Wyścig na prostej. Mille Miglia przyciąga kibiców i zawodników z całego świata

Mille Miglia

Mille Miglia (Fot. materiały prasowe)

Sympatycy rajdu czekają na kolejne edycje cały rok. Kierowcy są witani z niemal boską czcią. Mille Miglia udowadnia, że romantyczna wizja wyścigów samochodowych wciąż jest niezwykle pożądana.

Jednak nim rajd osiągnął obecny status, musiało minąć wiele lat. Jak przekonują fani zawodów, w latach 1950-1957 rozpoczęła się naprawdę wielka era Mille Miglia. Umiejętności startujących kierowców przekładały się na zainteresowanie medialne, a po włoskich uliczkach pędziły najdoskonalsze samochody tamtych czasów. Jeśli szukalibyśmy czegoś, co w latach 50. ubiegłego wieku miałoby nosić określenie "Motoryzacyjnej Ligi Mistrzów", bez wahania należałoby wskazać bresciańską imprezę.

Dodatkowo uwypukliły się te zalety, które zdecydowały o sukcesie rajdu w pierwszy latach po II wojnie światowej. Mille Miglia wciąż dawała ludziom nadzieję, tym razem również w bardziej wymiernej formie - organizacja wyścigu wreszcie stała na naprawdę wysokim i profesjonalnym poziomie, a dzięki zręczności i doświadczeniu włodarzy, udało się poprzez zawody choć częściowo odbudować zniszczoną infrastrukturę. Donald Healey, uczestnik tamtych edycji stwierdził, że rajd ma wręcz lunatyczną atmosferę. Specyficzne warunki pogodowe (gęsta mgła), bliskość rozentuzjazmowanych kibiców i auta rodem z przyszłości... "Lunatic race" to porównanie wyjątkowo trafne.

Lata 50. to nie tylko okres, kiedy najważniejsi producenci aut wysyłali swoje modele na start Mille Miglia. Włoski rajd był wręcz traktowany priorytetowo, m.in. przez Ferrari, a legendarny Enzo zwykł powtarzać, że impreza jest "Najpiękniejszym wyścigiem świata". Podobnym statusem Mille Miglia cieszyła się u Alfa Romeo i Jaguara. Mimo obaw, że większa profesjonalizacja zabije ducha wyścigu, udało się utrzymać jego charakterystyczną, niepowtarzalną atmosferę.

No i w końcu również ten okres miał swoich bohaterów. Młodziutki Giannino Marzotto jadący prywatnym samochodem marki Ferrari o mocy 155 KM, został wyśmiany, kiedy pojawił się na starcie ubrany w dwurzędowy garnitur, podczas gdy startujący w wyścigu czempioni mieli na sobie regulaminowe kombinezony. Trzynaście godzin później amatora, ciągle ubranego w ten sam strój, witano na mecie jako niespodziewanego, ale perfekcyjnego i zasłużonego zwycięzcę. Założony przez niego niebieski krawat pasował idealnie do koloru karoserii firmy Touring jego ferrari 195S.

To nie jedyne zaskoczenie, które miało miejsce w tamtym czasie. Za ważne wydarzenie uznaje się rok 1954, kiedy Ferrari przegrało w Mille Miglia z Lancią. Samochód prowadził Alberto Ascari, dwukrotny mistrz Formuły 1. Zginął rok później, gdy testował pojazd na torze Mozna - do dziś pechowy zakręt nosi jego nazwę.

Dodatkowej pikanterii zawodom z tamtego okresu dodawała rywalizacja na linii Ferrari i Mercedes-Benz. Niemiecki koncern wpadł w świat Mille Miglia tylko w jednym celu - liczyło się wyłącznie zwycięstwo. Plan udało się zrealizować już w 1955 roku - Włosi zostali pobici przez duet Stirlig Moss i Denis Jenkinson. Ten drugi wpadł na pomysł, który później będzie naśladowany przez wszystkich rajdowców na świecie: opisał na kartce papierów trasę, a komendy przekazywał swojemu kierowcy. Zupełnie jak robią to współcześni piloci.

Romantyczny okres wiąże się z równie romantycznym zakończeniem. W 1957 roku doszło na trasie do śmiertelnego wypadku, którego konsekwencją było, że organizację Mille Miglia wstrzymano na kilkadziesiąt lat. Wyścig - na szczęście - wrócił, w zmienionej formule. Organizatorzy bresciańskich zawodów znów pokazali wielki upór i wytrwałość w dążeniu do celu. Choć niewielu dawało Mille szansę na powrót, ponowny start stał się faktem.

***

Jest 14 maja 2015 roku. Piękny majowy weekend, urokliwe wioski między Brescią a Rzymem. Tłum uradowanych kibiców, dumni zawodnicy. Samochody z dawnych lat, które ani trochę się nie zestarzały. Wyścig Mille Miglia przetrwał, z każdym rokiem powracając coraz mocniejszy.

A teraz na starcie znów staną Polacy...

Polecamy