W sieci porno

Co dziesiąta strona internetowa poświęcona jest tematyce porno. Każdego dnia sprośne witryny odwiedza 80 milionów osób na całym świecie. Wszystko wskazuje na to, że płyty DVD z seksem i "świerszczyki" skończą jak dinozaury.

Skazane na zagładę.

 

Światowa siedziba porno to San Fernando Valley w Kalifornii. 90 proc. filmów trafiających do legalnej dystrybucji powstaje albo tutaj, albo jest produkowane przez studia z siedzibą w "Silicone Valley". Nietrudno zgadnąć genezę żartobliwej nazwy regionu. Widzowie wiedzą, że lepszy silikon w telewizji niż cellulit w garści...

Branża wypuszcza 11 tys. tytułów rocznie, czyli 20 razy tyle co Hollywood. W samej Kalifornii w tym biznesie zatrudnionych jest 12 tys. osób. Wszystkie znaki na niebie i ziemi, a zwłaszcza w internecie, wskazują jednak na to, że szykują się zwolnienia.

Porno generowało gigantyczne zyski, rzędu 100 mld dol. na rok, ale złote czasy się skończyły. I nie chodzi o spadek konsumpcji wywołany światowym kryzysem finansowym. Wraz z pojawieniem się taniego internetu bzykanie na ekranie przeniosło się do sieci. A tam pojawiły się serwisy z darmowymi filmikami amatorskimi oraz piraci udostępniający wysokobudżetowe pornosy gratis. W styczniu 2008 r. dochodów różowej strefy skurczyły się o połowę.

 

 

Tempo sekspresowe

 

Branża porno zawsze była o krok przed Hollywood. W latach 80. to ona jako pierwsza przerzuciła się na taśmę VHS z lepszego technicznie, lecz znacznie droższego formatu BETA, w którym na domiar złego długość filmu oraz liczba dostępnych tytułów były ograniczone (kwestia restrykcyjnych praw autorskich jego wynalazcy - Sony). Z czasem kasety zostały wyparte przez taniejące płyty CD i DVD. Od końca lat 90. na popularności zaczęło zyskiwać nowe medium. Szybkie, niedrogie i anonimowe.

Filmy porno były dostępne w internecie w opcji pay-per-download (opłata za ściągnięcie), zanim producenci fabuł zauważyli jego istnienie. Po dekadzie sytuacja ulega zmianie, ale działo się to bardzo powoli. W Polsce mamy dwa kina internetowe i pierwsze nieśmiałe próby równoległej dystrybucji "normalnych" filmów na srebrnych ekranach i w sieci. Stron oferujących audiowizualne materiały porno online nie policzymy na palcach setek rąk.

 

 

 

Prawdziwe oblicze internetu

 

Edukacja? Informacja? Bzdura! Internet istnieje po to, byśmy mogli oglądać pornosy w zaciszu domowych pieleszy. To najbardziej chodliwy materiał w cyberprzestrzeni. O ile, jak śpiewali The Buggles, "Video Killed the Radio Star", o tyle do śmierci DVD przyczynia się właśnie internet. Dochody z pornobiznesu sieciowego już prawie dogoniły te ze sprzedaży pornosów na tradycyjnych nośnikach cyfrowych.

Treści dla dorosłych znajdziemy na 12 proc. witryn. Niekwestionowanym liderem są, oczywiście, Stany, gdzie powstało ich aż ćwierć miliarda. Na thebestporn.com, jednej z wielu stron recenzenckich, znajduje się spis 15 tys. adresów w sieci z płatnymi materiałami tego typu. Do listy dochodzi dziesięć pozycji dziennie. Co ciekawe, milion witryn zlokalizowanych jest w Polsce. Zajmujemy chwalebne, ósme, miejsce na świecie.

Pornosufring uprawia 42 proc. internautów. To około 30 tys. osób w każdej sekundzie.  Co czwarte zapytanie w wyszukiwarce związane jest z seksem, co trzeci materiał ściągany z netu to golizna. Steven Hirsch, współzałożyciel największej firmy w branży, Vivid Entertainment Group, przepowiada, że rynek DVD dla dorosłych umrze w ciągu kilku lat. I nie uratuje go pojawienie się technologii Blu-ray. Nawet jeśli uznamy, że istnieją pornosy o szczególnych wartościach artystycznych, miłośnikom masturbacji do szczęścia spokojnie wystarczy niedrogi materiał jakości DVD, który są w stanie uzyskać poprzez zwykły streaming, czyli odpalenie filmiku z netu.

Zmiany na rynku jeszcze lepiej widać w sprzedaży prasy, także krajowej, o czym świadczy choćby wycofanie "świerszczyków" z Empików. Takie magazyny generowały jedynie 1 proc. dochodów w salonach. Badania wskazują, że przy papierze zostali mężczyźni w okolicach pięćdziesiątki. Z kiosków znika zaledwie 400 tys. egzemplarzy prasy dla dorosłych.

 

  

  

Czyj największy (dochód)?

 

Czołowi producenci porno to Vivid i Digital Playground. Firmy obrały drogę podpisywania z aktorami kontraktów na wyłączność, kreując prawdziwe gwiazdy. Ta druga (rok zał. 1993) znana jest z serii płyt z interaktywnym seksem - to ty dyktujesz dziewczynie, co i jak ma robić. "Virtual Sex with Jenna" stał się krążkiem-legendą, redefiniując pojęcie wirtualnego seksu. Firma wypuściła też pierwszy film w jakości HD dla dorosłych ("Island Fever 3") oraz, wspólnie ze studiem Adam & Eve, najdroższą (ponad 3 mln dol.) produkcję w historii branży - "Pirates", parodię wiadomego blockbustera. Istniejąca od ćwierć wieku Vivid była natomiast pierwszą firmą, która wydała film jednocześnie w formatach HD DVD oraz Blu-ray - "Debbie Does Dallas... Again". To ona zaczęła też kręcić filmy wyłącznie do internetu, na potrzeby klientów VoD (Video on Demand - wideo na żądanie). Potentat umacnia pozycję także poprzez zagospodarowanie nisz, tworząc pododdziały, m.in. Vivid Alt (dla miłośników alternatywy), Brand New Faces (debiutantki) czy Vivid Ed (edukacja). Działająca na wielu polach firma wydała nawet bestsellerowy poradnik w formie książkowej: "How to Have a XXX Sex Life: The Ultimate Vivid Guide".

W sieci rządzi jednak AEBN, oferująca pełnometrażowe wideo na żądanie. Stronę aebn.com odwiedza miesięcznie ponad 8 mln Amerykanów (łącznie 35 mln odsłon). Minuta kosztuje 8,5 centa. Producent zarabia na takiej usłudze 25-30 centów. Filmy można też ściągnąć na twardy dysk, "wypożyczyć" lub od razu wypalić na płycie. AEBN prowadzi również Xpeeps.com, czyli MySpace branży porno, łączący aktorów z fanami. A także, co ciekawe, bo wydaje się to strzałem w kolano, popularną stronę z darmowymi filmikami, PornoTube.com.

 

 

 

14 tysięcy procent normy

 

"Spodziewaliśmy się, że internet pozytywnie wpłynie na nasz biznes. Wyszło odwrotnie" - przyznaje David Joseph, założyciel innej z topowych firm w branży Red Light District. Wszyscy korzystają dziś ze stron z bezpłatnymi filmikami. Po co bulić, skoro można mieć za friko?!

Odkąd powstały, rozrastają się w zastraszającym tempie. RedTube miesięcznie odnotowuje ponad 15 mln wizyt. To 47. miejsce w rankingu najczęściej oglądanych stron na świecie (u nas - 16.). W związku z liczbą darmowych serwisów porno właściciele tych płatnych powoli dopuszczają do siebie myśl, że będą zmuszeni do udostępnienia części swoich produkcji gratisowo, zadowalając się umieszczoną w klipie reklamą swojej oficjalnej strony, gdzie znajdują się całe filmy i lepszej jakości. Tak działa np. popularna witryna Brazzers.com.

Samo zarządzanie gratisową stroną jest umiarkowanie dochodowe. Za korzystanie z jej dobrodziejstw, czyli oglądanie i uploadowanie materiałów, nikt nikomu nic nie płaci. YouPorn - 35. w rankingu popularności (55. w Polsce), choć przez rok zwiększyła oglądalność o ponad 14 tys. procent (sic!), przynosi raptem 120 tys. dol. zysku miesięcznie. Jej twórcy to nie przeszkadza. Twierdzi, że strona jest eksperymentem ery web 2.0, nie biznesem.

Wiadomo - w miejscu tego typu reklamować chcą się jedynie dostawcy usług pokrewnych tematycznie. Najczęściej są to witryny z wideo czatami, które płacą striptizerkom za siedzenie przed kamerkami. Wchodzimy do pokoju Wielkie Cyce, wybieramy dziewczynę z najkształtniejszym biustem i przenosimy się na jej podstronkę. Jeśli pani naprawdę nam się spodoba i chcemy obejrzeć ją w pełnej krasie, musimy sięgnąć po kartę kredytową.

Również AEBN nie utrzymuje PornoTube dla zysków - stronę traktuje jako ramię marketingowe, odsyłacz do treści płatnych. O podobnym ruchu myślało Vivid, które rozważało kupno YouPorn za 20 mln dol. (niedrogo; dla porównania: Google zapłaciło za YouTube 1,65 mld, a News Corporation za MySpace - 580 mln), jednak firma nie zdecydowała się na ten krok z powodu przepisów prawnych w USA. Narzucają one obowiązek przedstawienia dowodu, że aktorki w momencie robienia zdjęć były pełnoletnie. Na logikę: upload prywatnych filmów w ogóle nie powinien być dozwolony!

 

 

 

Piraci z jajami

 

Ale jest dozwolony. Możliwość uploadów oznacza w praktyce dwie rzeczy. Po pierwsze: zwiększa się liczba aktorów i producentów - ludzie lubią się pokazywać w dziwnych okolicznościach przyrody. Chłopiec może np. zrobić na złość swojej byłej, wrzucając do netu "revenge tape" - intymne nagranie, które miało nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Sporo można znaleźć też filmów z pijanymi dziewczętami: na imprezie niespecjalnie przejmowały się obecnością kamery, a nad ranem nawet nie pamiętały, co się działo. Mnóstwo pań decyduje się również na występ przed kamerą za parę dolarów. Producent amator jedzie autem z kolegą operatorem, podrywają blondynkę, wręczają jej kilka zielonych i... Cały proces rejestrują na kamerze, a potem ładują na stronę. Filmy odnajdziemy potem na witrynach typu milfhunter.com.

Administratorzy stron własnymi siłami przeprowadzają weryfikację zgodności materiału ze sławetnym paragrafem 2257 (Child Protection and Obscenity Enforcement Act). Ciężko jednak ocenić wiek aktorów amatorów. No i sprawdzenie tysięcy filmików dziennie jest fizycznie niemożliwe.

Drugi aspekt niczym nieograniczonego uploadu to piractwo. Ludzie wrzucają na "tuby" filmy dużych producentów. Vivid wytoczył nawet proces PornoTube, z którego się jednak po roku wycofał. Nic dziwnego, podobne sprawy z wielkimi firmami (EMI, Viacom) przechodził już YouTube. Wygrywał, a w najgorszym wypadku następowała ugoda. Z internetem ciężko wygrać. Bo jak? Pornopiractwo to przecież nie tylko udostępnianie filmów na bezpłatnych serwisach, lecz również bezpośrednia wymiana plików metodą peer2peer. Istnieją dziesiątki wyspecjalizowanych trackerów Bit Torrent, np. Pure TnA, PornoRip czy Emporium.

Wkurzona branża zwarła szyki. Pod koniec 2007 r. kilkudziesięciu największych producentów zorganizowało konferencję antypiracką. Szukali rozwiązania problemu internetowych złodziei, którzy zabierają im 2 mld dol. rocznie. Szukali, ale nie znaleźli. Jak się ma bowiem 65 firm do milionów internautów na całym świecie? Klony YouPorna powstają każdego dnia i ta tendencja nie ulegnie zmianie. DVD przestaną się sprzedawać, pornopotentaci mogą jedynie liczyć  na grosze płacone za VoD. Nie oni pierwsi dowiedzieli się, że rewolucja zjada własne dzieci.               

 

 

 

Dziesięć najpopularniejszych stron dla dorosłych

 

1. YouPorn - serwis z 30 tys. darmowych filmw we flashu, możliwość uploadu, 4 mln oglądających dziennie.

2. AdultFriendFinder - jeśli szukasz partnerki do seksu, tu masz miliony chętnych; strona warta 500 mln dol.

3. RedTube - kopia YouPorno z 8,5 tys. nagrań, 500-procentowy wzrost oglądalności przez rok.

4. PornHub - kolejny klon, tyle że z ciekawymi opcjami społecznościowymi (np. wideo tylko dla przyjaciół).

5. Xvideos - następny twór tego typu; codziennie 100-200 nowych filmów.

6. Tube8 - jw., dość młoda strona z milionem użytkowników.

7. LiveJasmin - ponad 100 tys. osób rozbiera się na żywo przed kamerkami, oczywiście za kasę.

8. Xnxx - witryna z darmowymi filmikami i dziesiątkami dziewczyn przed kamerami.

9. Xhamster - prócz bezpłatnych nagrań mamy tu czat i gierki. Oglądalność poniżej miliona.

10. RealityKings - jedyny w tym zestawie serwis z płatnymi filmami, m.in. z Evą Angeliną.

 

 

 

Liczby prezentowane w tekście zaczerpnięto z różnych opracowań, często znacznie się od siebie różniących - należy ja traktować jako dane o sporym przybliżeniu.

 

Tekst: Łukasz Figielski

 

Zdjęcia: Shutterstock, Bulls, Corbis

 

 

Zobacz też na Logo24:

  

 

 Seksbomby z ekranu
   
   Złamany penis
   
   Seks na talerzu
   
   Podzielisz się?
Więcej o: