Witamy w klubie

Pierwszy raz w życiu siedziałem za kierownicą samochodu za prawie pół miliona euro. Mercedesem SLR McLaren jeździłem po torze Paula Ricarda we francuskim Le Castellet. Tym samym, na którym Robert Kubica przygotowywał się do Grand Prix Monaco.

 

Lądujemy w Marsylii. Na lotnisku czekają kierowcy, którzy zawiozą nas do hotelu. Jaki pan, taki kram, więc suniemy maybachami. Po drodze czytam tekst o samochodzie, dla którego tu przyjechałem. Wszystko się zaczęło w 1999 r., kiedy w Detroit pokazano prototyp SLR-a. Gdy cztery lata później we Frankfurcie zaprezentowano pierwszy seryjny egzemplarz, zachwytom nie było końca. Zwolennicy nowoczesnej techniki mówili o nadwoziu wykonanym z włókien szklanych, podnoszonych do góry drzwiach i podkręconym przez specjalistów z AMG silniku. Konserwatyści cmokali nad sylwetką nawiązującą do słynnego w latach 50. sportowego Mercedesa 300 SLR. Dziennikarze podkreślali związki nowego auta z Formułą1 i teamem McLarena. Czekało mnie zatem spotkanie z autem legendą, samochodem, który bez wątpienia zasługuje na miano kultowego. Nic zatem dziwnego, że nie mogłem doczekać się pierwszej jazdy.

 

Na tym zdjęciu widać, dlaczego Mercedesa SLR nazywa się srebrną strzałą.

Na tym zdjęciu widać, dlaczego Mercedesa SLR nazywa się srebrną strzałą.


 

Prawie jak Kubica

 

Organizatorzy zadbali o stopniowanie napięcia. Mieliśmy zacząć od jazd gokartami. Zaprowadzono nas do szatni i poproszono o przebranie się w... ognioodporne, rajdowe kombinezony i kaski. Cel tej maskarady stał się jasny po krótkim wykładzie instruktora. Okazało się, że zaprojektowane przez McLarena gokarty rozpędzają się 160 km/h, a dachowanie wcale nie należy do rzadkości. A w przypadku gokarta dachem mogła być moja głowa. Spoważniałem i mocniej zapiąłem pasek kasku.
Ścigałem się z grupą włoskich dziennikarzy motoryzacyjnych, którzy z dziecinną radością i małpią łatwością dublowali mnie w czasie każdej rundy. No cóż, we Włoszech jest kilkadziesiąt homologowanych torów gokar- towych, a w zawodach różnego szczebla startuje kilka tysięcy osób. To niemal ich sport narodowy. A w Polsce... Szkoda gadać. Po tej lekcji pokory, jeszcze bardziej doceniłem osiągnięcia Roberta Kubicy, który niejednokrotnie wygrywał zawody gokartowe we Włoszech. Ten facet będzie mistrzem Formuły 1! Emocje chłodzimy w hotelowym barze. Oczywiście zamawiam anyżówkę Pastis. To na jej produkcji zbił majątek Paul Ricard. Alkoholowy magnat wybudował tor wyścigowy, po którym będziemy jutro śmigali i który nosi jego imię. W barze gromadzą się też członkowie SLR Club. Na świecie jest ich zaledwie 1800 (większość pochodzi z USA i krajów arabskich), bo warunkiem członkostwa jest zakup samochodu.

 Mercedes SLR

 

Podstawowy model kosztuje około 430 tys. euro. Reszta jest już dużo tańsza. Jeśli masz sportową żyłkę, za jedyne 15 tys. euro możesz spędzić weekend na torze. W sobotę trenujesz, a w niedzielę startujesz w zawodach. Mercedes dba o wszystko. Twój samochód przyjedzie TIR-em i trafi do boksu w troskliwe ręce mechaników. Ty dostaniesz własną szafkę, kombinezon i hełm. W cenie jest też nocleg w położonym tuż przy torze, luksusowym hotelu. Możesz zabrać przyjaciół, ale za nich zapłacisz już oddzielnie. Rekordzista zaprosił 17 osób. No i oczywiście, nie będzie problemów z dojazdem -w pobliżu jest  lotnisko, możesz więc przylecieć własnym jetem lub helikopterem.

 

 

Godzina zero

 

Rano jedziemy na tor. W pełnym słońcu stoi kilka SLR-ów z uniesionymi w górę drzwiami. Wyglądają groźnie, jak gotowe do startu myśliwce na pokładzie lotniskowca. Wsiadamy. Siedzi się bardzo nisko, a długaśna maska z przodu zdaje się nie mieć końca.

 

Mercedesy SLR

Tyle SLR-ów w jednym miejscu to bardzo rzadki widok. Mnie przypominały myśliwce ze złożonymi skrzydłami, czekające na pokładzie lotniskowca na sygnał do ataku.


Rozglądam się po kabinie. Obite elegancką, pięknie pachnącą skórą wnętrze uzupełniają sportowe, chromowane detale. Oględziny przerywa mi podana przez krótkofalówkę w trzech językach komenda "włączyć silniki". Z trudem opuszczam ciężkie drzwi i nieśmiało naciskam wyglądający jak spust lotniczego działka guzik na górze dźwigni biegów. Gdzieś z okolic mojej lewej stopy zaczyna wydobywać się chrapliwy bulgot silnika. Delikatnie ruszam. Jestem mile zdziwiony spokojną reakcją auta na ruchy kierownicy. Skrzynia biegów działa mięciutko, niemal bez szmeru. Muskam pedał gazu, bo chcę się oswoić z tym potworem. Robię to tak delikatnie, że silnik wydaje się nawet nieco ospały.
Zaczynamy od jazdy pomiędzy pachołkami, zakończonej hamowaniem w wyznaczonym punkcie. Nie idzie mi najlepiej. Spod kół, co chwila, wyskakuje zaczepiony pachołek. Jednak z każdym przejazdem czuję się pewniej. I coraz większą przyjemność sprawia mi kierowanie srebrnym bolidem. Jak na samochód o tak dużej masie i sporej długości SLR jest niesamowicie posłuszny i poręczny. Najciekawsze jest jednak to, że konstruując tak wybitnie sportowe auto, inżynierom McLarena i Mercedesa udało się zachować cechę, za którą ludzie kochają tę markę na całym świecie. Wygodę. Możecie wierzyć lub nie, ale SLR to samochód, którym da się spokojnie jeździć na co dzień.

 

Jazda wersją GT nawet w roli pasażera jest niesłychanym przeżyciem. Samochód jest brutalny jak bokser wagi ciężkiej.

Jazda wersją GT nawet w roli pasażera jest niesłychanym przeżyciem. Samochód jest brutalny jak bokser wagi ciężkiej.


Jeszcze kilka rundek i prowadzeni przez instruktora ruszamy na tor. Przypominam sobie, że to właśnie tu trenował Kubica przed Grand Prix Monaco. Zajął wtedy drugie miejsce. Może i mnie się powiedzie? W radiu słyszę komendę instruktora, który prowadzi naszą grupę: "pedal to metal" (gaz do dechy). Robię, co każe. Ryk silnika jest obezwładniający, auto nagle zamienia się w stalowy pocisk. Na prostej rozpędzam się do 180 km/h. Przed zakrętem hamuję, a po wyjściu na maksa dodaję gazu. Chyba już wiem, jak czują się kosmonauci podani próbom przeciążenia. Pozwalam sobie na coraz więcej. Ścinam zakręty, zostawiam na asfalcie smugi spalonej gumy, staram się wyprzedzać jadących przed mną. Mimo napędu na tylne koła samochód prowadzi się pewnie i przewidywalnie. Widok za szybą przypomina film oglądany na DVD przy włączonej funkcji przewijania. Jest super! Mógłbym tak jeździć bez końca, ale po kilku rundach na komendę zjeżdżamy z toru. Szkoda. Chwila odpoczynku, wymian zdań z równie rozentuzjazmowanymi kolegami i trafiam w ręce Christiny.


 

Słodka Christina

 

Christina jest Niemką, ma dwadzieścia kilka lat, śliczną buzię, posągową figurę i jest kierowcą rajdowym. Ma mnie przewieźć sportową, przygotowaną do startów w wyścigach wersją SLR-a. Model GT kosztuje, bagatela, 780 tys. euro, ma wloty powietrza wyglądające jak skrzela rekina, przedni zderzak sięgający ziemi i wielki spoiler z tyłu. Jest jeszcze szybszy, głośniejszy i bardziej brutalny niż "cywilna" wersja, którą prowadziłem przed kwadransem. Już wcześniej mój błędnik trochę się buntował i patrząc na maskę potwora, boję się, że Christina będzie miała okazję zobaczyć, co jadłem na śniadanie. Piotr Wójcik z Mercedesa obiecuje, że przeżyję i nie narobię sobie wstydu, jeśli przez cały czas będę śledzić wzrokiem kierunek jazdy. No cóż, pozostaje wierzyć fachowcowi. Jeszcze tylko podpis na oświadczeniu, że będę jechać na własne ryzyko i mechanicy przez wysoką burtę wpychają mnie do kabiny. Otaczają mnie potężne rury klatki bezpieczeństwa, zaś sportowa uprząż unieruchamia w fotelu. Christina rusza. Z tej przejażdżki niewiele pamiętam. Tam, gdzie ja jechałem 180, ona jedzie grubo ponad 200. W miejscach, gdzie zwalniałem, bo wydawało mi się, że zaraz się roztrzaskam, ona beztrosko wciska gaz do dechy. Hamuje niemal w miejscu, zakręty ścina pod niemożliwym, zdawałoby się, kątem.

 

Christina

Christina Surer jest kierowcą wyścigowym. Prowadzi Mercedesa SLR GT jeszcze lepiej niż wygląda. Pojechałbym z nią nawet do piekła.

Christina  i autor

 

Na prostej mkniemy ponad 230 km/h. Po jakimś czasie przestaję dostrzegać jakiekolwiek szczegóły za oknem. Cały świat skupia się w jednej, pulsującej, szaroniebieskiej plamie. Mam dosyć. Z ulgą witam koniec jazdy i z trudnością wyczołguję się z kabiny. Kilka minut później siedzę w szatni. Trzęsie mną adrenalina, ręce i nogi dygocą. Jestem zlany potem i bardzo zmęczony. Ale nie zamieniłbym tych chwil na żadne inne. Życie jest piękne. 

 

Dane techniczne


 

Moc: 626 KM przy 6500 obr./min


Moment obrotowy: 780 Nm przy 3250 obr./min


Prędkość maks.: 334 km/h

Przysp. 0-100 km/h: 3,8 s*

Przysp. 0-200 km/h: 10,6*

Przysp. 0-300 km/h: 28,8*


 

Wymiary: 465,6x190,8x126,1 cm
Pojemność bagażnika: 272 dm3
Rozstaw osi: 270 cm
Ciężar: 1768 kg

 

Mercedes SLR

Dźwignia skrzyni biegów wygląda jak spust lotniczego działka. Podnosisz osłonę, naciskasz guzik i odpalasz... silnik.

 

Polak potrafi


W historii SLR-a są też polskie akcenty. Pierwszy z nich jest pozytywny. Zanim jeszcze pierwszy seryjny SLR zjechał z taśmy montażowej, próbę stworzenia kopii takiego auta podjął pan Robert Furtak z Krakowa. Na podwoziu Mercedesa 500 S przez dwa lata budował własną wersję pojazdu koncepcyjnego, który znał tylko ze zdjęć i modeli. Swoje auto ( na zdjęciu obok) pokazał w Poznaniu, na Targach Motoryzacyjnych. Sprawą zainteresował się koncern Mercedes, który rozpoczął podobno nawet śledztwo w sprawie przecieków o konstrukcji samochodu.   Mercedes SLR

Drugi polski wątek jest żałosny. Otóż pewien biznesmen z województwa lubuskiego sprowadził z Niemiec używanego SLR-a. W deklaracji celnej określił wartość auta na 5,5 tys. euro. Zapłacił trzy tysiące złotych podatku akcyzowego. W historię o cudownie tanim samochodzie nie uwierzył urząd skarbowy i dotarł do prawdziwej faktury. Opiewała na 280 tys. euro.

 

 

Tekst: Cezary Jęksa

 

Zdjęcia: materiały promocyjne, Robert Furtak

 

Czytaj też na Logo24:

 

Dokąd jedzie FORMUŁA 1
 
 Mercedes GLK, VOLVO XC60, Audi Q5  
 
 Bolidy na zakupy  
 
 Ostra jazda z Kuzajem  
  
Więcej o: