wreszcie obranie kierunku - Suazi.

 

Suazi

 

Ruszamy z Albertem, moim kolegą i zawodowym fotografem, grzecznie trzymając się lewej strony - RPA była kiedyś w rękach Anglików i od tej pory cała okolica tak jeździ. Droga prowadzi w stronę Mozambiku, dlatego co kilka minut mijamy wyładowane do granic możliwości trucki, którymi tamtejsi przemytnicy wiozą do swojego kraju stare rowery, jeszcze starsze dętki, wiadra, plastikowe worki, gumowce, kapcie i wszystkie towary, jakie sobie tylko można wyobrazić.

Ciut ponad 300 km od Johannesburga, koło Parku Narodowego Krugera (lwy, słonie, zebry, hipopotamy i dużo innych zwierząt) droga skręca w lewo. Pół godziny później celnik wbija nam pieczątkę z napisem "Welcome to Suazi". Ruch na granicy prawie żaden, więc on sobie podśpiewuje, a jego szefowa układa w komputerze pasjansa. Zza ich pleców, z fotografii, uśmiecha się król Mswati III. - Jedźcie zgodnie z przepisami, bo nasza drogówka dostała właśnie nowoczesne radiowozy od Amerykanów - ostrzega celnik i puszcza oko.

 

Suazi

 

Pierwsze zaskoczenie? Drogi w Suazi są zdumiewająco dobre jak na jeden z najbiedniejszych krajów Afryki i świata. Przypominają te w Kieleckiem; tyle że w Kieleckiem nie ma autostrad, a w Suazi są.

Pierwsza rada? Nigdy nie pytaj przemytnika, co się teraz dobrze sprzedaje w Suazi. To nie PRL, więc na pewno nie wiezie kryształów ani telewizorów Rubin. Popełniliśmy ten błąd zaraz za granicą, bo udzieliła nam się panująca tam miła atmosfera. Suazyjski przemytnik spojrzał na nas w taki sposób, że szybko postanowiliśmy się z nim pożegnać i do samego Mbabane nie odzywać się ani słowem, jeżeli nikt nas o nic nie będzie pytał.

 

 

Uważaj na opony. A jeszcze bardziej uważaj na wulkanizatorów

 

Druga rada dla podróżujących po Suazi brzmi: nie wjeżdżaj do parku narodowego, jeśli poprosiłeś w wypożyczalni o najtańszy samochód. Zjechaliśmy z głównej drogi do parku Malolotsha, zaraz za miasteczkiem Pig's Peak, zwanym miastem seksu i biznesu, bo właśnie tu ulokowało się największe suazyjskie kasyno (tak wyglądać mogło kasyno w Radomiu za wczesnego Gierka). Tuż za bramą parku stało sobie jakieś czterysta antylop i się pasło. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem czterysta antylop naraz i z tej radości najechałem na największy kamień w okolicy. Mój warszawski golf nawet by tego nie zauważył, ale johannesburska kia picanto od razu straciła lewą tylną oponę.

Cóż było robić. Zmieniliśmy koło na zastępcze i grzecznie podjechaliśmy do pierwszego z brzegu wioskowego wulkanizatora, łudząc się, że wszystko to, co słyszeliśmy o wioskowych specjalistach w Afryce, okaże się nieprawdą.

 

Suazi - ludowy artysta rzeźbi słonia.

Ludowy artysta rzeźbi słonia

 

Łudzenie się trwało, aż zobaczyliśmy mistrza na własne oczy. Wioskowy wulkanizator sprawiał wrażenie, jakby pierwszy raz w życiu widział koło od samochodu. Zanim wziął się za robotę, długo się drapał po głowie i innych częściach ciała. Wreszcie włożył oponę do wanny wypełnionej wodą. - Sprawdza, czy nie przepuszcza powietrza - tłumaczył nam młody chłopak; jedyny w okolicy, który trochę znał angielski. Za jego plecami chichotało kilkunastu małolatów, którzy zbiegli się popatrzeć, jak dwóch białasów reperuje auto.

Po co to sprawdzanie? Przecież dziura po kamieniu jest taka, że można w nią włożyć dłoń razem z przedramieniem. Nie odzywaliśmy się jednak, bo pochodzimy z kraju, gdzie drażnienie fachowca nigdy nie kończy się dobrze. Kto wie, może tu jest podobnie.

Fachowiec pokulał naszą oponę, aż wreszcie zauważył dziurę, włożył do niej rękę i stwierdził, że jest za duża i nic nie może z nią zrobić. Wściekli - bo straciliśmy tu trzy albo cztery kwadranse - ruszyliśmy do Mbabane na zapasie. Niech bogowie chronią nas przed drugą gumą, bo będziemy spać w rowie.

- Wiejscy mechanicy często nie potrafią kompletnie nic zrobić - kiwa głową profesjonalny wulkanizator, którego znajdujemy na bazarze w Mbabane. - Ale chętnie pomędrkują. W Afryce czas leci inaczej niż w Europie - uśmiecha się. - Wy ciągle gdzieś gonicie. Dla nas trzy kwadranse to tyle, co trzy razy splunąć.

 

Suazi

 

 

Szerokim łukiem omijaj hipopotamy

 

Opona już nas nie zawiodła, a śniadanie w centralnie położonym, sympatycznym Holidayu nastroiło przyjaźnie do świata. Choć po Afryce spodziewaliśmy się czegoś więcej niż jaj na bekonie i gotowanej fasoli, wszystkim, którymi rządzili Brytyjczycy, z góry wybaczamy podobne zboczenia. Najważniejsze, że kawa była z ekspresu.

W Mbabane temperatura spadła poniżej 20 stopni, czyli zima w pełni. Na bazarze można kupić czapki, a połowa ludzi chodzi w kurtkach. Spacerujemy po mieście i po chwili miasto się kończy. Jest to zdecydowanie najmniejsza stolica, jaką w życiu widziałem. Bazar, kilka knajp, supermarket, szpital, stadion - i już jesteśmy na rogatkach. W centrum, tuż koło naszego hotelu, stoi czteropiętrowy blok, na który dzieciaki mówią "drapacz chmur". Ot, taka afrykańska Ostrołęka.

 

Suazi

 

Bawimy się w liczenie białych. Kto pierwszy zobaczy, krzyczy: jest! Po trzech godzinach wygrywam. Naliczyłem dwóch. Tego drugiego Albert nie zauważył, bo akurat kupował hotdoga. Suazi to jedno z tych miejsc w Afryce, gdzie biały człowiek może się jeszcze poczuć jak egzotyczne zwierzę. - W Mbabane się to nie zdarza, ale jak jedziemy na granicę z Mozambikiem, bez przerwy ktoś chce sobie z nami zrobić zdjęcie. Jak z jakimiś misiami - opowiada Johannes, Niemiec, który rozwozi tu pomoc humanitarną. - To jedyna część kraju, gdzie grozi malaria. Turyści się tam prawie nie zapuszczają. W ogóle w Suazi mało jest turystów. Odwiedzają głównie parki narodowe. Poznałem jednego Niemca, który przyjechał tu z żoną własnym Kamperem, przez Egipt, Sudan, Etiopię i dalej w dół. Zajęło mu to prawie rok. I on przez ten czas nie poznał ani jednego czarnego człowieka, oprócz sprzedawców biletów w parkach narodowych! Miał takie małe Niemcy na czterech kołach. Objechał cały świat, nie wychodząc z domu.

 

Suazi - Rezerwat Mlilwane

 

Podobnych obieżyświatów spotykamy i my. W rezerwacie Mlilwane mieszkają w chatach, wzorowanych na murzyńskich, albo w domach na kółkach. Mają małe notesiki, gdzie zaznaczają, który z gatunków już widzieli i gdzie.

Gdybyśmy i my mieli taki notesik, w Mlilwane zaznaczylibyśmy hipopotama, krokodyla i bawołu. Nie jest to może jakiś specjalny wyczyn, bo hipopotama ciężko nie zauważyć, a krokodyl akurat leżał na środku drogi. Sukces polegał jednak na tym, że w pół godziny zaliczyliśmy prawie pół Wielkiej Piątki - największych i najgroźniejszych zwierząt Afryki (są to lew, gepard, słoń, bawół i nosorożec).

 

Suazi - Rezerwat Mlilwane

 

- Nie wiem, dlaczego nie jest to Wielka Szóstka - mówi nam Bob, przewodnik po Mlilwane, który zabiera nas na wycieczkę konną. - Powinny być na tej liście i hipopotamy. To one zabijają najwięcej ludzi w Afryce - mówi. A widząc nasze zdziwione miny, dodaje: - Na lądzie hipopotam jest nieporadny. Ale w wodzie rusza się prawie jak pantera. Raz kłapnie pyskiem i po człowieku.

 

Suazi - guziec

Rezerwat Mlilwane to najstarszy obszar chroniony w Suazi. Można w nim obejrzeć bawoły, antylopy, hipopotamy i krokodyle. Nas najbardziej urzekła mała, kudłata świnia, czyli guziec.

 

Zaraz potem okazuje się jednak, że Bob - za mały bakszysz - weźmie nas w miejsce, gdzie te krwiożercze hipcie widać jak na dłoni. - Nasze są wykarmione, więc nic wam nie grozi - zachęca. - Tylko zimą możemy jeździć tak blisko wody, bo wtedy krokodyle są w stanie hibernacji i przez większość czasu śpią.

Bob nas zdecydowanie polubił, bo zaraz po hipciach wjeżdżamy prosto w środek stadka antylop. - Na nogach byś tak blisko nie podszedł - zwraca moją uwagę nasz przewodnik. - Antylopy przed ludźmi uciekają gdzie pieprz rośnie. A konie traktują jak swoich ziomków. Prawie je możemy pogłaskać.

 

Suazi - Rezerwat Mlilwane

Antylopy przed ludźmi uciekają gdzie pieprz rośnie. A konie traktują jak swoich ziomków. Prawie je możemy pogłaskać.

 

 

 

Jedz jak prawdziwy muzułmanin

 

Po paru godzinach na świeżym powietrzu jesteśmy głodni jak pół częstochowskiej pielgrzymki. Wracamy do Mbabane, gdzie właściciel jednej z knajp biegnie za nami 300 m, myśląc, że znalazł frajerów, którym wepchnie stek z krokodyla. Hola, hola, krokodyl jest tłusty i smakuje okropnie. My szukamy czegoś halal. Bo kolejna rada dla podróżujących po Suazi brzmi właśnie: jedzcie halal. - Czy to jakaś afrykańska potrawa? - zastanawialiśmy się od pierwszego dnia, bo do głowy nam nie przyszło, że w tym małym państewku, słynącym z dziewic tańczących bez górnych części garderoby, mogą mieszkać jacyś muzułmanie.

Dopiero wizyta w - według przewodnika - najlepszej restauracji w Mbabane uświadomiła nam, że halal to właśnie jedzenie przygotowane zgodnie z zasadami islamu. Taki muzułmański koszer.

Restaurację, która mieści się przy głównej ulicy miasta, prowadzi dwóch Hindusów: duży i chudy z małym i pękatym. Wygląda jak bar na dworcu kolejowym we Wrocławiu, tyle że zamiast napisów PKP czy Wars z każdego kąta łypie świątynia Tadż Mahal. W menu kurczak tandoori, a przy stolikach - czarnoskórzy panowie z brodami i czapeczkami, które w islamie oznaczają osobę wierzącą i praktykującą.

- W Mbabane co dziesiąty obywatel jest muzułmaninem - tłumaczy mi Hindus; ten mały i pękaty. - Przyjechali z RPA i z Mozambiku. I przez nich każda szanująca się restauracja musi być halal. Bo halal to nie tylko znak religijności, ale i certyfikat jakości: że nie sprzedajemy starego ani zepsutego mięsa. Że wszystko jest zdrowe i świeże.

 

Suazi - pomarańcze i zimą, i latem są tu tańsze niż w Polsce ziemniaki

Pomarańcze i zimą, i latem są tu tańsze niż w Polsce ziemniaki

 

Certyfikat halal ma w Mbabane nawet KFC. Nie mają go chyba tylko najtańsze knajpy dla biedoty. Tam jada się głównie pieczone kurczaki. - Po co ja mam płacić imamowi za certyfikat, skoro wiadomo, że kurczak jest halal! - tłumaczy właściciel jednej z nich. - Poza tym kurczaki to ulubiona potrawa naszego króla. A kto jak kto, ale on naprawdę wie, co jest dobre.

 

 

Królowi dajcie spokój

 

Miłościwie panujący w Suazi Mswati III został królem jako18-latek. Jego tatuś - Sobhuza II - miał 70 żon i kilkaset dzieci. Kiedy odchodził z tego, jakże szczęśliwego dla królów, świata, po Suazi biegało ponad tysiąc jego wnuków. Mswati miał więc sporo szczęścia, że to właśnie jego Liqoqo - czyli takie suazyjskie konklawe - wybrało na króla.

 

Suazi - Mswati III

Mswati III jest jedynym synem swojej matki (tak nakazuje tradycja) i jego następca też będzie miał tylko przyrodnie rodzeństwo. Jedna z wybranek Mswatiego zostanie wówczas Wielką Słonicą - indlovukazi.

 

Wybór jest dużo bardziej skomplikowany, niż sytuacja pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, ale w skrócie sprowadza się do tego, że trzeba mieć matkę z odpowiedniego ludu. Matka musi być szanowana i lubiana, a do tego nie może mieć więcej dzieci. Suazyjczycy mówią na nią indlovukazi, co znaczy Wielka Słonica. W Polsce każda kobieta obraziłaby się za taką sugestię, ale w kraju, gdzie preferowane są panie z szerokimi biodrami i możliwie szeroką pupą, to największy komplement. 

Mswati przyjechał rządzić krajem prosto z Londynu, gdzie uczył się w jednej z prywatnych, elitarnych szkół. Jedną z jego pierwszych decyzji było wytyczenie miejsca pod pole golfowe - żeby koledzy ze szkoły się nie nudzili, jeśli postanowią go odwiedzić.

Pierwsze dwie żony - zgodnie z tradycją - wybrało mu Liqoqo. Ale zanim Mswati oficjalnie weźmie ślub - musiał zrobić każdej po dzieciaku. Bo tylko płodna kobieta godna jest, by zostać żoną króla. Po nich mógł sobie wybierać kolejne. Do tej pory wybrał już czternaście, z czego ósmą wbrew prawu (przekazał za to do budżetu państwa dorodną krowę), a dziesiątą - zgodnie z prawem, choć wbrew niej samej, porywając ją prosto z ulicy. Jak na 42-latka osiągnął więc sporo, choć złośliwi wypominają mu skrajne ubóstwo poddanych i najwyższy w Afryce odsetek chorych na AIDS.

Mswati nie zraża się marudami. Jego zdjęciami oblepiony jest każdy urząd, hotel i restauracja. Suazyjczycy go uwielbiają, choć niebezkrytycznie. Mają mu za złe, że buduje dla każdej żony pałac i - oczywiście z budżetu państwa - funduje każdej sportowe bmw. Kiedy pytam o to lokalnych dziennikarzy, słyszę: - Co wam do tego? Macie swoich prezydentów, patrzcie na nich. Nasz król pasuje do naszej tradycji. A po cichu radzą: - Jedźcie zobaczyć jego pałac, chociaż przez płot. Piękny.

Jedziemy więc. A przy okazji zamierzamy zapytać, na kiedy królowa-słonica planuje zorganizować kolejny taniec dziewic.

 

Poczet żon

 

Najstarsza żona króla Suazi ma ciut ponad 40 lat. Najmłodsza - nie ma jeszcze 20.

Najwięcej kontrowersji w kraju i za granicą wzbudził wybór 10. żony. W 2004 r. 17-letnia Zena Mahlangu została porwana przez suazyjskie służby specjalne z ulicy, gdy wracała po lekcjach do domu. Kiedy jej matka zgłosiła na policji, że córka długo nie wraca z zajęć, policjanci zasalutowali jej i oznajmili, że właśnie została teściową króla.

Matka nie była specjalnie zachwycona zalotnikiem, który nie zapytał jej o zdanie, i pozwała króla o porwanie córki. Wycofała jednak pozew, gdy córka oznajmiła publicznie, że poślubienie króla to dla niej zaszczyt i nie ma nic przeciw porwaniu.

Oprócz zaszczytu bycie żoną króla ma także bardzo konkretny wymiar materialny. Król jako władca absolutny jest de facto właścicielem całego kraju i magazyn "Forbes" regularnie wymienia go na liście najbogatszych monarchów świata. Jego żony mają więc piękne domy, luksusowe samochody i prywatny samolot, by w dowolnej chwili wyskoczyć na zakupy do Paryża czy Londynu. Nie mają tylko... samego króla, który - jeśli wierzyć plotkom - woli od nich pozamałżeńskie romanse.

 

 

 

Nie rób zdjęć, kiedy suazyjski borowiec coś do ciebie mówi

 

Pałac króla jest dobrze schowany za płotem. Rozpytujemy panów z karabinami - taki miejscowy BOR - czy za drobną opłatą nie można wejść, choćby tylko do kuchni.

Nie można. - Nie wolno też robić zdjęć - mówi czarny jak smoła borowiec dokładnie w momencie, kiedy Albert pstryka mu bardzo udany portrecik. - No to macie, chłopcy, problem - wścieka się nasz nowy znajomy i dzwoni gdzieś przez krótkofalówkę. Próbujemy się niepostrzeżenie oddalić, ale zjawia się kilku kolejnych dżentelmenów z bronią i wygląda na to, że właśnie nas aresztowali.

Po chwili zjawia się szef wszystkich szefów, co łatwo poznać, bo ma największą krótkofalówkę. Przedstawia się jako dowódca zmiany i straszy, że za robienie zdjęć królewskim pałacom grozi karą pozbawienia wolności. Postanawiamy negocjować. Staje na tym, że Albert skasuje wszystkie fotki okolic pałacu, które zrobił, kiedy ja rozmawiałem z borowcem (a taki mieliśmy chytry plan ), a do tego dorzucimy chłopakom kubek z napisem "Polska".

Korzystając z okazji, pytamy, kiedy kolejny taniec dziewic. - Cholera, chłopaki, spóźniliście się o tydzień - martwi się szef wszystkich szefów. Jego podwładni na wspomnienie tańca rozgogolonych, młodych pań wyraźnie się rozmarzają. - One idą dosłownie ze wszystkich stron na stadion do rugby. Każda niesie wielką, czterometrową trzcinę. Tańczą, śpiewają. A my to wszystko oglądamy z najlepszych miejsc, bo przecież jesteśmy tuż obok króla. Zapamiętajcie więc: taniec trzcin jest zawsze na przełomie sierpnia i września. I wpadajcie. Macie już przecież znajomych - i szef królewskiej ochrony puszcza do nas oko, czym utwierdza nas w przekonaniu, że Suazyjczycy są cholernie miłą i gościnną nacją.

Jednak Johannes - ten, co wozi po wioskach pomoc humanitarną - nie ma dobrego zdania o tańcu trzcin. Jemy z nim pożegnalną kolację w knajpie dla białasów i słuchamy o problemach dręczących ten mały kraik na skraju Afryki. - Największym problemem jest AIDS. 40 proc. ludzi jest chorych, co nawet jak na warunki afrykańskie jest liczbą dramatyczną. Średnia życia im spadła z 50 do 35 lat. Król mógłby wpłynąć na swoich poddanych. Zamiast tego sam daje zły przykład, co chwilę biorąc nową żonę. Z takim podejściem nigdy się nie pozbędą problemu - mówi Johannes. Głupio nam. Przyciągnął nas tu taniec rozebranych dziewic. Okazuje się, że w realiach Suazi to raczej problem niż atrakcja turystyczna.

 

W Suazi dużo bardziej niż w innych krajach świata należy uważać na przygodne kontakty seksualne (szerzy się AIDS, warto pamiętać o kondomach)

W Suazi dużo bardziej niż w innych krajach świata należy uważać na przygodne kontakty seksualne (szerzy się AIDS, warto pamiętać o kondomach)

 - Widzę, że was zasmuciłem - reflektuje się Niemiec. - Coś wam w takim razie powiem.

Co roku jeżdżę oglądać taniec. Dla Suazyjczyków to najważniejsze święto. A dla mnie? Cóż, pięćdziesiąt tysięcy rozebranych, młodych dziewczyn na każdym zrobi wielkie wrażenie. 

  

 

Za ile

 

Choć Suazi ma własną walutę - lilangeni z królem na banknotach i jego matką-słonicą na monetach - spokojnie można tu płacić południowoafrykańskimi randami (kurs wynosi 1:1). Ceny są nieco mniejsze niż w RPA i Polsce. Litr paliwa kosztuje około 3 zł, butelka wody mineralnej - 2 zł, obiad w hinduskiej restauracji w centrum Mbabane - 18 zł, pół kurczaka w taniej jadłodajni - 7 zł. Nie ma tu specjalnie tanich opcji noclegowych. W Holidayu dwójka kosztuje ok. 200 zł. Najtańszy nocleg w hostelu, w pokoju wieloosobowym, to wydatek 60 zł. Wynajęcie auta na lotnisku w Johannesburgu to około 120 zł za dzień. Trzeba uważać na opłaty dodatkowe: za wywiezienie auta do Suazi (mogą o taką zgodę zapytać na granicy, choć nas nie pytali) wypożyczalnie chcą ok. 250 zł. Większość wypożyczalni daje tylko 150 km dziennego limitu. Za każdy dodatkowy płacimy po 80 gr. Z Johannesburga do Mbabane kursuje też autobus lub popularny wśród backpackersów bazbus. Warto też się wybrać do Mozambiku - to zaledwie dwie godziny jazdy. Polacy nie potrzebują wizy ani do RPA, ani do Suazi.

 

 

Jak grom z jasnego nieba

 

W Suazi, oprócz krokodyli i hipopotamów, dużo bardziej niż w innych krajach świata należy uważać na przygodne kontakty seksualne (szerzy się AIDS, warto pamiętać o kondomach) i... pioruny. Poddani Mswatiego III najczęściej na całym świecie giną w czasie burz. Praktycznie każdy ma w kręgu swoich najbliższych znajomych lub krewnych osobę, która zginęła od uderzenia "ognia z nieba", jak mówią Suazyjczycy. Powody są dwa. Po pierwsze, ciepłe powietrze znad Oceanu Indyjskiego właśnie w Suazi zatrzymuje się na górach. Stąd biorą się ogromne, niszczycielskie wyładowania. Ale ważniejszy jest drugi powód: rząd nigdy nie wpadł na pomysł wybudowania piorunochronów. Mają je tylko ci obywatele, którzy sami na to wpadli i wiedzą, jak taki piorunochron wykonać. Reszta zdana jest tylko na łaskę lub niełaskę bogów i świętych - animistycznych, chrześcijańskich, albo islamskich, bo te religie dominują w Suazi.

 

Suazi - Z powodu AIDS biznes pogrzebowy w Suazi jest jedną z głównych gałęzi gospodarki.

Z powodu AIDS biznes pogrzebowy w Suazi jest jedną z głównych gałęzi gospodarki.

 

 

Tekst: Witold Szabłowski

Zdjęcia: Albert Zawada, Flickr/Whl Travel, Ap/Agencja Gazeta, Shutterstock (montaż)

 

 

Zobacz też na Logo24:

 
Kusząca Namibia 
 
Heban i kość słoniowa
Więcej o: