Małysz: Sukcesy smakowałyby lepiej, gdyby nie sława

Kiedyś zapomniałem nawet jak wygląda główny plac w mojej rodzinnej Wiśle. W czasach największej popularności nie odwiedziłem go przez trzy, cztery lata. Do urzędu miasta wjeżdżałem od tyłu, miałem specjalne zezwolenie od burmistrza - mówi Adam Małysz, najlepszy polski skoczek narciarski, w rozmowie z Kubą Dobroszkiem.

Sobotni poranek, Wisła, góry. Do Galerii Sportowych Trofeów Adama Małysza docieram kompletnie przemoczony - w taką pogodę nie pomaga nawet parasol. Gospodarz na szczęście nie każe na siebie długo czekać.

Kuba Dobroszek: Boże, ale zmokłem!

Adam Małysz: - No, straszna dziś ulewa...

Rozmowy o pogodzie pewnie opanował Pan do perfekcji.

- Bo skoki, wiatr i tak dalej?

Był taki okres, że nawet w sklepie wszyscy Pana zaczepiali. O czymś z tymi ludźmi trzeba było rozmawiać.

(śmiech) Wtedy mówiło się o skokach. Zresztą nawet teraz - jeśli już ktoś mnie zagadnie na ulicy - to pierwsze pytanie brzmi "kiedy wracasz do skoków?".

Nużące?

- Nawet nie. Po prostu odpowiadam, że już nie wrócę. Kilogramów za dużo, ciężko byłoby je zrzucić. Ludzie tęsknią za tamtymi czasami, to normalne.

Pamięta Pan jakąś szczególną rozmowę z kibicem?

- Dostałem kiedyś list, którego nie zapomnę do końca życia. Przysłała go pewna starsza pani przebywająca w domu opieki. Osiemdziesięciolatka. Nie była w stanie sama go napisać, więc pomogła jej pielęgniarka. Kobieta zwierzyła się, że dzięki mnie nadal utrzymuje się przy życiu. Że moje skoki są bodźcem, dającym jej siłę.

Odpisał Pan?

- Rzadko odpisywałem, bo listów było mnóstwo, a ja nie jestem pisarzem. W moim życiu od dziecka - zamiast nauki - był sport. Oczywiście w szkole dawałem radę, ale nigdy nie błyszczałem ocenami. Dlatego jeśli już odpisywałem to krótkimi pozdrowieniami z dołączoną kartką z autografem.

Żona też czytała?

- Pewnie. Ale z czasem jej zabroniłem, bo nie wszystkie listy były miłe. Niepotrzebnie się dołowała.

To znaczy?

- Były listy z groźbami, obrażające nas... Nie chcę o nich mówić publicznie.

To ciekawe, bo mam wrażenie, że Pan zawsze był objęty takim trochę parasolem ochronnym. Zwłaszcza wtedy.

- W mediach pewnie tak. Ale niech Pan spojrzy choćby na to, co dzieje się teraz w Internecie - każdego można łatwo zwyzywać i obrazić, w dodatku bez konsekwencji. To nie jest tak, że każdy mnie lubił. Wielu mi zazdrościło.

Sukcesu?

- Sławy, pieniędzy... Wiele osób pisało na przykład z prośbą o pomoc. Pomagaliśmy bardzo dużo - zresztą wciąż to robimy - ale nie każdemu da się pomóc. Poza tym nie lubię dawać pieniędzy do ręki, bo wielokrotnie zostałem oszukany. Raz nawet bardzo.

Opowie Pan?

- Przyszedł do mnie pewien mężczyzna. Klęknął przy płocie i szlochał, że jego syn potrzebuje operacji. Że jeśli zabieg nie zostanie szybko wykonany, w Niemczech, to chłopak umrze. Dałem mu te pieniądze, to było kilka tysięcy euro. Później się dowiedziałem, że ten pan mieszkał w okolicy. Po tym, jak dostał kasę, chodził po karczmach i przechwalał się, że oszukał Małysza.

Uszło mu to na sucho?

- No tak... Ale byłem w szoku, że można takie rzeczy robić. Od tego czasu pomagam jedynie przez fundacje lub odpowiednie organizacje.

Mężczyzna był z okolic, ale nie jest tak, że przez to zaczął Pan inaczej patrzyć na Wisłę, na Beskid Śląski?

- Oczywiście, że nie. Tu się przecież wychowałem.

Jak Pan pamięta rodzinną Wisłę z czasów dzieciństwa?

- Na pewno była inna. Mniej domów, mniej samochodów (śmiech). Dzieciństwo wspominam nieźle, choć było ciężkie.

Sport dał popalić?

- W zasadzie od szóstego roku życia byłem zawodnikiem. Niby nic z przymusu, nic na siłę, ale kiedy koledzy chodzili grać w piłkę - ja zapylałem na trening. A jak nie poszedłem na trening, to było jeszcze gorzej, bo tata był kierowcą w klubie, a wujek trenerem. Od razu było wiadomo, że opuściłem ćwiczenia.

Znam ten ból - moja mama pracuje w szkole, do której chodziłem. Raz jak uciekłem z ostatniej lekcji, nie zdążyłem nawet dojść do domu, a już był telefon, czemu nie ma mnie na plastyce.

- No widzi Pan (śmiech). Mnie pomagała babcia. Ściemniała, że miałem dużo nauki czy coś. Czasem się udawało.

Z byłymi nauczycielami ma Pan jakiś kontakt?

- Zdarza się. Co ciekawe oni nigdy nie narzekali na moje oceny. Jak już mówiłem nie byłem prymusem, ale nie miałem też jakiś koszmarnych dołów czy zaległości. Średniak. A jak już uczęszczałem do zawodówki - i z racji skoków rzadko bywałem w szkole - to nauczyciele bardzo pomagali mi w skończeniu edukacji.

Szkolne przyjaźnie przetrwały?

- Odkąd zacząłem odnosić sukcesy, to one mocno osłabły. Przyjaciele się odsunęli. Kiedyś nawet spotkałem dawnego kolegę. Mówię mu: "tyle lat, a ty nawet nie przyjdziesz mnie odwiedzić". Wie Pan, co odpowiedział?

Że nie chce przeszkadzać wyższym sferom?

- Strasznie się poczułem, szczęka mi opadła... Wielu kolegów myśli, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. To, że nie chodzę wieczorami po knajpach, nie oznacza, że się zmieniłem.

Bo sukces często zmienia nie tych, co go odnieśli, tylko jego najbliższych.

- To trudne do wytłumaczenia. Osobie, która odniosła sukces jest bardzo ciężko. Bo przecież ten dawny kolega mógł mi odpowiedzieć: "ale przecież ty też mnie nie odwiedziłeś". Tylko że w moim przypadku było zupełnie inaczej. Kiedy zacząłem wygrywać, zacząłem być rozpoznawalny, dom stał się azylem. Jeśli przyszedł do mnie znajomy - trafiał do tego azylu. Kiedy ja szedłem do znajomego - było mi znacznie ciężej się ukryć.

Czyli chce Pan powiedzieć, że żadne młodzieńcze przyjaźnie się nie ostały?

- Siostra, kuzyn, szwagier - to chyba moi jedyni przyjaciele z dawnych czasów. Często wychodziliśmy wspólnie do karczmy, do kawiarni. Zamawiałem herbatę z sokiem malinowym. Sok zwykle podawano osobno, w kieliszku...

Haha, już słyszę te krzyki: "Małysz - alkoholik!".

(śmiech) Opinia szła - że ja to już nawet piwa się nie napiję tylko od razu coś mocniejszego. Proszę się więc nie dziwić, że wolałem pozostawać w tym swoim azylu.

Ale teraz to chyba bardzo osłabło?

- Tak, spokojnie mogę wyskoczyć po bułki. Oczywiście, że turyści wciąż chcą zdjęcia - zwłaszcza, że w telefonach jest teraz wszystko - ale mogę już na przykład bez problemu przejść przez Wisłę. Kiedyś to nawet zapomniałem jak wygląda Plac Hoffa - jeden z głównych skwerów w mieście. W czasach największej popularności nie odwiedziłem go przez trzy, cztery lata. Do urzędu miasta wjeżdżałem od tyłu, miałem specjalne zezwolenie od burmistrza. To samo z lokalną imprezą, Tygodniem Kultury Beskidzkiej - z dwadzieścia lat nie byłem.

Jest czego żałować - zawsze sprzedają tam pyszną miodówkę.

- Wiem, że pyszną, ale wyobraża Pan sobie Małysza przy straganie z miodówką, kiedy za kilka dni konkurs?

(śmiech)

- Pan się śmieje, ale ludzie niestety nie wiedzą, z czym taki sukces się wiąże.

Kiedy osłabła ta największa fala popularności?

- Lata 2000 - 2004 to był ogromny boom. Później miałem lekki kryzys - więc szał też opadł - ale z kolejnymi sukcesami powrócił, choć z mniejszą siłą.

Na coś takiego jak "małyszomania" nie da się przygotować, prawda?

- Nie, ale było mi chyba trochę łatwiej niż na przykład mojej rodzinie. Ja miałem lekki zalążek tej popularności, kiedy wygrałem pierwsze konkursy, jeszcze w latach 90. Media nagle się ożywiły, zainteresowały moją osobą i tym sportem. Pewnego razu doszło nawet do tego, że musiałem chować się w szafie u babci!

Jak to?

- Do jej domu mógł wejść każdy, drzwi były zawsze otwarte. No więc przyszedł sobie dziennikarz. Nie zdążyłbym uciec z pokoju, więc wskoczyłem do szafy. Spędziłem tam trzy godziny, bo facet nie chciał wyjść. Na szczęście w końcu mu się znudziło.

16.01.2009 KRAKOW , ZAKOPANE, PUCHAR SWIATA W SKOKACH NARCIARSKICH , N/Z ADAM MALYSZ , FOT. KRZYSZTOF KAROLCZYK / AGENCJA GAZETAFot. Krzysztof Karolczyk/AG

No dobrze, ale pojedyncze zwycięstwa to chyba jednak nic przy jednym z najważniejszych zjawisk socjologicznych we współczesnej Polsce.

- Oczywiście, te pierwsze lata przypomniałem pół żartem, pół serio. Bardzo się cieszę i jestem dumny ze wszystkich sukcesów, ale bez tej popularności smakowałyby dużo lepiej.

Córka często prosiła o autografy dla kolegów?

- Zdarzało się. Zwłaszcza po pierwszych wielkich sukcesach na początku XXI wieku.

No właśnie, bo pierwsze regularne sukcesy przyszły nieco później. Najpierw były pojedyncze zwycięstwa, kryzys, a nawet myśli o zakończeniu kariery. Czegoś brakowało.

- Po prostu nie radziłem sobie psychicznie. Potrafiłem wygrywać treningi i kwalifikacje, a podczas zawodów lądowałem na dalszych pozycjach. Dużą krzywdę zrobiło mi wygranie próby przedolimpijskiej w 1997 roku w Hakubie. Przez pewien czas byłem wręcz faworytem do złota igrzysk w 1998! Ale jeszcze przed imprezą nadszedł kryzys, a ja pojechałem do Japonii w zasadzie tylko dlatego, że nie było nikogo czwartego do drużyny. Nie skakałem fatalnie, ale skakałem źle.

To pewnie bardzo źle wspomina Pan Nagano.

- Same igrzyska, imprezę, wspominam dobrze. Ogromne przeżycie, wielkie święto sportu. Japończycy przyłożyli się do organizacji, wyszło fantastycznie. Co do zawodów, pamiętam kiepskie warunki pogodowe: raz sypał śnieg, raz wyszło słońce.

Wówczas jeszcze święto sportu, teraz - niepotrzebny wydatek...

- Tak mówią. Choć wtedy też nie było lekko. Firma, która ubierała olimpijską reprezentację Japonii zbankrutowała po imprezie. Jej właściciele przeliczyli się z kosztami.

To jak Pan zapatruje się na te wszystkie głosy krytyki wobec zimowych igrzysk?

- Takie wydarzenie to z pewnością ogromna promocja dla kraju. Nie można powiedzieć, że to nieopłacalne, bo z perspektywy czasu wygląda to zupełnie inaczej - ludzie często wracają w miejsca, gdzie kiedyś rozgrywano zawody.

No ale jednorazowe koszty też są niepodważalne. Wszyscy pamiętamy jak było w Soczi, gdzie Władimir Putin wręcz rozkazał bogatym sponsorom, by wybudowali obiekty.

- Kiedy jeszcze skakałem, wielokrotnie walczyliśmy, żeby w Polsce odbyły się mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. To na pewno byłoby opłacalne, zwłaszcza dla Zakopanego. Wie Pan, często mnie szokuje, jakie kraje otrzymują prawo do organizacji tego typu imprez.

Jakiś przykład?

- Chociażby włoskie Val di Fiemme. Kiedy ja zdobywałem tam mistrzostwo świata, zawody na żywo oglądało dziesięć tysięcy osób, z czego dziewięć, to byli Polacy. Reszta to Niemcy i Norwegowie. Raptem kilkudziesięciu Włochów.

Czemu tak się dzieje?

- Nie wiem. Jest rada, która gdzieś tam zasiada i decyduje. Przecież wielokrotnie obiecywano nam, "że w następnym roku Zakopane już na pewno dostanie prawo do organizacji". Wszędzie jeździliśmy, prezentowaliśmy się, ale po latach stwierdzam, że to nie miało najmniejszego sensu, bo ci decydujący z góry wiedzą, kogo wybiorą.

Czyli pomysł igrzysk olimpijskich w Krakowie od początku był skazany na porażkę.

- Chętnie popierałem tę inicjatywę. Jestem sportowcem, więc uważam, że tego typu wydarzenia są potrzebne. Popatrzmy chociażby na Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Wszyscy spodziewali się wielkiej klapy, tymczasem - moim zdaniem - był wielki sukces. Niedawny siatkarski mundial - tak samo. To nie jest tak, że Polska czegoś nie potrafi.

Coś Panu opowiem. Mężem mojej kuzynki jest Holender. Wesele zorganizowano w Wiśle. No i kiedy jego rodzina przyjechała do naszego kraju po raz pierwszy, to była wręcz zszokowana!

Pewnie tym, że po ulicach nie jeżdżą już czołgi, a komunizm został dawno obalony.

- Ale nas się tak przedstawia za granicą! Puszcza się wciąż te stare filmy, gdzie ludzie poruszają się na koniach. Produkcje, w których Polacy kupują mięso na kartki. Pamiętam moment, kiedy zawody Pucharu Świata w skokach wróciły do Zakopanego. Norwegowie przywieźli ze sobą dwadzieścia skrzyń z żywnością, bo myśleli, że u nas nic nie ma.

Aż tak? To nie opowiadał im Pan wcześniej o Polsce?

- Oni musieli sami się przekonać. Dużo skoczków to, nie ukrywajmy, rozrywkowi ludzie. Norwegowie byli zachwyceni, że w sklepie mogą normalnie kupić wódkę, bo w ich kraju jest to obostrzone.

Balowaliście?

- Pamiętam zawody z okazji zakończenia mojej kariery. Norwegowie mieli wówczas krajowe mistrzostwa, więc wydelegowali tylko Bjoerna Einara Romoerena. Kiedy wracaliśmy nad ranem z całonocnej imprezy - już po zawodach - to on dzwonił rozradowany do rodaków, że taka cudowna balanga ich ominęła.

Byliście zgraną ekipą? Wy, skoczkowie?

- Oczywiście! Simon Ammann do teraz w żartach mi wypomina brak złota olimpijskiego! (śmiech)

v17.02.2002. SALT LAKE CITY TRENING PRZED KONKURSEM DRUZYNOWYM ADAM MALYSZ                 FOT KUBA ATYS/AGENCJA GAZETAFot. Kuba Atys / AG

To może u progu kariery brakowało przede wszystkim tego zżycia? Atmosfery sportowej rywalizacji, ale i koleżeństwa?

- Myślę, że jednak głównie chodziło o tę psychikę... Już w latach 90. chciałem współpracować z psychologiem, ale mój ówczesny trener - Pavel Mikeska - odpowiadał, że może mi załatwić co najwyżej psychiatrę. To był jeszcze czas, że, zwłaszcza w małych miejscowościach, społeczeństwo nie potrafiło odróżnić psychologa od psychiatry. Dla wielu to byli lekarze od wariatów. Na taką pomoc zgodził się dopiero Apoloniusz Tajner. Stworzyliśmy fajny team.

Fajny? Doskonały! Cała Polska się zastanawiała, co ci lekarze i trener z Panem robią, że tak wszystko Panu wychodzi.

- Prof. Jerzy Żołądź był od fizjologii, on układał plan treningowy. Kontrolował siłę, moc i dynamikę. A dr Jan Blecharz - a teraz już profesor - był od nastawienia. Bardzo dużo się od niego nauczyłem. Długo pracowaliśmy i doskonale wiedziałem, że wszystko zależy tak naprawdę ode mnie, a nie od niego.

Co było najważniejsze w jego pracy?

- Najważniejsze, to żeby psycholog nauczył człowieka metod radzenia sobie. Jego nie było ze mną na belce, w powietrzu, przy lądowaniu. Psycholog nie hipnotyzuje przed samymi zawodami czy skokiem. Jasiu nauczył mnie właśnie metod.

Jak to wyglądało? Zakładaliście różne sytuacje i dyskutowaliście o możliwych rozwiązaniach?

- Bardziej mam na myśli wszelakie metody oddechowe, wzrokowe. Powtarzanie pewnych elementów, które miały umożliwić dobry skok. Jeśli zawodnik jest w formie, to nic nie może mu przeszkodzić. Najważniejsze to przekonać samego siebie do pozytywnego myślenia.

Poproszę przykład ze skoczni.

- Spóźniłem pierwszy skok. No więc nie stoję na górze i nie powtarzam: "nie spóźnij, nie spóźnij". Wtedy na pewno bym spóźnił. Ale ja myślę: "odbij się wcześniej".

Jakoś ciężko mi uwierzyć, że to takie proste.

- No ale skoro działało? Każdy psycholog powie, że pozytywne myślenie to klucz do sukcesu. Właśnie dzięki takim ludziom jak prof. Blecharz młodzi ludzie chętnie garną się do sportu.

Naprawdę garną? Jak mantrę powtarza się, że sportowe sukcesy ciągną za sobą młodzież. Pytanie tylko na ile jest to chwilowe zainteresowanie lub puste frazesy, a na ile rzeczywiście tak jest.

- Na początku XXI wieku - kiedy zaczynała się "małyszomania" - w klubach brakowało sprzętu i trenerów, bo tylu było chętnych. W samej Wiśle Jasiu Szturc miał ponad 200 dzieci, które skakały na wszystkim: na nartach biegowych, zjazdowych. Żeby tylko spróbować, czy to jest dla nich. Nie zaryzykujesz, nie wygrasz.

Ilu zaryzykowało i wygrało? Zliczymy ich na palcach jednej ręki?

- Brutalna selekcja jest wszędzie. Kiedy ja zaczynałem przygodę ze skokami, wokół mnie było może z czterdziestu chłopaków, którzy pragnęli tego samego. Z nich wszystkich zostałem tylko ja. Ale zawsze powtarzam, że jeśli z trzydziestu zostanie choćby tylko dwóch, to i tak mamy sukces. Tylko to muszą być zawodnicy z talentem i zacięciem, bo w sporcie nie ma zmiłuj. Przede wszystkim głowa i motywacja.

Pan pewnie wielokrotnie był pytany o to, jak wciąż mieć tę iskrę, skoro tyle się już osiągnęło?

- Oczywiście. Kiedyś nawet rozmawiałem o tym z Otylią Jędrzejczak, która swego czasu stwierdziła, że przez wszystkie sukcesy utraciła swój błysk, siłę. Ja zawsze odcinałem sobie to wszystko, co już było. W myślach nie wracałem do wcześniejszych zwycięstw. Dlatego "małyszomania" zawsze była dla mnie czymś dziwnym, czymś, czego nigdy tak naprawdę w całości do siebie nie dopuściłem.

Nigdy? Nie wierzę!

- Poważnie. Wiedziałem, że jestem popularny, że mam przechlapane, że muszę wchodzić do urzędu miasta tylnym wejściem, o czym już rozmawialiśmy. Ale wewnętrznie "małyszomania" nigdy do mnie nie dotarła.

Myślę, że to był bardzo specyficzny okres. Nie najlepiej wiodło się wówczas naszej piłkarskiej reprezentacji. I mieliśmy kontrast - gwiazdeczki opłacane w klubach, zawodzące w kadrze, kontra skromny Adam Małysz.

- Ja z sukcesami nigdy się nie obnosiłem. Starałem się być zawsze w cieniu. Nie lubiłem balów, oficjalnych imprez. Źle się czuję wśród celebrytów. Pamiętam z przeszłości wielką galę. Stałem sobie pod ścianą i podszedł do mnie Marek Kondrat. Przegadaliśmy w cieniu chyba całą imprezę, pozowanie na ściankach zostawiliśmy bardziej doświadczonym. Zresztą od Marka wciąż mam Wiktora, którego wylicytowałem na aukcji charytatywnej.

Zastanawiał się Pan kiedyś, jak wyglądałoby życie Polaków bez "małyszomanii"?

- W sporcie wciąż mamy stosunkowo niewiele sukcesów, dlatego ludzie tym chętniej utożsamiają się z każdym sukcesem. To bardzo fajne - być dumnym z Polaka. Fajne, kiedy jedziesz na wczasy do Egiptu i słyszysz: "Polska? Papież, Boniek, Małysz!" Fajne, kiedy możesz utożsamiać się z polskością.

Jak Pan rozumie to pojęcie? Podobno mamy bitwę na polskości.

- Niedawno czytałem genialny tekst śp. ks. Jana Kaczkowskiego. On napisał coś takiego: "nie trzeba być katolikiem, żeby być dobrym człowiekiem". To można pięknie przełożyć na miłość do ojczyzny.

Te kompleksy narodowe, o których bez przerwy słyszymy, uzewnętrzniają się właściwie chyba głównie w Polsce. To nie jest tak, że cała Europa żyje naszymi sprawami. Widzi Pan - Norwegowie przyjeżdżają do Zakopanego i są zaskoczeni, że mogą kupić alkohol.

- Dlatego świetnie, że mamy wiele pozytywnych punktów, charakterystycznych tylko dla nas. Lewandowski, Kieślowski, schabowe... Jest się czym chwalić! Zakrywajmy wszystko, co negatywne, aspektami, którymi możemy się pochwalić.

Wie Pan, że muszę przy tej okazji zapytać o propozycje polityczne.

- Pewnie, że były. Wielokrotnie przychodzono do mnie z prośbą o poparcie: czy to partii, czy osoby. Postawiłem sprawę jasno - do żadnej polityki się nie wtrącam.

Boi się Pan?

- Nie, jestem sportowcem. Powinienem być ponad podziałami, ponad tym wszystkim.

Marczułajtis-Walczak, Kosecki, Ziółkowski, Żurawski - to też sportowcy, a flirtują z polityką.

- To ich wybór. Skoro tam znaleźli swoje miejsce, to widocznie czują się w nim mocni.

No, wyniki wyborcze nie zawsze to potwierdzają...

- Ale chyba lepiej tak, niż zakończenie kariery i biedowanie, wyjazd za chlebem. Sport jest bardzo niewdzięczny, bo na przykład jeśli nie zdobędziesz medalu olimpijskiego, to nie dostaniesz tzw. emerytury. Musisz więc coś robić, a możliwości coraz mniej, bo umówmy się - zawodowy sport w żadnym wypadku nie idzie w parze ze zdrowiem.

Czyli spotkania z politykami były.

- Owszem. Jakoś przecież musiałem pozyskiwać sponsorów.

Któreś zapadło Panu w pamięć?

- Kilka razy spotkałem się z Lechem Kaczyńskim i Marią Kaczyńską. W Wiśle wówczas bardzo popierano Platformę Obywatelską, więc ciężko było przekonać śp. prezydenta, by do nas przyjechał. A pamiętajmy, że w Wiśle stoi prezydencka rezydencja. Na szczęście głowa państwa i pierwsza dama wreszcie zdecydowali się na odwiedzenie naszej miejscowości i bardzo im się spodobało. Zaprosili mnie do tej rezydencji - do Zameczku - i bardzo dobrze wspominam to spotkanie. To byli niezwykle ciepli ludzie. Absolutnie nie tacy, jak przedstawiano ich wówczas w mediach. Pani Maria była wręcz prosta, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Normalna, miła dla wszystkich, z każdym chętnie rozmawiała.

Tęskni Pan za tym wszystkim?

- Jasne.

Nawet za tym blichtrem sławy?

- To część sukcesu. Mniej miła, jednak nierozerwalnie z nim złączona. Ale czasu nie cofniemy, nie będę znów skakał, nie będzie ponownej "małyszomanii". Ze starszych zawodników prezentujących wysoki poziom pozostał w zasadzie tylko Noriaki Kasai. Pozostali skaczą, bo skaczą. Sprzęt się zmienia, technika, system - wszystko. To nie jest takie proste, jak się wszystkim wydaje. Ostatni medal mistrzostw świata - zdobyty w 2011 roku w Oslo - kosztował mnie wiele sił.

Więcej niż decyzja o zakończeniu kariery?

- Do tej decyzji długo dojrzewałem.

Jak długo?

- Ze dwa, trzy lata. Pierwotnie miałem rozstać się ze skokami po igrzyskach olimpijskich w Vancouver, ale Andreas Kuettel i zawodnicy norwescy przekonali mnie, by dociągnąć jeszcze do tych mistrzostw świata w Oslo. Właśnie tam zdobyłem swój pierwszy Puchar Świata, stąd taki ruch.

26.03.2011 ZAKOPANE , ADAM MALYSZ  PODCZAS ZAWODOW SKOKU DO CELU KTORY JEST POZEGNANIEM ADAMA MALYSZA JAKO ZAWODNIKA FOT . MAREK PODMOKLY / AGENCJA GAZETA  SLOWA KLUCZOWE: ADAM MALYSZ KIBICE SKOKI NARCIARSKIE BENEFIS  ADAM`S BULL`S EYEFot. Marek Podmokły / Agencja gazeta

Co było najtrudniejszego w podjęciu tej decyzji?

- Bardzo bałem się momentu, w którym musiałbym siedzieć w domu, nic nie robiąc. Pamiętam, że w latach największego rozkwitu "małyszomanii" myślałem, że po zakończeniu kariery przez trzy lata będę po prostu odpoczywał: ogródek, telewizor, takie tam. Ale stało się inaczej. Pewnego dnia przyszli do mnie przedstawiciele pewnego rajdowego teamu i zaproponowali start w Dakarze.

Spełnienie marzeń?

- Totalny kosmos! Wyśmiałem ich.

Serio?

- Przejście ze skoków do zupełnie nieznanej dyscypliny jest bardzo trudne.

Przecież od zawsze interesował się Pan motoryzacją.

- Tak, ale nie miałem w ogóle praktycznego doświadczenia. Jeżdżenie prywatną terenówką po wiślańskich górkach nie ma nic wspólnego z Dakarem.

To jak to się stało, że wylądował Pan w rajdach?

- Dzień po zakończeniu kariery był kolejny telefon. No i przekonali mnie (śmiech). Już w kwietniu miałem pierwsze jazdy. Trzy razy dachowałem na piętnastu kilometrach. Po przejeździe usiadłem i przez godzinę dochodziłem do siebie.

Przecież skoczkowie narciarscy niczego się nie boją. Bo czego może się obawiać człowiek, który lata ponad 200 metrów?

- Po moim pierwszym Dakarze dominowała opinia, że skoro Małysz go ukończył, to każdy da radę. Niestety ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jaki to jest wysiłek. Ile przeżyłem na trasie. Szczerze mówiąc po trzech dniach miałem absolutnie dość. Chciałem się wycofać, ale mój upór zwyciężył.

Adam Małysz na DakarzeFot. X-raid

Nie pierwszy raz. Brakuje złotego medalu olimpijskiego?

- Nie myślę o tym. Widocznie tak musiało być - góra miała taki plan wobec mnie. Nie zdobyłem wszystkiego, ale zdobyłem bardzo dużo.

Jaki góra teraz ma plan wobec Adama Małysza?

- Nie mam pojęcia.

A jak Adam Małysz chciałby, żeby ten plan wyglądał?

- Motosport jest bardzo nieobliczalny, ale sprawia mi ogromną frajdę i przyjemność. Taka odpowiedź wystarczy? (śmiech)

Musi.

- Niech Pan nie zapomni parasola. Dziś już chyba nie przestanie padać.

Więcej o: