http://bi.gazeta.pl/i/obrazki/logo24/search-dummy.gifhttp://bi.gazeta.pl/i/obrazki/logo24/search-dummy.gifhttp://bi.gazeta.pl/i/obrazki/logo24/search-google.gif
02.06.2009 08:18

9000 km na stojaka

Gdy gruchnęła wiadomość, że rajd Dakar - zamiast w Afryce - odbędzie się w Ameryce Południowej, wielu zawodników przecierało oczy ze zdumienia. Po 30 latach legendarna impreza miała zmienić swoje miejsce? I to impreza, której nazwa pochodzi od stolicy Senegalu?

 

Wakeup call, sir! - zabrzmiał miły głos w słuchawce telefonu. To już piąta? Przed nami sześć godzin jazdy na checkpoint (CP1). Może dośpię w autobusie? - myślałem z nadzieją. Zawodnicy Dakaru takiej szansy, niestety, nie mają. I to przez dwa tygodnie. Tylko pustynia, upał, hałas i potworne zmęczenie
Przez moment się nawet zastanawiałem, co jest trudniejsze
- odcinki specjalne czy walka ze zmęczeniem. A przecież Argentyna i Chile zafundowały zawodnikom naprawdę ekstremalne doświadczenie. Wydmy giganty, kamienne oesy i przejazd przez Andy to dowód, że Dakar (bez względu na to, na którym kontynencie się odbywa) nadal jest najtrudniejszym terenowym rajdem świata.
Zawodnicy od początku nie podzielali jednak optymizmu organizatorów. Choć zawsze był to rajd organizowany przez Francuzów i - tak naprawdę - dla Francuzów, oni sami kręcili nosami. Już po pierwszych odcinkach nowego Dakaru słyszałem od nich jedynie narzekania. Na trasę, na upał, na kamienie i... kibiców.
W Afryce znali niemal każdy kamień, każdy zakręt i każdą wioskę. Argentyna i Chile, start i meta w boskim Buenos, przeprawa przez Andy i pustynię Atacama dla wszystkich były czymś zupełnie nowym. Owszem, rozgrywano tutaj wcześniej rajdy terenowe, ale to nie to samo. Nawet klimat, równie gorący jak za Gibraltarem, okazał się jednak inny.
 

Wilgotniejszy, mniej przyjazny człowiekowi i bardziej zróżnicowany, co zawsze utrudnia przygotowania. Nieraz zza zaparowanych gogli nie byłem w stanie dostrzec oczu motocyklistów i quadowców. Co więc oni widzieli, jadąc po bezdrożach ponad 100 km na godzinę?

 

 

 

Klęska faworytów

 

Już pierwsze oesy okazały się dla wielu zbyt trudne. Może organizatorzy nieco przesadzili? Sporo załóg otrzymało kary czasowe, a wiele samochodów na dobre utknęło na stromych piaszczystych podjazdach. Faworyci spisywali się jednak na medal. Ale do czasu. Dość szybko pech dopadł fabryczny team Mitsubishi. Nowe samochody - racing lancery z silnikami Diesla - jechały całkiem nieźle,

Francuz Pascal Larroque był wykończony, ale zajął tylko 28. miejsce w kategorii samochodów.

  ale już podczas inauguracyjnego odcinka specjalnego z Buenos Aires do Santa Rosa de la Pampa japońsko-francuska załoga Hiroshi Masuoka/Pascal Maimon została wykluczona z powodu urwania śruby koła pasowego silnika. Dalej, niestety, było już tylko gorzej. Choroba pilota Gilles'a Picarda zmusiła Luca Alphanda do wycofania się z rajdu po wydmowym, grząskim jak bagno odcinku specjalnym prowadzącym przez tereny zachodniej Argentyny. Zaś najpoważniejszy pretendent do tytułu Stéphane Peterhansel (ośmiokrotny zwycięzcą Dakaru, cztery razy na motocyklu) i Jean-Paul Cottret zakończyli tegoroczną przygodę z Dakarem po ostrym zanurkowaniu auta w wydmie i pożarze w komorze silnika. Na placu boju został tylko jeden racing lancer z Nanim Romą za kierownicą i Lucasem Cruzem w roli pilota. Niemal do ostatniego odcinka toczyli zażartą walkę z drugim fabrycznym teamem Volkswagena. Tutaj pierwsze skrzypce od początku grał wielbiony przez publiczność, głównie chilijską, Carlos Sainz. Jechał genialnie. Szybko, skutecznie i bez błędów w nawigacji. Dopracowany w każdym szczególe race touareg dawał radę, podobnie jak koledzy z teamu. Zanosiło się na spory sukces.

Trzy miejsca na podium miały zająć volkswageny, podgryzane systematycznie przez inne samochody. Świetnie jechał hummer z amerykańską załogą (Robby Gordon i Andy Gridder) oraz dwa nissany navara (jeden z nich prowadzony przez Krzysztofa Hołowczyca z Orlen Teamu).

 

 

 

Nogi ze stali, ramiona z tytanu

 

Po argentyńskich szutrowych odcinkach przyszedł czas na przeprawę przez Andy. Takich różnic wysokości w Afryce nie było. Na dodatek na granicy argentyńsko-chilijskiej odprawa odbywała się bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej. Kontrola dotyczyła przede wszystkim żywności. Żaden baton energetyczny, kanapka czy owoc nie mogły przedrzeć się do Chile, bo takie są tam przepisy. Organizatorzy bezradnie rozkładali ręce na wszelkie skargi.
Kolejna niespodzianka czekała na zawodników na pustyni Atacama. Kropla deszczu nie spadła tu od 400 lat. Pech chciał, że akurat gdy stawiliśmy się około godz. 6 rano na start jednego z odcinków specjalnych, wszystko spowiła gęsta mgła. Szyby aut zamgliła rosa, a widoczność była tak słaba, że helikoptery obsługujące całą trasę nie mogły wzbić się w powietrze. Motocyklistom, którzy zawsze startują jako pierwsi, zafundowano przymusowy odpoczynek. Chwilę snu łapali wszyscy. Niektórzy skłaniali głowę na kamieniach.
Po trzech godzinach okazało się, że śmigłowce z sędziami mogą startować. Na trasę ruszyli wreszcie zawodnicy.

 

Chwila snu jest bezcenna.


Po motocyklistach quady, później samochody, na końcu ciężarówki. Wszystko po to, by wyeliminować ryzyko podczas wyprzedzania. Bo choć zdarza się to nieczęsto, to jednak bywa, że samochody mijają jednoślady o centymetry. Po czym wzbijają tumany kurzu, w których musi jechać wyprzedzony nieszczęśnik. Tu jednak nie ma zmiłuj. Co innego, gdy trzeba komuś na trasie pomóc. Kiedy zabraknie paliwa, dachuje auto albo przewróci się motocykl, zawsze można liczyć na innych kierowców. Wtedy nie liczy się walka o miejsca, idzie o ludzkie życie. A z tym pożegnało się, niestety, kilku zawodników także w Argentynie i Chile. Taki już jest ten sport.

Chwilą oddechu jest tankowanie, ale tylko dla motocykli i quadów. Kierowcy samochodów i ciężarówek zbierają jedynie pieczątki z punktów kontrolnych i natychmiast pędzą dalej.

   

Rafał Sonik, Jacek Czachor, Jakub Przygoński, Krzysztof Jarmuż.

 

 

Oni na odpoczynek nie mają czasu. 600 km dziennie ciągłej koncentracji, w upale, piasku i ciasno dopasowanym fotelu. Lepiej motocyklem? Pod warunkiem że się ma nogi ze stali i ramiona z tytanu. A może quadem? To samo, quadowcy też pokonują dystans na stojąco, mocno się trzymając kierownic. Po raz pierwszy w tym roku i tu mamy swoją reprezentację. Rafał Sonik, choć jechał jako debiutant, do młodziaków nie należy. Pełen pasji i determinacji walczył z najlepszymi. Efekt? Trzecie miejsce na podium.

 

Wróćmy jednak na trasę rajdu. Jedyny moment odpoczynku od szaleńczego pędu to przejazd przez wioski i miejscowości. Tam zawodników obowiązuje ograniczenie prędkości. I lepiej się do niego stosować, bo wszystkie pojazdy mają zamontowane GPS-y. Sędziowie po każdym odcinku dokładnie sprawdzają w czarnych skrzynkach nie tylko prędkość, ale przebieg trasy, by nikt nie omijał punktów kontrolnych. Za najdrobniejsze odchylenia grożą kary.


 

Wspomaganie się GPS-em podczas odcinków specjalnych jest zabronione. Tylko na papierowym
itinererze, rozdawanym przed każdym odcinkiem, zaznaczone są wszystkie punkty kontrolne. Rolkę papieru przewija się, przytrzymując specjalny przycisk przy manetce gazu.

 

 

Czas mechanika

 

Do bazy, czyli prowizorycznego biwaku, uczestnicy rajdu docierają po południu. W Afryce było to gdzieś "in the middle of nowhere". Teraz jest lepiej, bardziej cywilizowanie, bo najczęściej na stadionie w centrum miasta. Zawodnicy już nie muszą spać w małych niewygodnych namiotach. Zaraz po zdaniu relacji z trasy i wydaniu mechanikom dyspozycji, co poprawić, co zreperować, co udoskonalić, znikają nam z oczu, idą do hoteli. W końcu to gwiazdy. Tylko twardziele z małymi budżetami zostają na biwaku. Przez całą noc we śnie słyszeć będą warkot generatorów prądu, huk szlifierek i spawarek.


 

Gdy mechanicy wkraczają do akcji, zawodnicy, mogą choć na chwilę, zmrużyć oczy. W Ameryce Południowej dostępne są luksusy. W Afryce o hotelach można było tylko pomarzyć.

 

 

Zaczyna się od odkurzania - kompresor to wyposażenie obowiązkowe. Codziennie kilogramy piasku spadają na rozłożone maty. Po oczyszczeniu można się zabrać za poważniejsze prace. Podstawa to wymiana wszystkich płynów. Później do pracy wkraczają elektrycy i mechanicy od zawieszenia. A potem i tak sprawdza się każdy element, nawet jeśli wszystko wydaje się OK. Umorusani, w brudnych, zapiaszczonych kombinezonach pracują do świtu. Ważne by auto było gotowe przed piątą. Samochody i ciężarówki mają nieco więcej czasu. Potem zawodnicy wyjeżdżają na trasę. Myślicie, że mechanicy i cała obsługa idą wtedy spać? Tak dobrze na Dakarze nie ma. Trzeba popakować tony sprzętu, zwinąć namioty i przenieść obóz kilkaset kilometrów dalej. A po drodze być w ciągłym kontakcie z zawodnikiem. W razie awarii muszą być zawsze gotowi do szybkiej reakcji. I tak przez ponad dwa tygodnie, na dystansie 9 tys. kilometrów.

 


 

 

Klepani po kasku

 

Czy w przyszłym roku Dakar znowu wystartuje w Ameryce Południowej? Dzisiaj wydaje się, że nie ma alternatywy, bo w Afryce już odbył się zupełnie inny rajd. Odległa Ameryka nie tylko sprostała wymogom organizatorów, ale także okazała się bardziej cywilizowana niż Afryka. Nie ma tu setek kilometrów jazdy w samotności, są hotele, przejazdy przez duże miasta i olbrzymie zainteresowanie kibiców. Czasami nawet za duże, bo groźne dla zawodników, gdy podczas jazdy są przyjaźnie klepani po ramionach i kaskach. Jest teraz bardziej jak na rajdach WRC, co jednak nie wszystkim kierowcom się podoba. Jeśli organizatorowi uda się pogodzić interesy sponsorów, zespołów fabrycznych, sportowców i kibiców, w przyszłym roku Dakar znowu wystartuje z boskiego Buenos. 

 

 

 

Parszywa dwunastka

 

W zasadzie wszystko w tegorocznym Dakarze rozegrało się na 12. odcinku, a dokładniej na jego 79. kilometrze. Faworyt i lider rajdu Sainz, jadąc po zwycięstwo, wypadł z trasy na zakręcie i wjechał w wyschnięte koryto rzeki. Auto po kilkunastu metrach zatrzymało się, ale na dachu. Jadąca tuż za nim załoga BMW pomogła co prawda postwić pojazd na kołach, jednak wyrok przypieczętował lekarz. Kontuzja barku pilota Michela Perina uniemożliwiła dalszą jazdę. Na tym samym odcinku pech nie ominął Romy z Mitsubishi - Hiszpan oes ukończył na lince holowniczej. O podium nie było już mowy. Na całym zamieszaniu skorzystali zawodnicy z dalszych miejsc. Krzysztof Hołowczyc z Orlen Teamu wskoczył na piątą pozycję i z taką lokatą ukończył cały rajd.

 

 

 

Ile to kosztuje?

 

Dakar od strony organizacyjnej to nieźle nasmarowana maszynka do robienia pieniędzy. Za wszystko się płaci. Wpisowe za samochód osobowy to niespełna 5 tys. euro. Każda osoba to kolejnych 10 tys.
Rafał Sonik sam dla siebie był sponsorem. Przyznaje z uśmiechem, że w obawie przed żoną wszystkich kosztów nie policzył. Krzysztof Jarmuż, motocyklista i producent dżinsów z Gorzowa, też większość pieniędzy wyłożył z własnej kieszeni. Ale, jak podkreśla, warto było spełnić marzenie.
Od potrzeb, fantazji i budżetu zależy, ilu mechaników, masażystów, kierowców weźmiemy do swojego teamu. Fabryczny zespół Mitsubishi miał ich 67, Volkswagen jeszcze więcej. Do tego trzeba doliczyć sprzęt, jego przygotowanie, części zamienne, koszty noclegów w hotelu i paliwo. Fracht sprzętu, wyżywienie i ubezpieczenie wliczone są we wpisowe.

 

  

 

 

Tekst i zdjęcia: Juliusz Szalek, "Wysokie Obroty" 

 

 

 

 

 

Zobacz też na Logo24:

 

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz:

Najnowsze w Logo24.pl

poprzedni
obrazek
następny