Wózek po byku

Widząc podnoszone jak skrzydła drzwi, każdy miłośnik motoryzacji od razu pomyśli o Lamborghini. Niby to nie jedyne auto z takim bajerem, ale w żadnym innym nie urósł on do rangi symbolu.
 

Kiedy dyskutowałem z redakcją na temat zawartości tego tekstu, usłyszałem na koniec: "I koniecznie napisz, jak należy poprawnie wymawiać nazwę!". Ano właśnie. Nie sposób zacząć opowieści o legendarnej marce bez wyjaśnienia tego szczegółu. Nazwa Lamborghini cierpi okropnie, bo wobec niej chyba najczęściej na świecie popełnia się błąd w wymowie. W języku włoskim zbitka "gh" oznacza, że głoska "g" zachowuje swoje oryginalne brzmienie. Czyli na Lamborghini poprawnie mówimy "Lamborgini", a nie "Lambordżini". "Gi" - jak giwera, gimbus, ginekolog, nie jak dżinsy, dżizas i Dżibuti. Jasne?

 

Ferrucio Lamborghini - zaczynał od traktorów, potem przerzucił się na supersamochody

 

Na traktory!

 

Marka Lamborghini nie ma długiej historii, za to jej dzieje były od początku pokręcone.

Ferruccio Lamborghini, inżynier mechanik, absolwent uniwersytetu w Bolonii, od dziecka lubił dłubać w silnikach. W czasie wojny zdobył doświadczenie, pracując jako mechanik w warsztacie lotniczym. Gdy ucichły frontowe działa, niespełna 30-letni Ferruccio zabrał się za montaż bardzo deficytowego towaru w latach powojennych - ciągników rolniczych. Początkowo klecił je z części pojazdów wojskowych, ale już w 1948 r. w niewielkim Cento, niedaleko Bolonii, zaczął projektować własne konstrukcje.

Traktory szły wtedy jak woda, więc Ferruccio szybko stał się majętnym biznesmenem. Rozpierała go twórcza energia. Rozpoczął produkcję klimatyzatorów i pieców. Chciał nawet projektować śmigłowiec, ale nie dostał wsparcia ze strony państwa. W firmowym logo umieścił wizerunek byka - z tego prostego powodu, że urodził się pod tym znakiem zodiaku.

 

Stać go było na najlepsze auta, jeździł maserati, ferrari, dzięki temu poznał zresztą samego Enza Ferrariego. I gdyby nie on...

 

 Dzięki produkcji traktorów Ferrucia było stać najpierw na kupno szybkich aut, potem na ich produkcję.

 

Poszło o sprzęgło. W świeżo zakupionym Ferrari 250 GT Ferruccio pozwolił sobie na reklamację, próbując podsunąć starszemu o 18 lat Enzowi, z którym zdążył się nawet zakolegować, pomysł na poprawienie konstrukcji. Podczas dyskusji Ferruccio usłyszał, by dał sobie spokój, bo przecież zna się tylko na traktorach. Ta uwaga podziałała na pana Lamborghini jak płachta na - nomen omen - byka. Czym prędzej zasiadł nad projektem własnego samochodu.

 

Ferrari kupujesz, kiedy chcesz być kimś, a Lamborghini, kiedy jesteś kimś - Frank Sinatra, właściciel Lamborghini Miura

 

Miał pieniądze, talent i pomysł. Gorzej z doświadczeniem w produkcji aut. Podkradł więc paru cennych inżynierów z Ferrari, a projekt nadwozia zlecił Francowi Scaglione z pracowni Bertone. W 1963 r. na salonie turyńskim pokazał swój pierwszy prototyp - Lamborghini 350 GTV, a pół roku później, w marcu 1964, przyjechał na wystawę genewską egzemplarzem seryjnym 350 GT. Enzo Ferrari dostał piany, bomba poszła w górę.

 

 

Auto bolognese

 

Nowa fabryka stanęła w niewielkiej miejscowości Sant'Agata, między Bolonią a Modeną. Tamtejszy rejon to istne zagłębie wytwórni sportowych samochodów. Sant'Agatę od Maranella (Ferrari) dzieli raptem 40 km; jeszcze bliżej jest do zakładów Maserati i nieczynnej już fabryki wozów de Tomaso.

Feruccio Lamborghini musiał, wskutek trudności finansowych, sprzedać wytwórnię samochodów (traktorów zresztą też) już w 1972 r., czyli po zaledwie dziewięciu latach działalności. Jednak tych dziewięć lat wystarczyło, by marka Lamborghini nabrała wartości, która ochroniła ją przed lądowaniem na śmietniku historii. Logo z bykiem przechodziło z rąk do rąk (poza Chryslerem właścicielami byli słabo znani, acz bogaci przedsiębiorcy), by w 1998 r. trafić pod skrzydła Volkswagena. Marketing koncernu sprytnie jednak podkreśla, że Lamborghini podlega Audi, co pomaga utrzymać pozory pewnej niezależności od molocha. W fabryce Lamborghini, zgodnie z bieżącą modą, jest cicho, czysto, panuje wręcz muzealno-szpitalna atmosfera, a robotnicy pracują w białych rękawiczkach. Na miejscu można, oczywiście, obejrzeć ekspozycję historycznych modeli.

 

Charakterystyczne unoszone drzwi są niepraktyczne i niewygodne. I m.in. dlatego stanowią o wyjątkowości Lamborghini Diablo

 

Lamborghini wyróżnia się na niewielkim podwórku supersamochodów. To marka ze wszech miar luksusowa. Gdy zajrzałem do stworzonej kiedyś w tygodniku "Wysokie Obroty" listy atrybutów prestiżu, okazało się, że Lamborghini z zapasem spełnia wymogi auta z klasą: mała skala produkcji, długi czas oczekiwania, skromna sieć salonów. Samochód ma maleńki bagażnik, jest głośny, ciasny, paliwożerny i łatwo z jego pomocą poznać atrakcyjną damę. Silnik w Lamborghini czerpie moc nie ze sprężarek, lecz z dużej pojemności, auto nie występuje w wersji kombi ani z silnikiem Diesla, a najbliższe autoryzowane warsztaty są w Berlinie i Pradze (Czesi nas niby wyprzedzają, ale nie należy się tym przejmować - przez brak serwisu to u nas Lamborghini jest trudniejsze w utrzymaniu, a więc bardziej prestiżowe).

Reventona spotkać trudniej niż głuszca.

Na rynku pojawiło się tylko 20 sztuk.

 

Lamborghini jest przy tym najbardziej niszową ze znanych włoskich marek - w firmie powstaje niecałe dwa i pół tysiąca samochodów rocznie. To mniej niż połowa tego, co wytwarza Ferrari i jedna trzecia produkcji Maserati.  Mała liczba wyprodukowanych aut spowodowała niebotyczne wywindowanie cen za używane egzemplarze. Na model 350 GT (powstało 120 sztuk) trzeba wydać nawet sto tysięcy dolarów. Oczywiście, produkowane są także serie limitowane celowo, pod kątem kolekcjonerów i entuzjastów, jak model Reventón, sprzedany w 2008 r. w 20 egzemplarzach, po milion euro za każdy.

 

 

FSO Oszlag

 

Dzięki handlowej intuicji Ferruccia i dobraniu pomysłowych stylistów marka Lamborghini zarezerwowała sobie znak rozpoznawczy w motoryzacyjnym świecie. Chodzi o tak zwane "lambo-doors", czyli drzwi otwierane w przód do góry. Rozwiązanie jest niepraktyczne, na co dzień kłopotliwe i właśnie dlatego pożądane (niepraktyczność przydaje prestiżu). Tego typu drzwi można dziś na całym świecie zamówić u domorosłych fachowców niemal do każdego auta. Efekt jest z reguły obciachowy, ale świadczy o estymie, jaką wzbudza Lamborghini.

 

Lambo terenowe? Dlaczego nie?

 

Związki marki z bykiem nie kończą się na logo. Od 1966 r. kolejne modele Lamborghini zamiast oznaczeń liczbowych otrzymywały pełne nazwy - Murciélago, Miura (chyba najbardziej klasyczny, legendarny model), Islero, Gallardo - niemal zawsze związane z jakimś słynnym bykiem, ranczem czy torreadorem.

 

Lamborghini Countach

 

Ta zasada nie dotyczy modelu Countach. Nazwa jest zapisem gwarowego turyńskiego okrzyku oszołomienia widokiem czegoś wyjątkowo atrakcyjnego (po polsku mogłoby to być coś w rodzaju "oszlag" albo "aniechto"). Podobno słynny projektant Nuccio Bertone (w pracowni Bertone powstały nadwozia kilku modeli Lamborghini) tak się właśnie wyraził, gdy zobaczył prototyp auta ze słynnymi lambo-doors.

 

Lamborghini Murciélago

 

 

Drugi pech Enza

 

Enzo Ferrari niczym zły (a może dobry?) duch w historii Lamborghini raz jeszcze dał o sobie znać. Fabryki Lamborghini i Ferrari leżą blisko siebie, nietrudno więc pracując dla jednej, wpaść na kogoś z drugiej. Z tą pierwszą od czterech dekad związany jest Valentino Balboni, firmowy kierowca testowy, wśród entuzjastów marki postać kultowa, symboliczna, porównywana wręcz z samym założycielem firmy. Tenże Balboni, rozpoczynając na początku lat 70. swoją karierę w Lamborghini, objeżdżał prototypowy egzemplarz modelu Countach i przypadkiem zatrzymał się na światłach obok auta, w którym siedział Enzo Ferrari. Balboni wybiegł z samochodu i chciał poprosić o autograf, ten jednak nawet nie otworzył szyby i odjechał. Balboni postanowił wtedy, że nigdy w życiu nie będzie pracował dla Ferrari, a swoją historię, ku zgrozie chłopaków z Maranella, chętnie przytacza w wywiadach.

 

Lamborghini 350 GT

 

Na dodatek zrobił kiedyś kawał kolegom z Ferrari, wtykając w różne miejsca jednego z prototypowych modeli konkurencji karteczki ze specjalnie przygotowanym logo Lamborghini, na którym byk niedwuznacznie obchodzi się z koniem znanym z logo Ferrari (szczegóły są zbyt pikantne, by je tu przytaczać).

Co ciekawe, obie firmy "rywalizują" ostatnio w zupełnie nietypowej branży. Znany producent komputerów Acer sprzedaje laptopy pod nazwą Ferrari, a jego konkurent Asus - właśnie Lamborghini.

 

Bycza krew

 

Do dziś pod marką Lamborghini powstało zaledwie dwadzieścia kilka tysięcy aut. W produkcji są dwa modele (w wersjach cabrio i coupé): "duży" Murciélago (ok. 1,2 mln złotych) i tańszy o jakieś 40 proc. "mały" Gallardo, obliczony na napędzenie do salonów skromniejszej klienteli. Niewykluczone, że - jak to ostatnio bywa w koncernach przejmujących kultowe marki - do gamy dołączy za jakiś czas luksusowy SUV. Lamborghini ma nawet w tej materii niejakie doświadczenie. Między 1986 a 1993 r. w Sant'Agacie powstało 301 wojskowych terenowców oznaczonych symbolem LM002 (część produkcji sprzedano jako luksusowe modele cywilne). Samochód, wyposażany opcjonalnie w karabin maszynowy, lubiano zwłaszcza na Bliskim Wschodzie.

 

Ferruccio Lamborghini próbował uciec od przeznaczenia. W jednym z wywiadów dla włoskiej telewizji, siedząc na traktorze, w aurze człowieka sukcesu opowiadał o swoim trybie życia. Że pracuje tylko w dzień, a wieczór przeznacza na relaks i rozrywkę; że nie chce, by przez nadmiar stresów spotkało go to samo co kolegów biznesmenów, czyli kłopoty kardiologiczne. Po sprzedaniu firmy zajął się prowadzeniem gospodarstwa agroturystycznego i produkcją wina - jedno z nich nazywało się Krew Miury. Wszystko na nic. W 1993 r., w wieku 77 lat, Ferruccio zmarł na atak serca.          

 

 

 

 

Pędząca wątroba

 

Nie ma szans, by Lamborghini nam spowszedniało. Na ulicy spotkać je niemal równie trudno, jak trafić w totolotka. Można jednak pomóc szczęściu, ryzykując zabawę w pirata drogowego na włoskiej autostradzie. Niewykluczone, że odpowiedni meldunek dotrze, gdzie trzeba, i w pościg za nami wyruszy biało-niebieskie gallardo z napisem "Polizia Stradale". Tak, tak, w maju 2004 r. dwa takie auta trafiły do włoskiej drogówki. Rozwijają ponad 300 km/h, mają na pokładzie nawet defibrylator (aparat do reanimacji) i są również przystosowane do błyskawicznego przewozu organów przeznaczonych do transplantacji. W końcu nie samymi mandatami drogówka żyje.

 

 

Zobacz też na Logo24:

 

 
 Jaguar - kot wśród jaskółek
  

 

Tekst: Maks Suski

 

Zdjęcia: materiały promocyjne

Więcej o: