LG V30. Szkoda, że nie miałem cię wcześniej

LG V30

LG V30 (Fot. materiały prasowe)

Jako nastolatek marzyłem o karierze filmowca. Zainspirowany twórczością Quentina Tarantino, wyobrażałem sobie siebie, dyrygującego wieloosobową ekipą na planach zdjęciowych najważniejszych produkcji. Postanowiłem, że w wieku 36 lat - na stulecie Oscarów - odbiorę statuetkę za najlepszą reżyserię. Napisałem nawet szkic podziękowań, w których pokłoniłbym się matce, babci i siedzącej w pierwszym rzędzie Meryl Streep.

Praktycznie zerowe umiejętności tuszowałem młodzieńczą pasją. Spod mojej klawiatury wyszły scenariusze o tak enigmatycznych tytułach jak "4 godziny do końca świata", "Złodzieje czasu", "Fanka Magdy G.", "Casino Poker" czy "Adolf i Klaus". Zwłaszcza ten ostatni tekst, przeczytany po latach, okazał się koszmarnie absurdalny.

Słowo rzadko stawało się obrazem. Choć dorastałem już w cyfrowym świecie, komórki nie były jeszcze wyposażone w niezłe aparaty, a posiadanie własnej kamery ocierało się o luksus. Jako młodzieńczo bezczelny nastolatek, marzący o Złotej Palmie, pożyczałem czasem sprzęt od wujka, który kamerę otrzymał w ślubnym prezencie.

Efektem tych niewinny zabaw, gdzie w aktorów wcielali się koledzy z klasy, a operatorem okazał się szkolny nerd (olimpijczyk!) jest zwiastun do nigdy niedokończonej produkcji "Dreamshop":

Historia była nawet ciekawa - oto dobrze zapowiadający się gimnazjalista na skutek zawodu miłosnego nawiązuje znajomość z ekscentrycznym licealistą, sprzedającym tabletki gwarantujące bardzo realistyczne sny. Z czasem rzeczywistość zaczęła mieszać się z omamami, a główny bohater nie wiedział, co jest jawą, a co snem.

Film (nie bójmy się górnolotnych słów!) nie został ukończony z bardzo prozaicznego powodu - materiał nagrywaliśmy na taśmie 8mm, ale nikt ze znajomych nie dysponował sprzętem, umożliwiającym nam... zmontowanie ujęć. Na jednym z forów internetowych skontaktowałem się ze studentem łódzkiej "Filmówki", który za nazwisko w napisach końcowych gotów był pociąć nam poszczególne sceny. Kasety nawet do człowieka zostały wysłane, ale już nigdy nie zobaczyłem ich ponownie - mężczyzna, prawdopodobnie porażony amatorskością tego, co nagraliśmy, zakopał głowę w piasek i przestał odpisywać na wiadomości. 

Trochę z bezsilności, trochę z braku wartościowych pomysłów na kolejne scenariusze, zainteresowałem się dziennikarstwem. Do tego stopnia, że w towarzystwie ironicznego chichotu wielu znajomych, słyszących różne historie o studiach dziennikarskich, podjąłem naukę na UJ, właśnie na dziennikarstwie. Myśli o szkole filmowej tliły się z tyłu głowy niczym dziecięce marzenia, które takimi już na zawsze miały pozostać.

Aż pewnego czerwca, kilka lat po obronieniu licencjatu, postanowiłem owe marzenia odkopać i wyruszyłem na egzaminy wstępne na UŚ - na Wydział Radia i Telewizji. Choć jak na nowicjusza zaszedłem zaskakująca daleko (odpadłem dopiero na ostatnim etapie), brak doświadczenia w filmowaniu po raz kolejny boleśnie dał o sobie znać - etiuda, którą wyreżyserowałem w finale została zdyskwalifikowana za niezgodność z zadanym tematem (sic!).

Nie chcę się usprawiedliwiać, zrzucać winy na czynniki niezależne ode mnie, ale po kilku tygodniach użytkowania LG V30, przez głowę przelatywała mi tylko jedna myśl: "Gdybym miał ten telefon wcześniej, być może teraz to ja biłbym się o najważniejsze nagrody filmowe".

Bo ten smartfon to - bez cienia kokieterii - prawdziwy filmowy kombajn. Przedsmak możliwości otrzymaliśmy już podczas oficjalnej premiery urządzenia, gdzie mogliśmy go przetestować go w akcji, a więc... na filmowych planach! Do dyspozycji mieliśmy aktorów, oświetlenie, a cała reszta zależała już tylko od naszej inwencji. Bo o jakość nagranego materiału mogliśmy być spokojni.

Szczerze mówiąc, jestem sceptycznie nastawiony do coraz szumniejszych zapowiedzi producentów, którzy deklarują możliwości i specyfikacje, jakich świat nie widział. Przyglądam się flagowcom i każdy z nich atakuje mnie informacjami o najlepszym aparacie, najlepszej kamerze, największych możliwościach. Nie inaczej było w przypadku LG V30, gdzie producent tryb Cine Video (pozwala na stosowanie definiowanych motywów do stworzenia oryginalnej, unikalnej atmosfery filmu - żywsze kolory, lepsze efekty) reklamuje wprost: "Zostań reżyserem".

Ale to naprawdę możliwe, co nie powinno nas przesadnie dziwić w dobie, kiedy więcej widzów przyciągają youtubowe produkcje, a dziennikarze BBC - stacji-wzór jeśli chodzi o telewizję informacyjną - swoje materiały nagrywają smartfonami. 

LG V30 wyposażono w dwa główne aparaty (obiektyw o standardowym kącie widzenia, jasności 1/1.6 i matrycę 16 Mpix oraz obiektyw szerokokątny o jasności f.19 i matrycy 13 Mpix). I choć już standardowe ustawienia umożliwiają nam wykonanie naprawdę świetnych zdjęć, ogromne możliwości urządzenia odkryjemy dopiero korzystając z rozbudowanego trybu manualnego. Tak jak nie nakręcisz wartościowego filmu, korzystając z automatycznych ustawień, tak twoje zdjęcia będą po prostu gorsze, jeśli nie zainteresujesz się filtrami, presetami i innymi opcjami ułatwiającymi życie. Ekhm, fotografowanie. Podczas przyglądania się twórczości instagramowych celebrytek, łatwo można dojść do wniosku, że korzystać z bogatych możliwości poprawy zdjęć, też trzeba umieć. V30 jest na szczęście na tyle intuicyjny, że o przekroczenie newralgicznej granicy realizmu naprawdę trudno!

Ten sam ogrom możliwości otrzymamy również w trakcie kręcenia filmów (że wspomnę o niemal bezbłędnym zbieraniu dźwięku i świetnej stabilizacji video). Nie bez powodu branżowy portal Spider's Web nazwał LG V30 "najbardziej niedocenionym smartfonem 2017 roku". Jak pisał w swojej recenzji Łukasz Kotkowski, tym urządzeniem po prostu chciało mu się robić zdjęcia (ja np. rozkochałem się w opcji będącej ponad siły mojego prywatnego telefonu, jaką jest tworzenie panoram 360).

I tu się zgodzę, że to prawdopodobnie największy atut sprzętu. Sam jestem osobą, której telefon służy wyłącznie do odbierania połączeń (choć i tu, z racji mojej chronicznej nieuwagi, bywa z tym różnie). Tymczasem LG V30 nie tylko wykonywałem błahe zdjęcia krakowskiej Kładki Bernatka, ale również zabrałem go na narty do Wisły, gdzie dokonałem testów w tzw. akcji. Jedynie do selfie wciąż się nie przekonałem, ale to może i lepiej, bo jak przeczytałem na branżowych blogach - przedni aparat w LG V30 to jeden z najsłabszych elementów smartfonu, który jak na sprzęt za ponad trzy tysiące złotych, powinien po prostu oferować więcej.

Nie jestem dziennikarzem technologicznym, więc nie mam kompetencji, by fachowo podsumować opcje V30. Z pełną odpowiedzialnością mogę za to stwierdzić, że to nie tylko fajny gadżet dla prawdziwych mężczyzn, charakteryzujący się świetnym, nowoczesnym designem, a wiemy, że w przeszłości LG miało z tym problem... (choć trzeba uważać na tylną obudowę, którą niezwykle łatwo "upalcować"). To też sprzęt dla chcących rozpocząć swoją przygodę z filmowaniem czy fotografią. Bo zanim przerzucisz się na lustrzankę za miliony monet, sprawdź czy w ogóle masz zadatki na artystę.

Dlaczego V30 jest idealnym gadżetem dla mężczyzny? Na pewno bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie wydajność modelu. Jestem osobą, której prywatny smartfon często się rozładowuje, a o dbaniu o baterię wiem naprawdę niewiele. Tymczasem telefon od LG bez problemu wystarczył mi na cały dzień harców, łącznie z kilkugodzinną podróżą w rodzinne strony (wreszcie nie musiałem się stresować, czy będę miał z czego zadzwonić po taksówkę). Jako fascynat muzyki i wyznawca Tidala stwierdzam również, że V30 to najlepszy muzyczny smartfon na rynku. Właśnie dla takich urządzeń, ludzie rezygnują z odtwarzaczy Mp4 czy Mp3. Bo po co wydawać krocie na sprzęt dla audiofilów, kiedy audiofilskie możliwości możemy mieć w telefonie? Odradzam za to korzystanie z zewnętrznego głośnika, który nie dość, że jest mono, to jeszcze umiejscowiono go na dole, przez co łatwo go zasłonić.

Nawet jako technologiczny laik nie mam wątpliwości, że LG V30 to jeden z najbardziej multimedialnych smartfonów na rynku. Jeśli znudzi cię słuchanie muzyki czy oglądanie Netflixa, pograj w gry - praktycznie każdy tytuł z Google Play będzie hulał płynnie, co nawet w przypadku flagowców nie jest oczywistością. Ja ostatnio z uporem maniaka katuję "Milionerów". Chociaż wirtualnie mogę pochwalić się licznymi zerami na koncie.

Miałem przyjemność obcowania z wieloma flagowcami, ale powiem szczerze, że to chyba V30 zrobił na mnie najlepsze wrażenie. Bo to przede wszystkim bardzo dobry telefon. Ale również aktywował we mnie kumulujące się od wielu lat pokłady twórczej aktywności. Może nie nakręcę od razu remake'u "Dreamshop", ale kto wie, czy krótszej formy nie uda się popełnić?

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • case na telefon Zabawne, klasyczne lub kreatywne? Wybieramy najlepszy case do telefonu [przegląd]
  • Nissan Leaf Nissan Leaf. Nadjeżdża najlepszy elektryk na rynku!
  • Asics, buty do biegania Buty do biegania - czy koniecznie muszą być drogie?
Skomentuj:
LG V30. Szkoda, że nie miałem cię wcześniej
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy