Prędzej ci serce pęknie

Ani z samochodem, ani z kartą kredytową, ani nawet z maszynką do golenia mężczyzna nie obcuje tak blisko, jak z prezerwatywą. Ładunku emocjonalnego, jakim obdarzamy ten właśnie gadżecik, nie da się porównać z jakimkolwiek innym. Wolałbyś być przyłapany przy wysiadaniu z obciachowego samochodu czy przy zamawianiu prezerwatyw w małym rozmiarze?
 

 

Zamieszczane w ilustrowanych magazynach teksty o historii prezerwatyw zwykle zawierają jakieś wzmianki o tym, że znali je już starożytni Egipcjanie lub przynajmniej Rzymianie. "Logo" powinno jednak trzymać pewien poziom, zaznaczę więc od razu, że historyczne podstawy takich hipotez są kruche. Owszem, Howard Carter w grobowcu Tutanchamona odkrył coś, co może wyglądać jak skórzana nakładka na penis. Owszem, znane są starożytne malowidła przedstawiające mężczyzn coś sobie tam zakładających - ale tak naprawdę niewiele z tego wynika. Mężczyźna ma do swojego penisów stosunek raczej emocjonalny, mówiąc łagodnie.

 

 

 

Antropologia zna wiele przykładów artefaktów zakładanych na penis nie w celu odbycia stosunku, tylko dla nadania bojowego wyglądu: że przytoczę oficjalny tytuł niedawnego przywódcy Zairu - "kogut opiekujący się licznymi kurami" ("Mobutu Sese Seko Nkuku Ngbendu wa Za Banga"). Artefakt z grobowca Tutanchamona równie dobrze można więc uznać za starożytny odpowiednik sportowego samochodu - miał po prostu komuś wydłużyć.

  

W miarę pewna historia prezerwatyw ma więc zaledwie (lub aż) około 450 lat. Wybitny włoski lekarz i anatom Gabriele Falloppio (publikujący też jako Fallopiusz) prowadził wtedy badania nad budową ludzkiego ciała i między innymi naszych narządów rozrodczych. Najgroźniejszą europejską epidemią połowy XVI stulecia był syfilis, choroba praktycznie nieuleczalna aż do czasów wynalezienia antybiotyków. Falloppio nie mógł, oczywiście, skutecznie leczyć ofiar, ale rozumiał jej specyfikę na tyle, że wiedział, iż jest przenoszona drogą płciową. Zasugerował więc, by zapobiegać zarażeniu przez owinięcie penisa cienkim zdezynfekowanym płótnem. Prawdopodobnie nie on pierwszy wpadł na ten pomysł, ale on pierwszy opisał to na tyle precyzyjnie, że jego traktat z 1564 r. stanowi najstarszy opis prezerwatywy w nowożytnym znaczeniu. W ciągu następnych dekad prezerwatywy weszły do w miarę powszechnego użytku. Falloppio wyprzedzał swoje czasy też w podejściu do higieny osobistej - płótno może i nie było najprzyjemniejsze w dotyku, raczej nie było  

Gabriele Falloppio, lekarz, pierwsze próby użycia prezerwatyw

też szczególnie seksy, ale można je było wygotować lub radykalnie odkazić. A mówimy przecież o epoce - proszę nie próbować zbyt intensywnie tego sobie wyobrażać - prezerwatyw wielorazowego użytku.

Prawie dokładnie 40 lat po pierwszych eksperymentach Fallopiusza stanowisko w sprawie prezerwatyw zajęła katolicka teologia. W traktacie zatytułowanym "De iustitia et iure" (wszyscy pomyślą, że robię sobie jaja, ale to naprawdę oznacza "O prawie i sprawiedliwości"!) flamandzki teolog Leonardus Lessius potępił używanie prezerwatyw jako środka antykoncepcyjnego. Tak się zaczęła sytuacja trwająca właściwie do dzisiaj - prezerwatywy są zalecane przez lekarzy jako środek chroniący przed różnymi przykrymi chorobami przenoszonymi drogą płciową, a Kościół katolicki jest stanowczo na nie, bo przy okazji prezerwatywy służą też kontroli poczęć.

 

 

 

W 1666 r. komisja powołana do zbadania spadku przyrostu naturalnego w Wielkiej Brytanii wśród przyczyn wymieniła rosnącą popularność "kondonów" - przez "en". W końcu przyjęła się raczej pisownia przez "em", ale nie ma to specjalnego uzasadnienia - tak naprawdę nie wiadomo, skąd się wzięło to słowo, są teorie łączące je już to z popularnym angielskim nazwiskiem, już to z łacińskim słowem condus ("końcówka"). W ten sposób prezerwatywami zaczęli się interesować nie tylko teologowie, ale także politycy, którym nader często zależy na podnoszeniu przyrostu naturalnego. Najczęściej po prostu po to, żeby mieć więcej mięsa armatniego - stąd ograniczenia w dostępie do prezerwatyw np. w Trzeciej Rzeszy, ale także i w liberalnej Francji tuż po I wojnie światowej. Ostatnim zachodnioeuropejskim krajem, który zniósł taki zakaz, była Irlandia - kondomy stały się tam legalne w 1979 r.

 

 

Guma i zwierzęce jelita

 

Charles Goodyear, wynalazł technologię produkcji gumy.

  Z punktu widzenia teologiczno-moralnego postęp w sprawie prezerwatyw był więc raczej niewielki, ogromny jest za to postęp techniczny. W 1844 r. Charles Goodyear opatentował proces wulkanizacji, czyli przerabiania naturalnie występującego kauczuku w tworzywo, które dziś powszechnie nazywamy gumą.

Goodyear był typowym przykładem nieszczęśliwego wynalazcy, który wyświadczył ludzkości ogromną przysługę, ale sam zmarł w nędzy. Nie umiał tak zaprojektować procesu produkcyjnego, by jego tworzywo było tanie - w 1855 r. zrobił wprawdzie pierwsze gumowe prezerwatywy, ale były one droższe od skórzanych!

Pierwsze prezerwatywy masowo produkowane - i dzięki temu na tyle tanie, że można było je traktować jako produkt jednorazowy - pojawiły się w 1888 r. Były wykonane z jelit zwierzęcych, a ich producent Julius Schmid był weteranem przemysłu wędliniarskiego. Po prostu zastosował technologię znaną mu z wyrobu skórek do kiełbasy.

 

 

Trojan contra Durex

 

Guma i zwierzęce jelita rywalizowały ze sobą na tym rynku aż do wielkiego kryzysu w 1929 r. Takie zjawiska ekonomiczne przyśpieszają przemiany techniczne. Sprawiają, że pewne wynalazki, które dotąd nie mogły się przebić, nagle wypierają z rynku dotychczasowych potentatów.

W przypadku tamtego kryzysu były to m.in. radio, film dźwiękowy i lateksowe prezerwatywy, które od początku lat 20. w Ameryce oferowano pod marką Trojan, a w Europie Durex. Do dziś obie marki władają tymi kontynentami - najważniejsza różnica między Amerykaninem a Europejczykiem polega na tym, że może istnieć dorosły Europejczyk niewiedzący, co to Trojan, i dorosły Amerykanin niewiedzący, co to Durex.

Być może obecny kryzys zrobi to samo z innymi materiałami, z których można robić prezerwatywy. Przemysł ma już nawet kilku kandydatów: to przede wszystkim poliuretan, poliizopren i żywica syntetyczna AT-10.

 

Trojan Supra, 6 szt./9,95 dol.

Lateks ma bowiem jedną zasadniczą wadę - uczula. Nie jest to może aż tak groźne, a już na pewno nie aż tak rozpowszechnione, jak sugerowała swego czasu posłanka Anna Sobecka. Fakt pozostaje jednak faktem, lateksowe prezerwatywy nie są dla każdego. Inne są jednak mało popularne. W specjalistycznych sklepach, zwłaszcza w pewnych dzielnicach Tokio i Amsterdamu, wciąż jeszcze można kupić kondomy ze zwierzęcych jelit. Stosunkowo od niedawna na rynku dostępne są prezerwatywy z poliuretanu - Trojan Supra i Durex Avanti. Na poliizopren postawiła z kolei firma Lifestyle ze swoją marką SKYN. I wreszcie Pasante oferuje jedyne na świecie prezerwatywy z żywicy syntetycznej, słusznie nazwane Unique.

 

  

 

Te nowe marki są na rynku obecne stosunkowo od niedawna, więc chociaż poddano je wymaganym przez prawo testom laboratoryjnym - tak naprawdę nie wiemy, na ile można im ufać. Ich wspólną zaletą jest to, że są cieńsze nawet od lateksu. Żywica AT-10 nie jest jednak elastyczna, za to po ogrzaniu ciasno przylega do penisa, przez co niektórzy czują się, jakby w ogóle nie było żadnej prezerwatywy - a inni wprost przeciwnie.

 

 

Erosy z Krakowa

 

 

Poliuretan i poliizopren nieco bardziej przypominają gumę, starszym czytelnikom "Logo" mogą więc przypomnieć pierwsze wzruszenia z czasów młodości, gdy drżącym głosem prosiło się w kiosku o wyrób zakładów przemysłu gumowego Stomil Kraków - prezerwatywy Eros Ol-Ex, "kontrolowane elektronicznie". W 1991 r. doprowadziły zakład do bankructwa, bo popyt uległ nagłemu załamaniu - nasz rynek zalały lateksowe prezerwatywy z importu. Dziś jednak wciąż jeszcze można je kupić na Allegro. Erosy rzeczywiście kontrolowaneo elektronicznie (naciągano je na testową elektrodę i sprawdzano przewodzenie prądu), ale z punktu widzenia użytkownika były przede wszystkim straszliwie gumowe - pachniały jak gumowe rękawice i takie też były w dotyku. Warto było obalić komunizm już choćby dla przesiadki na lateks. Krakowskie zakłady korzystały z technologii pochodzącej jeszcze z czasów cesarsko-królewskiej monarchii Franciszka Józefa. Sprzedawano wtedy prezerwatywy marki Olla-Gum, która do dzisiaj jest rozpoznawana w krajach dawnych Austro-Węgier. Łatwo zrobić test: w międzynarodowym towarzystwie głośno zawołać "Olla-Gum!" - na pewno odwrócą się Austriacy, Czesi, Węgrzy i Polacy, ale już niekoniecznie Francuzi czy Anglicy.

Prezerwatywy te zyskały popularność dzięki znakomitym, niekonwencjonalnym kampaniom promocyjnym - u nas reklamowano je hasłem, które uważam za szczytowe osiągnięcie w historii polskiego copywritingu: "Prędzej ci serce pęknie".

 

 

Wojenne przygody kondomu

 

Dzięki wpływom względnie liberalnej w tych sprawach c.k. monarchii Polakom nie obce było doświadczenie mężczyzn z XX w. - którzy skoro już mają przy sobie względnie niedrogie, za to bardzo szczelne opakowanie, to wynajdują dla niego inne zastosowania. Pomyślmy tu choćby o biednych Rumunach, którzy musieli rozstrzelać Ceausescu, żeby w ogóle prezerwatywa stała się dla nich dobrem powszechnym!

Podczas drugiej wojny światowej kondomy rozdawano powszechnie żołnierzom po obu stronach frontu - politycy, nawet jeśli chcieli mieć więcej mięsa armatniego i wzbraniali dostępu do antykoncepcji cywilom, nie chcieli, by to mięso im chorowało.

 

 

Wodoodporność okazywała się bezcenna na polu walki - żołnierze lądujący na plaży Omaha zapobiegliwie owijali przydziałowymi kondomami elementy uzbrojenia, ale także zapalniczki i papierosy. Fotoreporteży tygodnika "Life" zawijali zaś w prezerwatywy swoje aparaty Leica. Winston Churchill powołał specjalną komórkę do wynajdowania nietypowych metod walki, pozwalających sabotażyście zrzuconemu za linie wroga sporządzić improwizowaną bombę z niewinnie wyglądających składników. Kierujący tą komórką - o nieformalnym kryptonimie "sklep z zabawkami" - generał Millis Jefferis był prawdziwym pierwowzorem bondowskiego Q. Ludzie Jefferisa szybko odkryli, że do produkcji bomb najlepiej nadają się właśnie prezerwatywy (które można wypełnić np. łatwopalną cieczą) i  tabletki Alka-Seltzer, z których można stworzyć prosty zapalnik czasowy. Siedzibą tej komórki było małe miasteczko Aylesbury w Buckinghamshire i pracujący w niej incognito inżynierowie szybko zaczęli się cieszyć szacunkiem mieszkańców, którzy uważali, że jeśli ktoś kupuje w aptece hurtowe ilości kondomów i tabletek na kaca, to musi być prawdziwym balangowym wyczynowcem.

 

Unimil, 3 szt./7,99 zł

 

 Durex, 3 szt./8 zł

 

Prawdopodobnie fałszywa, ale za to przeurocza, jest anegdota o tym, jak firma Durex zaproponowała Churchillowi, że sama dostarczy swój produkt w specjalnych, dużych rozmiarach, przeznaczony już tylko do owijania karabinów maszynowych. W ramach wojny psychologicznej przeciwko Niemcom premier zaproponował, żeby na opakowaniu prezerwatywy na osiemnastocalową lufę karabinu umieścić dwa napisy. "Made in Britain" i "SIZE: MEDIUM".

 

 

W kwestii rozmiaru

 

Tak wracamy do tematu poruszonego na początku artykułu: rozmiar. W XIX w. prezerwatywę sporządzano na indywidualne zamówienie - lekarz mierzył organ i do wyniku pomiarów dostosowywano kondom wielorazowy. Źródła historyczne milczą na temat tego, w jaki sposób pacjent był doprowadzany do erekcji w warunkach pomiarowych. Dziś prezerwatywy produkowane są przemysłowo w standardowych rozmiarach. Z rozmiarami jest tak jak z popcornem w kinie, który można zamówić tylko duży, bardzo duży i gigantyczny. Jeśli jakaś prezerwatywa jest oferowana jako mała, to musi chodzić o złośliwy żart, tak jak w przypadku fikcyjnych kondomów w "Small Pecker", które można kupić w sklepach z "dziwnymi rzeczami" jako złośliwy prezent dla kogoś, za kim nie przepadamy. Poza tym kwestia rozmiaru wygląda mniej więcej tak, jak w ofercie Dureksa - który sprzedaje prezerwatywy "zwykłe" oraz dwa rodzaje większych: XL i XXL.

O tym, jak drażliwy to temat, najlepiej świadczy fakt, że primaaprilisowy dowcip holenderskiego radia o opracowaniu unijnej normy na rozmiar prezerwatywy obiegł europejskie portale oraz agencje informacyjne i został potraktowany całkowicie serio. Bo rozmiar penisa to nie jest sprawa, z której można sobie żartować.

 

Unique, 3 szt./4,60 funta

 

LifeStyles Skyn, 12 szt./13,99 dol.

 

Jak zwykle na naszym kontynencie przy takiej okazji najwięcej wszyscy sobie używają na Niemcach, rzekomo obdarzonych najmniejszymi. Może właśnie dlatego to niemiecki inżynier Jan Vinzenz Krause od kilku lat próbuje wprowadzić na rynek re- wolucyjny wynalazek przecinający wszystkie takie dyskusje raz na zawsze: prezerwatywę w spreju o nazwie Jolly Joe.

Może to będzie ten wynalazek, który wyłoni się jako dominujący na rynku po obecnym kryzysie - tak jak 80 lat temu okazał się nim lateks? Niedługo się przekonamy...       

 

 

Jolly Joe, prezerwatywy w spreju - nie ma ich w sprzedaży

  

 

Zobacz też na Logo24:

 

  Album gum 
  Płodność pod kontrolą  

  

 

Tekst: Wojciech Orliński

 

Zdjęcia: Marcin Klaban, Shutterstock, materiały promocyjne